„Ferie w Karpaczu zaczęły się obiecująco. Gdy ja śmigałam z dziećmi na stoku, mąż pocił się nie tylko na siłowni”
„Pierwsze dni w górach były obiecujące. Dzieci szalały na śniegu, a Marek… no właśnie. Często znikał. Mówił, że idzie na siłownię. Że potrzebuje chwili dla siebie. A ja… nie chciałam robić problemów. Nie od razu. Wtedy jeszcze wierzyłam, że to tylko zmęczenie. Że musi odpocząć. Tak bardzo chciałam w to wierzyć”.

- Redakcja
Nazywam się Ilona. Mam czterdzieści dwa lata, męża Marka i dwójkę dzieci – Anię, dziesięcioletnią marzycielkę z burzą rudych loków, i Stasia, który właśnie nauczył się wiązać buty i nie pozwala nikomu sobie pomagać. Mówię o tym, jakby to była jakaś wielka rzecz, ale prawda jest taka, że dla mnie… to naprawdę coś wielkiego. Moje dzieci rosną, a ja czuję, że życie przemyka mi przez palce.
Z Markiem jesteśmy małżeństwem od piętnastu lat. Przez większość tego czasu po prostu „byliśmy”. Bez wielkich dramatów, ale też bez wielkich uniesień. Pobraliśmy się z miłości, to wiem na pewno. Pamiętam nasze początki – te pełne śmiechu wieczory z pizzą, nocne rozmowy o niczym, planowanie przyszłości na kartce wyrwanej z zeszytu. Potem przyszły dzieci, kredyty, zmęczenie. Życie nas wciągnęło. A może to my przestaliśmy się starać?
Ostatni rok był trudny. Marek coraz częściej wracał późno, mówił, że w pracy zamieszanie. Kiedy pytałam, czy coś się dzieje, tylko machał ręką. Odsuwaliśmy się od siebie, a ja coraz częściej czułam się… sama, choć mieszkaliśmy pod jednym dachem. Niby obok siebie, ale każdy jakby w swoim świecie.
Dlatego tak bardzo czekałam na ten wyjazd. Wymarzone ferie w Karpaczu – tylko nasza czwórka. Mieliśmy spędzić dwa tygodnie razem, bez telefonów, bez pracy, bez codziennej bieganiny. Dla mnie to miała być szansa na odbudowanie tego, co się popsuło. Marzyłam o tym, że znów będziemy blisko, że może uda się porozmawiać, dotknąć, spojrzeć sobie w oczy… jak kiedyś.
Pierwsze dni w górach były obiecujące. Dzieci szalały na śniegu i stawiały pierwsze kroki na nartach. A Marek… no właśnie. Marek był, ale jakby go nie było. Często znikał. Mówił, że idzie na siłownię. Że potrzebuje chwili dla siebie. A ja… nie chciałam robić problemów. Nie od razu. Wtedy jeszcze wierzyłam, że to tylko zmęczenie. Że potrzebuje odpocząć. Tak bardzo chciałam w to wierzyć.
Przestałam się oszukiwać
Marek zaczął znikać codziennie. Wstawał wcześniej niż zwykle, ubierał się w nowe sportowe ubrania, które rzekomo kupił „na przecenie” i wychodził z hotelu z butelką wody i ręcznikiem. Kiedy zapytałam, czy nie pójdziemy razem z dziećmi na stok, wzruszył ramionami i rzucił:
– Jeszcze dziesięć minut. Muszę się rozruszać.
Te jego „dziesięć minut” przeciągały się w nieskończoność. Wracał dopiero po kilku godzinach. Wtedy, gdy słońce już schodziło z nieba, a Ania i Staś byli już cali mokrzy od zabawy na śniegu. Wchodził do pokoju hotelowego świeżo wykąpany, z nowym zapachem perfum, którego wcześniej nie znałam. Pachniał inaczej, obco. Trochę jak ktoś, kto stara się zrobić dobre wrażenie.
Na początku próbowałam to ignorować. Powtarzałam sobie, że może naprawdę potrzebuje pobyć sam. Może musi odreagować. Mężczyźni też się czasem gubią. Tłumaczyłam go przed sobą, przed dziećmi, przed własnym sercem, które zaczynało bić niespokojnie, kiedy zamykał za sobą drzwi.
Pewnego wieczoru wrócił po dwudziestej trzeciej. Dzieci już dawno powinny spać, ale wierciły się w łóżkach, rozdrażnione i zmęczone. Było cicho, a ja siedziałam na krześle przy oknie i czekałam. Nie zamierzałam się więcej oszukiwać.
– Naprawdę nie możesz choć raz być tu z nami? – zapytałam, kiedy zamknął drzwi i zaczął wyciągać z torby nową koszulkę.
– Nie przesadzaj, przecież jestem. Miałem tylko chwilę dla siebie – odpowiedział spokojnie, z tym swoim głosem, który już dawno przestał cokolwiek łagodzić.
– Chwilę dla siebie masz codziennie po kilka godzin. Gdzie ty naprawdę znikasz?
Spojrzał na mnie tak, jakby moje pytanie było niestosowne. Jakbym nie miała prawa go zadać. Nie odpowiedział od razu. Westchnął, zsunął buty i poszedł do łazienki, jakby zamykał za sobą rozmowę, której wcale nie zamierzał prowadzić. Wrócił po kilku minutach, w szortach i z mokrymi włosami. Patrzyłam na niego, jak siada na łóżku, jak sięga po telefon, który zawsze miał przy sobie, nawet na śniadaniu.
Nie mówił nic, a ja analizowałam w myślach każdy jego gest z ostatnich dni. Ton głosu. Te spojrzenia rzucane gdzieś poza mnie. Tę nieobecność, której nie umiałam nazwać. Zaczęłam rozumieć, ale jeszcze nie chciałam tego wypowiedzieć na głos.
Nie chciałam już udawać
Następnego dnia rano nie udawałam już, że wszystko jest w porządku. Wyszłam na balkon, kiedy Marek jeszcze spał. Wpatrywałam się w góry, które były zbyt spokojne jak na to, co działo się we mnie. Wróciłam do pokoju i położyłam się obok niego. Nie dotykałam go. Nie czułam, że mogłabym. Po chwili otworzył oczy i spojrzał na mnie z niechęcią, jakby już sam mój widok go męczył.
– Musimy porozmawiać – powiedziałam cicho, ale stanowczo.
– Teraz? – skrzywił się, przewracając się na bok.
– Tak. Właśnie teraz. Bo ja już dłużej nie będę udawać.
Uśmiechnął się krzywo, jakby wszystko to było niepotrzebnym dramatem. Żartem, który można zignorować. Zamiast odpowiedzieć, przeciągnął się, wstał i poszedł do łazienki. A ja leżałam na łóżku, patrzyłam w sufit i czułam, że jeśli jeszcze raz usłyszę, że "przesadzam", to zacznę krzyczeć.
Śniadanie jadłam z dziećmi. Marek przyszedł spóźniony, już ubrany jak zawsze w sportowe ubranie, gotowy do swojej porannej „siłowni”. Usiadł naprzeciw mnie i sięgnął po telefon. Nawet nie spojrzał na Anię, która podsunęła mu swoją kartkę z rysunkiem.
– Rozmawiałeś dziś w ogóle z dziećmi? Zapytałeś Anię, jak się czuje? – zapytałam chłodno.
Nie podniósł wzroku znad ekranu.
– Nie rób scen przy nich – rzucił.
– Nie robię scen. Po prostu mam tego dość.
Poczułam, że mnie ignoruje. Właśnie tak, po prostu, jakby nic się nie działo. Jakby nie było mnie tam wcale. Patrzył w telefon, a ja czułam, że wszystko we mnie wyje, krzyczy, drży. A on siedział spokojnie, jakby to był zwykły poranek, jakby nie rozsadzało mnie pytanie, z kim spędza te wszystkie godziny.
Wiedziałam już, że nie chodzi o siłownię. Nie o trening. Nie o chwilę dla siebie. Coś we mnie mówiło to coraz głośniej, wyraźniej, ostrzej. To nie była intuicja, to był instynkt. I nie dawał mi już spokoju.
Wszystko się skończyło
Tego wieczoru nie mogłam już dłużej siedzieć w pokoju. Dzieci były niespokojne, ale kiedy zapytałam, czy chcą iść ze mną do baru w hotelu na lody i sok, od razu się ożywiły. Wzięłam ich za ręce i zeszliśmy na dół. Chciałam, żeby chociaż przez chwilę zapomnieli o napięciu, które wisiało między mną a Markiem. Sama chciałam o tym zapomnieć.
Bar był rozświetlony, ciepły, pachniało owocami. Dzieci usiadły przy jednym ze stolików, a ja poszłam do baru zamówić coś dla nich. I wtedy go zobaczyłam. Siedział plecami do mnie. W pierwszej chwili pomyślałam, że to przypadek. Że to tylko ktoś do niego podobny. Ale nie. Ten gest, ten ruch ręką, gdy odgarniał włosy, które zawsze mu wpadały w oczy – to był Marek. A naprzeciwko niego – kobieta.
Młodsza ode mnie, smukła. Miała długie, ciemne włosy i ten uśmiech, który nie pozostawiał złudzeń, że czuje się przy nim swobodnie. Mówiła coś cicho, a on się śmiał. Potem położyła rękę na jego dłoni. Zrobiła to z taką pewnością, że mogłam tylko stać i patrzeć. Zamarłam.
On też mnie zauważył. Uniósł głowę i spojrzał wprost na mnie. Twarz mu stężała. Widziałam, jak gwałtownie się prostuje, jakby próbował się odsunąć, jakby chciał się nagle wyrwać z tej sytuacji. Ale było za późno.
– Ilona… to nie tak… – zaczął.
Podniosłam wzrok, wyprostowałam się i powiedziałam spokojnie:
– Nie przeszkadzajcie sobie.
Odwróciłam się i podeszłam do dzieci. Wzięłam je za ręce i wyszliśmy. Nie odwróciłam się ani razu.
W środku byłam pusta, nie czułam nawet złości. Tylko dziwne drżenie w nogach, jakby ciało traciło siły, a serce próbowało się nie rozerwać. Szliśmy przez hotelowy korytarz, a dzieci coś mówiły, śmiały się, nieświadome. Nie umiałam odpowiedzieć. Miałam wrażenie, że wszystko się skończyło. A może nigdy się nie zaczęło.
Nie chciałam mu wybaczyć
Rano nie mogłam patrzeć mu w oczy. Obudziłam się przed dziećmi, spakowałam sprzęt, krem do opalania i poszłam z nimi na stok. Nie mówiłam wiele. One też milczały, jakby coś przeczuwały. Usiadłam na leżaku, Ania i Staś pobiegli do swojego instruktora. Słońce grzało, ale czułam tylko chłód. Taki, który siedzi głęboko i nie daje się przegonić. W pewnym momencie Ania podeszła do mnie. Usiadła cicho i długo nic nie mówiła. Potem zapytała:
– Mamo… czy tata nas już nie lubi?
Zamarłam. Zobaczyłam w jej oczach nie lęk, ale smutek. Taki cichy, który boli najbardziej. Przytuliłam ją mocno, za mocno. I wtedy coś we mnie pękło. W środku wzbierał krzyk. Złość, żal, strach, wszystko naraz, ale przy dzieciach nie mogłam nic powiedzieć. Jeszcze nie.
Marek znalazł nas później. Zobaczyłam, jak idzie po śniegu, bez pośpiechu. Jakby wszystko było normalnie. Jakby wczorajszy wieczór nie miał miejsca. Kiedy stanął przede mną, spojrzałam na niego i wstałam. Dzieci oddaliły się trochę, więc miałam chwilę.
– Ilona… – zaczął. – To nic nie znaczyło.
Zbliżył się o krok, ale nie pozwoliłam mu podejść bliżej.
– W takim razie, dlaczego jej dotykałeś tak, jak mnie już nie dotykasz od miesięcy?
Patrzył na mnie i milczał. Po chwili spuścił wzrok.
– Byłem samotny – powiedział w końcu cicho.
– Samotny? A ja? Ja ci nie wystarczałam?
Zacisnęłam dłonie, bo czułam, że zaraz nie wytrzymam. W jego oczach nie było skruchy. Było tylko zmęczenie i może odrobina wstydu. Ale to za mało, żeby cokolwiek naprawić. Staś wrócił do mnie i przytulił się. Wzięłam go za rękę i bez słowa odeszłam. Marek został na stoku, jakby sam nie wiedział, po co przyszedł.
Wciąż go kochałam
Spakowałam nasze rzeczy wieczorem. Dzieci spały spokojnie, jakby nic się nie wydarzyło. Jakby wszystko było w porządku. Zazdrościłam im tej nieświadomości. Wrzucałam ubrania do walizki jedno po drugim, bez ładu, bez planu. Nie obchodziło mnie, co się pognie, co się zgubi. Chciałam tylko stąd wyjechać.
Marek siedział na balkonie. Nie mówił nic. Słyszałam tylko, jak czasem głośniej wypuszcza powietrze, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie miał odwagi. Nie spytał, co robię, nie zatrzymał mnie. Siedział, patrząc w ciemność, w ten sam sposób, w jaki przez całe tygodnie patrzył na mnie – obojętnie.
Kiedy zamknęłam walizkę, stanęłam przy łóżku dzieci. Pocałowałam każde z nich w czoło. Potem usiadłam przy stole i spojrzałam na męża.
– Jutro wracam z nimi do domu. Pociągiem – powiedziałam krótko.
Nie zaprotestował, nie zapytał, dlaczego. Tylko skinął głową. Jakby wiedział, że już niczego nie da się naprawić. Albo że nie chce próbować.
W drodze powrotnej dzieci spały z głowami na moich kolanach. Patrzyłam przez okno pociągu, a świat uciekał. Wspomnienia też. To, co jeszcze tydzień temu wydawało się szansą, dziś było zamkniętym rozdziałem.
Nie chodziło o to, że Marek mnie zdradził. Nie tylko. Chodziło o to, że przez miesiące był gdzie indziej. Nie przy mnie, nie przy dzieciach. Chodziło o to, że zniknął i nie zauważył, że zostawia za sobą pustkę. Może nie miał kochanki przez cały czas, może to był pierwszy raz. Ale zdrada zaczęła się dużo wcześniej – w jego milczeniu, w nieobecnych spojrzeniach, w tych wszystkich „dziesięciu minutach”.
Wciąż go kochałam i to bolało najbardziej. Bo miłość nie wystarczyła. Bo nie wiedziałam, czy umiem wybaczyć. Nie wiedziałam, czy jeszcze kiedyś będę chciała.
Ilona, 42 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Ferie w górach miały nas zbliżyć, ale mąż wolał żarciki z koleżanką. Nie było mi do śmiechu, gdy poznałam prawdę”
- „Córka przygotowywała się do matury, a ja byłam z niej dumna. Mina mi zrzedła, gdy ze studniówki wróciła z nasionkiem”
- „Mąż miał z Anglii przesyłać kokosy, ale wciąż brakowało na buty dla dzieci. Zza granicy dostałam tylko pozew rozwodowy”

