„Ferie w pensjonacie w górach zapowiadały się cudownie. Do momentu, aż odkryliśmy coś w łazience”
„Zajrzałam do łazienki – kafelki pęknięte, przy wannie czarny grzyb. W kącie jakaś stara suszarka z urwanym przewodem. Gdy podniosłam wzrok do lustra, zobaczyłam własną minę – zdziwienie wymieszane z rozczarowaniem”.

Nie jestem typem, który co sezon pakuje walizki i ucieka w Bieszczady, ale tym razem... potrzebowałam tego. Bardziej niż kiedykolwiek.
Siedziałam przy komputerze, z kubkiem zimnej kawy, kiedy wyświetliło mi się ogłoszenie o idealnym pensjonacie. Drewniany domek na zboczu, panoramiczne okna, widok na Tatry. Sauna. Ogrzewanie podłogowe. Cisza i tylko biel śniegu za oknem. Zdjęcia wyglądały jak z folderu reklamowego.
Byłam podekscytowana
– Marek, to jest to! – zawołałam do mojego chłopaka. – Patrz tylko na ten taras!
– Okej, jeśli to cię uszczęśliwi – mruknął, jak to on, zawsze nieco zachowawczo. Ale widziałam ten cień uśmiechu. Chyba też już miał dość miasta.
Do wyjazdu dołączyła Kasia, moja przyjaciółka jeszcze z liceum. Taka, co to mówi, co myśli, i nie boi się wjechać z buta w każdy temat. Trochę inna od nas, ale… może właśnie dlatego dobrze się razem bawimy. Miało być pięknie. Ferie, śnieg, wino wieczorami, sanki w dzień. Chciałam tylko jednej rzeczy: oddechu.
– Nie mogę się doczekać. Chcę tylko spać i patrzeć na śnieg – powiedziałam w aucie, gdy mijaliśmy pierwszy zaśnieżony znak do Zakopanego.
– A ja chcę siedzieć w saunie z winem w ręku i nie czuć nóg – odpowiedziała Kasia.
A potem skręciliśmy z głównej drogi i zamilkliśmy. Bo to, co zobaczyliśmy... nie wyglądało jak na zdjęciach.
– To... to chyba nie to miejsce? – wymamrotałam.
– To wygląda jak scena z horroru klasy B – dodała Kasia, parkując z niedowierzaniem.
Przeżyliśmy szok
– Zobacz, elewacja się łuszczy – powiedział Marek, jakby mówił o pogodzie, nie o miejscu, w którym mieliśmy spędzić ferie.
Stałam obok samochodu, wpatrując się w budynek, który miał być naszym „rajskim domkiem z widokiem”. Drewniana fasada, która na zdjęciach wyglądała jak nowa, w rzeczywistości przypominała stare baraki. Tynk odpadał płatami, śnieg zalegał na schodach, a obok drzwi leżała łopata, której nikt nie użył od miesięcy.
– Może mają drugą część? Może to jakiś magazyn? – próbowałam się łudzić.
– Może w internecie wszystko było po obróbce w programie graficznym – rzuciła Kasia, wysiadając i trzaskając drzwiami. – Albo wersja „przed” remontem. Tylko że po „po” nie ma śladu.
Weszliśmy do środka. Zimno. Prawdziwie, przenikliwie zimno. Wnętrze pachniało jak piwnica mojej babci. Stęchła wilgoć. W saloniku stała wersalka z lat 90., przykryta kocem w tygrysy. Żaluzje były przekrzywione, a okno ledwo domykało się do końca. Klucze di pokoju czekały na nas w umówionym miejscu.
– To żart? Gdzie są te pokoje ze zdjęć? – szepnęłam bardziej do siebie niż do nich.
Zajrzałam do łazienki – kafelki pęknięte, przy wannie czarny grzyb. W kącie jakaś stara suszarka z urwanym przewodem. Gdy podniosłam wzrok do lustra, zobaczyłam własną minę – zdziwienie wymieszane z rozczarowaniem.
– Nie dramatyzujmy, może po prostu… trzeba się przyzwyczaić – próbował Marek.
Ale nikt nie odpowiedział. Bo co tu mówić, kiedy właśnie dotarło do nas, że daliśmy się oszukać.
Chciałam wyjaśnień
Zamknęłam drzwi łazienki mocniej, niż powinnam. Głucho odbiły się o framugę.
– Ja tego tak nie zostawię – powiedziałam cicho, ściskając telefon w dłoni.
Zeszłam na dół. Marek siedział już na wersalce z kurtką na sobie, jakby nie chciał się rozpakować, dopóki nie upewni się, że naprawdę tu zostajemy. Kasia rozglądała się po kuchni, trzymając w dwóch palcach ściereczkę, jakby to była brudna skarpeta.
Zapukałam do drzwi z napisem „PRYWATNE”.
Po chwili otworzyła mi drobna kobieta w wełnianym swetrze i z upiętymi siwymi włosami.
– Pani Regina? – zapytałam.
– Tak, słucham?
– Chciałam porozmawiać o zakwaterowaniu. Bo... to się kompletnie nie zgadza z tym, co było na zdjęciach w internecie.
– Ależ wszystko jest zgodnie z opisem – odpowiedziała spokojnie. – Jest łóżko? Jest. Jest łazienka? Jest.
Zatkało mnie.
– Łazienka z grzybem i zimną wodą – parsknęła Kasia, która nagle stanęła obok mnie. – Pani chyba żartuje.
– To zdjęcia sprzed remontu... znaczy, przed planowanym remontem – próbowała się tłumaczyć właścicielka. – Ale nie było czasu. A ludzie i tak przyjeżdżają. Widoki są, prawda?
Zacisnęłam dłonie w pięści.
– Czuję się oszukana.
– Proszę pani, nikt nie każe pani tu zostać – powiedziała w końcu chłodno. – Ale zaliczka przepada. Takie są zasady.
– Czyli mam płacić za pleśń i brak ogrzewania? – warknęłam.
– Chodź, Natka – przerwał mi Marek, próbując mnie odciągnąć. – Pogadamy później.
Ale nie chciałam później. Chciałam już. I czułam, jak frustracja we mnie buzuje, bo ferie miały być odpoczynkiem. A zaczęły się jak koszmar.
Ten wyjazd był koszmarny
Pierwszej nocy nie spałam prawie wcale. Kaloryfer w pokoju wydawał dźwięki jak stary traktor, po czym milkł na godzinę i zostawiał nas w lodowatym chłodzie. Leżałam pod dwoma kocami, w czapce i bluzie z kapturem, ale i tak miałam zimne dłonie.
O trzeciej nad ranem obudziła mnie Kasia – weszła do naszego pokoju, trzęsąc się z zimna.
– U mnie rura piszczy i woda kapie. Serio, mam wrażenie, że zaraz zacznie z sufitu kapać. A łazienka? Masakra. Woda najpierw lodowata, potem wrzątek. Prysznic jak rosyjska ruletka.
– To nie są ferie, to eksperyment socjologiczny – dodała po chwili z przekąsem, zawijając się w mój dodatkowy koc.
Rano Marek był jeszcze bardziej zamknięty w sobie. Siedział przy stole, jadł płatki z mlekiem w milczeniu, a potem poszedł na spacer sam, nie pytając nikogo, czy idziemy z nim.
Kasia, już ubrana w trzy warstwy ubrań, parzyła herbatę w tej prowizorycznej kuchni, a ja próbowałam się połączyć z pracą. Pracuję zdalnie, miałam nadzieję załatwić kilka rzeczy. Ale internet się rwał co trzy minuty.
– Po cholerę tu przyjechaliśmy? Trzeba było zostać w domu – syknęłam, waląc dłonią w klawiaturę.
– Chciałaś ciszy, masz ciszę – rzucił Marek, kiedy wrócił. I poszedł do łazienki bez słowa więcej.
Zrobiło się cicho. Nawet Kasia przestała żartować. Siedzieliśmy w trójkę w jednym pokoju. Każdy zły na każdego, każdy zły na siebie. Ja, bo dałam się nabrać. Marek, bo miał dość tej atmosfery. Kasia, bo jak mówiła – "jak się nie można z czegoś śmiać, to znaczy, że jest naprawdę źle".
Tyle planów. Tyle oczekiwań. Wszystko się sypało – ferie, relacje, spokój.
Dobrze, że mieliśmy siebie
Wyszłam z domu bez słowa. Buty miałam przemoczone już po kilku krokach, bo śnieg był rozdeptany i zlodowaciały. Szłam wzdłuż nieodśnieżonej drogi, między drzewami, z telefonem głęboko schowanym w kieszeni. Nie chciałam, żeby ktoś dzwonił.
Zimno szczypało w policzki. Oddychałam głęboko, próbując wyrzucić z siebie to wszystko: złość, rozczarowanie, napięcie. Ale ono tylko rosło.
Miałam dość. Nie tylko tego pensjonatu. Dość oczekiwań, że wszystko będzie dobrze. Że jak zaplanuję „idealny” wyjazd, to odpocznę, zbliżę się z Markiem, pogadam z Kasią jak kiedyś. A tymczasem... każdy dzień tylko nas od siebie oddalał.
Zatrzymałam się na zakręcie, gdzie ścieżka urywała się między drzewami. Przede mną rozciągała się dolina. Śnieg. Cisza. Góry w oddali. I mimo wszystko – było w tym coś pięknego.
– Może po prostu nie da się zaplanować szczęścia – wyszeptałam.
Wróciłam do pensjonatu. Bałam się, że znów będzie cicho, nieprzyjemnie, że znowu Marek będzie milczał, a Kasia kpiła. Ale kiedy otworzyłam drzwi, poczułam zapach korzennych przypraw.
– Zrobiliśmy grzane wino. Chcesz się pokłócić czy napić? – zapytał Marek z tym swoim półuśmiechem.
Kasia podała mi kubek.
– Na zdrowie, za nasz luksusowy wyjazd – mruknęła.
Usiadłam z nimi przy stole. Pierwszy raz od trzech dni było ciepło – nie tylko w pokoju, ale między nami. Nie śmialiśmy się głośno. Ale uśmiech wrócił. I na chwilę przestałam żałować, że tu przyjechałam.
Szybko wracaliśmy do domu
Wytrzymaliśmy 3 dni. Ostatniego dnia wstałam wcześniej niż zwykle. W kuchni panowała cisza, a przez okno wpadało jasne, poranne światło. Nalałam sobie herbaty do kubka i wyszłam na ganek. Śnieg skrzypiał pod kapciami, a powietrze było ostre jak brzytwa.
Usiadłam na drewnianej ławce, okryłam się kocem i patrzyłam na góry. Nie było sauny, jacuzzi, win degustowanych przy kominku. Była cisza. I ten rodzaj zmęczenia, który nie pozwala już się złościć, ale jeszcze nie daje spokoju. Kasia doszła chwilę później i usiadła obok. Nic nie mówiłyśmy. Nie musiałyśmy.
W środku Marek pakował nasze rzeczy. Nie było już sprzeczek ani gorzkich uwag. Wróciliśmy do stanu zawieszenia – jakbyśmy wszyscy wiedzieli, że ten wyjazd coś w nas poruszył, ale jeszcze nie wiemy, co z tym zrobić.
Po śniadaniu dopakowaliśmy torby, Marek zamknął bagażnik, a Kasia oddała klucz właścicielce bez słowa. Nawet nie chciała spojrzeć pani Reginie w oczy. W samochodzie jechaliśmy w milczeniu. Ale tym razem było to inne milczenie – nie złości, nie rozczarowania. Raczej zmęczenia. I może... ulgi, że to już za nami.
Wieczorem, już w domu, usiadłam przy komputerze i napisałam opinię o pensjonacie. Uczciwą. O tym, że zdjęcia kłamią. O tym, że jeśli ktoś ma nadzieję na komfort, to lepiej niech jedzie gdzie indziej. Ale też – że było cicho.
Nie wiem, czy jeszcze pojedziemy gdziekolwiek razem. Może. A może nie. Ale jedno jest pewne – ten wyjazd zapamiętam na zawsze.
Natalia, 28 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Synowa nie wie, co robię z dziećmi, gdy tylko zamknie drzwi. Skoro mam pilnować wnuki, to na moich zasadach”
- „Rodzinne ferie na wsi miały być za darmo. Byłam w szoku, gdy dostałam od kuzynki rachunek na 3 tysiące”
- „Mąż zniknął z kochanką, a teściowa od razu załatwiła mi prawnika. Pomogła mi przejść przez rozwód z klasą”

