„Ferie w Tatrach miały przypieczętować naszą miłość. Po powrocie czekała mnie góra rozczarowań i bolesna prawda”
„Pocałował mnie tak, jakbyśmy się odnaleźli. Jakby nie trzeba było nic więcej mówić. Tam, pod Rysami, przez chwilę wierzyłam, że wszystko może się udać. Że wystarczy chcieć. Ale góry są zdradliwe. Potrafią oczarować i dać złudzenie, że świat jest prostszy niż w rzeczywistości”.

- Redakcja
Czasem myślę, że zakochałam się w nim właśnie dlatego, że był moim przeciwieństwem.
Paweł siedział z nosem w laptopie, kiedy pierwszy raz go zobaczyłam – skupiony, schludny, ułożony. A ja właśnie wróciłam z samotnego wyjazdu w Bieszczady, z burzą włosów, zakurzonym plecakiem i opaloną twarzą. Weszłam do tej kawiarni po gorącą herbatę i odpoczynek – a znalazłam kogoś, kto potem zupełnie odmienił moje życie. Przynajmniej na jakiś czas.
Paweł był mężczyzną, którego nigdy nie szukałam – przewidywalny, konkretny, nie lubił niespodzianek. Ja byłam wiecznie w ruchu, zakochana w dzikości, niepewności i przestrzeni. Ale przy nim czułam się dobrze, bezpiecznie. Był jak kubek herbaty po deszczu. I może dlatego tak długo wmawiałam sobie, że różnice nie mają znaczenia. Jednak z czasem zaczęły rosnąć.
Ja jechałam w góry – on zostawał w mieście. Ja chciałam rzucić wszystko i zacząć coś nowego – on planował wakacje z rocznym wyprzedzeniem. I chociaż się kochaliśmy, coraz częściej czułam, że mijamy się w najważniejszych kwestiach. W końcu powiedziałam mu:
– Jedź ze mną na ferie w Tatry. Chcę ci coś pokazać.
Tak naprawdę chciałam coś sprawdzić. Czy można razem iść przez życie, jeśli jedno z nas zawsze patrzy w stronę miasta, a drugie – w stronę gór? Jeszcze przed wyjazdem spotkałam się z Anetą – moją przyjaciółką, moim głosem rozsądku. Siedziałyśmy przy kawie, a ja opowiadałam jej o planie.
– Naprawdę uważasz, że te ferie to dobry pomysł? – zapytała z lekkim przekąsem, mieszając łyżeczką w kubku.
– Chcę wiedzieć. Chcę zobaczyć, czy on jest w stanie wejść do mojego świata. Czy do niego pasuje – odpowiedziałam, czując dziwną mieszankę ekscytacji i strachu.
Bo wiedziałam, że jeśli nie… to może być nasz ostatni wspólny wyjazd.
To bolało mnie najbardziej
Pierwszy poranek w Tatrach zapowiadał się pięknie – rześki, pachnący zimą i mokrą ziemią. Wstałam wcześniej niż Paweł, jak zwykle. On przekręcał się na drugi bok, gdy ja już kończyłam pakować plecak. Kiedy wreszcie podniósł się z łóżka, wyglądał, jakby żałował każdej minuty spędzonej tu ze mną. Miał zmierzwione włosy, zaspane oczy i ten charakterystyczny wyraz twarzy, jakby szukał sensu w moim entuzjazmie.
– Ile jeszcze tych warstw mam na siebie założyć? – mruknął, wkładając drugą parę skarpetek.
– Tyle, żeby nie zamarznąć – odpowiedziałam sucho, nie chcąc zaczynać dnia od kłótni.
Szliśmy z Kuźnic w stronę Murowańca. Ja – lekka, skupiona, z aparatem w kieszeni. On – obładowany, sapiący, z miną męczennika. Próbowałam nie patrzeć, ale widziałam, jak potyka się o kamienie, jak denerwuje się, gdy szlak się wznosi. Gdy przystanęłam, żeby spojrzeć na panoramę, on nawet nie podniósł głowy.
– Chcesz mi coś udowodnić? – zapytał nagle, nie kryjąc złości. – Że nie jestem taki jak ty?
Odwróciłam się. Patrzyłam mu prosto w oczy, choć czułam, jak gardło zaciska mi się od frustracji.
– Że chociaż próbujesz. Nie musisz kochać gór, ale możesz kochać mnie tak, żeby się trochę wysilić.
Nie odpowiedział. Odwrócił wzrok i ruszył dalej. Przez kilka minut szliśmy w ciszy, która ciążyła mi bardziej niż każde jego narzekanie. Zastanawiałam się, czego tak naprawdę chcę. Czy marzę, żeby był kimś innym? Nie. Chciałam tylko, żeby nie patrzył na to wszystko jak na karę. Żeby potrafił spojrzeć na mnie tak, jak wtedy, kiedy mnie poznawał. Wtedy, kiedy wydawało się, że różnice między nami są ekscytujące.
Patrzyłam na jego plecy znikające między drzewami. Wiedziałam, że się stara. Ale starał się po swojemu – po cichu, w złości, w milczeniu. I może właśnie to bolało mnie najbardziej. Nie jego niechęć do gór. Tylko to, że nie umiał być ze mną prawdziwie, tu, gdzie ja oddychałam pełniej.
Coś zaczęło się zmieniać
Następnego dnia było inaczej. Paweł nie komentował chłodu, nie narzekał na śliskie kamienie, nie dopytywał, ile jeszcze. Po prostu wstał, ubrał się i zapiął plecak. Kiedy zaproponowałam trasę na Halę Gąsienicową, skinął głową bez słowa. Na szlaku trzymał się blisko, czasem podawał mi rękę przy stromych podejściach, choć to ja znałam tę trasę lepiej.
W pewnym momencie zauważyłam, że zatrzymał się na chwilę, żeby spojrzeć za siebie. Po raz pierwszy naprawdę spojrzał. Nie powiedział nic, ale to wystarczyło. Szedł dalej, równym tempem, nieśmiało, jakby uczył się być częścią mojego świata. Byłam zaskoczona. I poruszona. Widziałam, jak z każdym krokiem coś w nim się zmienia. Nie walczył już ze mną, z pogodą, z wysiłkiem. Może nadal nie rozumiał, co ja widzę w tych miejscach, ale przestał z tym walczyć.
Zatrzymaliśmy się na chwilę pod przełęczą. Wiatr wiał mocno, ręce miałam zgrabiałe, ale nie chciałam się jeszcze ruszać. Paweł wyciągnął z plecaka czekoladę, podał mi kawałek.
– Nie musisz się tak zmuszać – powiedziałam cicho.
Spojrzał na mnie spokojnie, bez złości.
– Ale chcę. Chcę być tam, gdzie ty jesteś szczęśliwa.
Zrobiło mi się gorąco, mimo śniegu pod stopami. Usiadłam obok niego i przez dłuższą chwilę nic nie mówiliśmy. Patrzyliśmy w dal, na rozciągające się pasmo gór, na niebo, które z każdą godziną robiło się jaśniejsze. Zaczęłam się bać, bo coś we mnie chciało mu uwierzyć, że może być częścią tego wszystkiego, nawet jeśli nigdy nie pokocha gór tak jak ja.
Ale dobrze wiedziałam, że nie tu się to wszystko rozgrywa. Góry są uczciwe. Prawdziwe pytanie czekało nas po powrocie.
Wszystko wydawało mi się proste
Pod Rysami pogoda zaczęła się psuć. Wiatr ścinał policzki, śnieg był ubity, miejscami lód pod stopami. Mimo to szliśmy dalej. Ja – z sercem bijącym coraz mocniej, Paweł – milczący, skupiony, uparcie wspinający się za mną. Na tej wysokości niewiele się mówi. Tam się tylko idzie albo rezygnuje.
Zatrzymałam się pod ostatnim podejściem. Paweł wyglądał na wyczerpanego, jego ramiona drżały, palce miał czerwone, ale nie narzekał. Usiadł w śniegu, opierając się plecami o skałę. Zdjął rękawice i przez chwilę rozcierał dłonie. Był spocony, mokry, zmęczony bardziej, niż pewnie się spodziewał. Patrzył w dół, na dolinę, którą właśnie przeszliśmy.
– Jeśli to jest twoje miejsce – powiedział w końcu, nie patrząc na mnie – to ja też chcę tu być.
Nie od razu odpowiedziałam. Patrzyłam na niego i nie poznawałam go. Bez garnituru, bez planu dnia, bez tej wiecznej potrzeby kontrolowania wszystkiego. W tej chwili był kimś innym. Może nie rozumiał, czym dla mnie są góry, ale był tu. Zmęczony, zmarznięty, prawdziwy.
– Tu jesteś zupełnie inny – powiedziałam, siadając obok. – I właśnie takiego cię kocham.
Pochylił głowę. Odgarnęłam śnieg z jego kaptura, przysunęłam się. Oparłam się o jego ramię. Czułam, jak jego oddech powoli się uspokaja. Odwrócił się, spojrzał mi w oczy. Pocałował mnie tak, jakbyśmy się odnaleźli. Jakby nie trzeba było nic więcej mówić. Tam, pod Rysami, przez chwilę wierzyłam, że wszystko może się udać. Że wystarczy chcieć.
Ale góry są zdradliwe. Potrafią oczarować i dać złudzenie, że świat jest prostszy niż w rzeczywistości.
Pojawiły się wątpliwości
Miasto pachniało smogiem, mokrym asfaltem i kawą z automatu. Wróciliśmy późnym wieczorem. Paweł zasnął od razu, ja siedziałam jeszcze długo na kanapie, patrząc w ciemne okno, które odbijało tylko moje odbicie. Czułam w mięśniach górski marsz, ale w głowie już zaczynał się powrót do codzienności.
Następnego dnia on znów wstał pierwszy – do pracy, do obowiązków, do swojego świata. W koszuli, z laptopem, z notesem. Usiadł przy stole, popijał kawę i klikał coś na komputerze. Wszystko wróciło na swoje miejsce. Oprócz mnie. Chodziłam po mieszkaniu z rosnącym niepokojem. Niby był obok, ale już zaczynaliśmy się mijać.
Nie było żadnej kłótni. Nie musiało jej być. Wystarczyło, że znów było zwyczajnie. A ja miałam wrażenie, że coś we mnie zostało tam, pod Rysami. I nie chciało wrócić. Wieczorem próbowałam z nim rozmawiać. Siedzieliśmy przy kolacji, milcząc. W końcu powiedziałam:
– Wiesz, że tamten ty… tam, na górze… byłeś kimś innym?
Spojrzał na mnie bez emocji. Westchnął.
– Może po prostu tam nie musiałem być tym, kim muszę być tu.
Wbiłam wzrok w talerz. Poczułam, że znowu próbujemy rozmawiać o czymś, co wcale nie chce być nazwane. Jakbyśmy oboje bali się powiedzieć, że nie umiemy być razem w zwyczajności. Bo góry pozwalają uciec od siebie – miasto nie.
Kiedy zmywałam naczynia, zastanawiałam się, czy miłość wystarczy. Czy da się być razem, jeśli nasze życia tak bardzo się różnią? W górach wszystko było czyste, ostre, prawdziwe. Tu wszystko było przytłumione. I z każdym dniem widziałam wyraźniej – jego świat nie był moim.
Nie byłam już taka pewna
Z Anetą spotkałyśmy się w tej samej kawiarni co przed wyjazdem. Tym razem było cicho, zima rozlała się już po mieście, ludzie przemykali z opuszczonymi głowami. Ona czekała na mnie z herbatą. Usiadłam naprzeciwko niej i przez chwilę nie mówiłam nic.
– I jak było? – zapytała w końcu, łagodnie, ale bez tej naiwnej nadziei, że przyniosę dobrą nowinę.
– Było… prawdziwie – odpowiedziałam po dłuższej chwili. – On się starał, naprawdę. Zrobił więcej, niż myślałam, że potrafi.
Opowiedziałam jej wszystko – o zimnie, o zmęczeniu, o tym, jak pod Rysami usiadł w śniegu i powiedział, że chce być tam, gdzie ja jestem szczęśliwa. O tym, jak patrzył wtedy, jakby pierwszy raz naprawdę widział.
– Więc? Ma to sens? – zapytała.
Zawahałam się. Upiłam łyk herbaty, spojrzałam przez okno na ludzi spieszących gdzieś w rutynie. Pomyślałam o tym, jak Paweł znów siedzi przy biurku, zamknięty w swoim porządku.
– W górach – tak. Ale my nie mieszkamy w górach…
Aneta pokiwała głową. Nie dopytywała, wiedziała. Bo to nie była historia o tym, czy ktoś kogoś kocha. To była historia o tym, czy da się żyć razem, jeśli nie można oddychać tym samym powietrzem. Rozumiałam już, że nie chodziło o to, żeby Paweł się zmienił. Chciałam, żeby był sobą – tylko żeby potrafił być tym sobą także przy mnie. A on wciąż próbował być „lepszy”, jakby miłość miała coś wspólnego z zasługiwaniem.
To nie miało sensu
Od tamtego wyjazdu minęło kilka tygodni. Żyliśmy obok siebie, nie kłócąc się, nie rzucając oskarżeń. Milczenie stało się wygodniejsze niż rozmowa. Ja coraz częściej uciekałam w samotność – w bieganie, książki, krótkie wypady za miasto. On – w pracę, poranne raporty, telewizję wieczorami. Przestaliśmy siebie szukać.
Wiedziałam, że nie wydarzy się żadna dramatyczna scena, żadne trzaśnięcie drzwiami, żaden koniec z hukiem. To był inny rodzaj rozstania – cichy, rozciągnięty w czasie, nieuchwytny. Taki, który boli tym bardziej, że nie wiadomo, kiedy się zaczął.
Pewnej soboty spakowałam plecak, bez słowa. Włożyłam buty trekkingowe, zamknęłam drzwi i wyszłam. Pojechałam w Tatry sama, jak kiedyś. Jak zawsze wtedy, gdy musiałam coś zrozumieć. Weszłam na szlak jeszcze przed świtem. Mgła osiadała na kurtce, kroki były cięższe niż zwykle.
Zatrzymałam się na wysokości, gdzie pierwszy raz pocałowaliśmy się pod ścianą Rysów. Usiadłam w tym samym miejscu. Przymknęłam oczy. Tamten Paweł był już gdzieś daleko. Nie wrócił ze mną do miasta. I chyba nie miał zamiaru wracać. Ale może ja też byłam kimś innym tylko tam, w śniegu.
Może ta wersja mnie – pełna nadziei, otwarta, zakochana – istniała tylko w miejscu, gdzie człowiek nie ma nic poza oddechem i drogą przed sobą. Miłość, która nas połączyła, była prawdziwa. Ale może to nie ona miała nas uratować. Może mieliśmy spotkać się tylko po to, żeby zrozumieć, że nie wszystko, co piękne, jest też wspólne.
Wstałam, otrzepałam spodnie ze śniegu. Plecak ciążył znajomo. Ruszyłam dalej – sama, ale nie zagubiona. Wiedziałam, że tamten Paweł już nie wróci. Ale może ja też nie chcę więcej być tylko tą wersją siebie, która żyje w górach. Może właśnie dlatego to nie wystarczało.
Natalia, 27 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Pojechałam do teściowej na Dzień Babci i straciłam głowę dla jej gościa. Teraz nie wiem, jak spojrzeć mężowi w oczy”
- „Myślałem, że na emeryturze czeka mnie spokojne życie u boku żony. Nie sądziłem, że na stare lata wywinie mi taki numer”
- „W mroźny dzień zacięłam się w windzie z sąsiadem. Weszliśmy jako obcy, a godzinę później znaliśmy się aż za dobrze”

