„Ferie w górach wydawały się nudnym pomysłem. Zmieniłam zdanie, kiedy poznałam przystojnego instruktora narciarstwa”
„Zimne powietrze wbijało się w policzki, a ja szłam, powtarzając sobie, że to była tylko przygoda. Tydzień, nic więcej. Nie chciałam się angażować. Nie teraz. Nie po tym, co przeszłam. Bałam się, że jeśli zostanę jeszcze jeden dzień, nie będę umiała wrócić. A przecież właśnie po to tu przyjechałam. Żeby się odciąć. Nie żeby znowu czegoś chcieć”.

- Redakcja
Nazywam się Olga i mam dwadzieścia osiem lat. Mieszkam w Warszawie, pracuję w jednej z tych korporacji, które mają open space, owocowe czwartki i inne mało istotne dodatki do umowy. Przez pięć lat miałam chłopaka, z którym dzieliliśmy wszystko — od łazienki po kredyt na ekspres do kawy. Zdradził mnie. W moim własnym łóżku, z koleżanką z pracy. Tą samą, która mówiła, że świetnie wyglądam w nowej marynarce. Od tamtego czasu nie znoszę kawy. I ludzi.
Czułam się jak przebieraniec
Zima dla mnie to był zawsze czas przetrwania. Czapki drapią, rękawiczki się gubią, a śnieg to coś, co się topi na chodniku i brudzi spodnie. Gdyby nie Justyna, moja przyjaciółka, dalej siedziałabym w mieszkaniu, popijając herbatę i oglądając reality show. Ale Justyna powiedziała jedno zdanie, które mnie wyciągnęło z tego marazmu:
– Jedź z nami w góry. Przyda ci się chwila oddechu.
Zgodziłam się. Nie wiem, czy bardziej z desperacji, czy z poczucia winy, że od miesięcy nie miałam siły odezwać się do nikogo. A może po prostu miałam nadzieję, że w tej ciszy gór znajdę coś, czego nie umiałam odnaleźć w sobie.
Pierwszego dnia na stoku czułam się jak przebieraniec. Sprzęt był ciężki, buty mnie uwierały. A instruktor? Wyglądał jak z reklamy. Bardzo tandetnej reklamy.
– No dawaj, dziewczyno, narty same nie pojadą – rzucił do mnie z uśmiechem, który miał mnie pewnie rozbroić.
Spojrzałam na niego z zażenowaniem.
– A ty zawsze tak rzucasz tanimi tekstami, czy to tylko do początkujących? – odpowiedziałam z lodem w głosie.
I wtedy uśmiechnął się jeszcze szerzej. I niestety, wtedy właśnie zaczęłam go nienawidzić.
Coś się między nami zmieniło
Pierwsza lekcja z Jackiem to był test mojej cierpliwości. A właściwie to jej kompletnego braku. Wstałam za wcześnie, nie zjadłam śniadania, bo stwierdziłam, że nie będę się jeszcze bardziej stresować i nie zasłużyłam na nic przyjemnego. Kiedy tylko stanęłam na śniegu z nartami przypiętymi do nóg, miałam ochotę wrócić do łóżka. Albo chociaż zsunąć się po tej górce w dół i uciec.
– Nie jedziemy tu po medal, dziewczyno. Tylko po to, żeby sobie nic nie rozwalić – powiedział Jacek, zerkając na mnie spod ciemnych okularów. – Albo żeby się przekonać, że śnieg też potrafi człowieka solidnie przewrócić.
– Bardzo śmieszne – mruknęłam, próbując się ustawić tak, jak pokazywał.
Cała byłam sztywna. Nogi jak klocki, ręce nie wiedziały, gdzie mają się podziać, a plecy bolały, chociaż przecież jeszcze nie zdążyłam się ruszyć.
Instruktor miał w sobie coś z przewodnika wycieczek, który opowiada dowcipy, żeby ludzie nie zauważyli, że pada i autokar się spóźnia. I jakbym miała cokolwiek w sobie z lekkości czy odwagi, może bym to nawet doceniła. Ale ja tylko się denerwowałam, że patrzy. Że coś zaraz powie. Że znowu się uśmiechnie.
Przy trzeciej próbie zjazdu postanowiłam, że nie dam mu tej satysfakcji. Zaczęłam się rozpędzać, nawet nieźle mi szło, ale wtedy narty zaczęły się rozjeżdżać. Nie wiedziałam, co mam robić. Moje ciało się buntowało, a śnieg tylko przyspieszał. Zobaczyłam przed sobą drzewo i w jednej sekundzie straciłam równowagę. Poleciałam w bok.
Poczułam jego ręce, zanim cokolwiek zrozumiałam. Wpadłam na niego, oboje się przewróciliśmy, śnieg wsypał mi się za kurtkę, a on leżał pode mną i śmiał się, jakby było z czego.
– Złapałem cię. Ale na przyszłość – mniej brawury, trzymaj się bardziej mnie.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. W końcu wydusiłam:
– Nie bądź taki pewny siebie. To wkurzające.
Podniósł głowę z tego śniegu, cały w białych płatkach, i spojrzał mi prosto w oczy. Uśmiech miał już łagodniejszy. Nie musiał nic mówić. Ja i tak poczułam, że w tej jednej chwili coś się zmieniło. Niby przypadkiem, ale już nie do cofnięcia.
Ciągnęło mnie do niego
Zajęcia przestały wyglądać jak lekcje. Nie wiem, kiedy to się stało. Może wtedy, gdy po zjeździe zostaliśmy chwilę dłużej na dole i zamiast wracać wyciągiem, Jacek zaproponował spacer przez las. Albo kiedy pierwszy raz powiedział: "Zostaniesz po zmroku? Wtedy śnieg bardziej skrzypi".
Zgodziłam się. Nie dlatego, że czułam się pewnie, wręcz przeciwnie. Ale przy nim ten strach był inny, mniej ciężki, bardziej... intrygujący. Nocne ślizgi, jak je nazywał, polegały głównie na tym, że zjeżdżaliśmy w półmroku, słysząc tylko swój oddech i dźwięk nart. Nikt nas nie popędzał, nikt nie oceniał. W przerwach siadaliśmy w małym schronisku, piliśmy herbatę z rumem i rozmawialiśmy tak, jakbyśmy znali się dużo dłużej niż kilka dni.
Zaczęłam na niego patrzeć inaczej. Zauważyłam, że nie przestaje poprawiać mi kasku, nawet jeśli wszystko było z nim w porządku. Że potrafi powiedzieć coś głupiego, tylko po to, żebym przestała się zamartwiać. Że czasem nie mówi nic, ale potrafi trwać obok, dokładnie tyle, ile trzeba. Kiedy raz zapytałam go o poprzednie sezony, rzucił z uśmiechem:
– Było ich kilka, ale wszystkie takie same. Rano nauka, wieczorem kolacja, potem pakowanie. Po tygodniu ludzie odjeżdżali, a ja zostawałem tu, jak strażnik stoków.
Pokręciłam głową, bardziej do siebie niż do niego.
– I co potem? Znowu zjeżdżasz w kierunku kolejnej?
Spojrzał na mnie uważnie. Tym razem nie uśmiechnął się. Odpowiedział cicho:
– Może wreszcie chcę się zatrzymać.
Nie umiałam wtedy powiedzieć nic. Wydawało mi się, że to tylko gra. Że przecież znam takich. Sezonowych czarodziei, którzy potrafią sprawić, że w jeden wieczór czujesz się wyjątkowo, ale rano i tak pakują plecak. A jednak coś we mnie pękało z każdym jego spojrzeniem. Nie przyznawałam się do tego nawet przed sobą. Tłumaczyłam sobie, że to tylko góry, tylko śnieg, tylko chwila. Że wszystko minie. A przecież nie minęło.
Nie chciałam się angażować
Ostatnia noc. Powietrze było tak ciche, że słyszeliśmy, jak z dachu schroniska spada śnieg. Wszyscy już poszli spać. Tylko my zostaliśmy na górze, w tym małym pokoju z drewnianym sufitem, który pachniał starą żywicą. Leżeliśmy na łóżku, ale wcale się nie dotykaliśmy. On miał ręce założone za głową, ja leżałam na boku, oparta o ramię. I wcale nie chodziło o odległość. Było między nami coś gęstszego, coś, co mogło popsuć się jednym niepotrzebnym ruchem.
– Chciałbym cię jeszcze kiedyś zobaczyć – powiedział nagle, zupełnie spokojnie.
Nie odpowiedziałam. Słowa stanęły mi w gardle. Bałam się, że jeśli coś powiem, to będzie już nieodwracalne. Więc udawałam, że zasypiam. Oddychałam równo, zamknęłam oczy, a on chyba zrozumiał. Nie próbował już nic mówić.
Rano wyszłam, zanim ktokolwiek się obudził. Spakowałam plecak po cichu, zostawiłam karnet na szafce i zeszłam z góry pieszo, nie czekając na wyciąg. Zimne powietrze wbijało się w policzki, a ja szłam, powtarzając sobie, że to była tylko przygoda. Tydzień, nic więcej. Nie chciałam się angażować. Nie teraz. Nie po tym, co przeszłam. Bałam się, że jeśli zostanę jeszcze jeden dzień, nie będę umiała wrócić. A przecież właśnie po to tu przyjechałam. Żeby się odciąć. Nie żeby znowu czegoś chcieć.
Ale w głowie został mi jego śmiech. I ten moment, kiedy poprawiał mi kask, mówiąc, że mam za ciasno, chociaż wiedziałam, że nie mam. I jego ręka na moim barku, kiedy zjechaliśmy razem po raz ostatni, w milczeniu. I to jedno zdanie, które wypowiedział poprzedniego dnia, wracało do mnie raz po raz:
– Zimą wszystko jest ostrzejsze. Ale nie warto od tego uciekać.
Tylko ja już uciekłam.
To mnie zaskoczyło
Dwa dni później siedziałam w biurze, wpatrując się w ekran. Przesuwałam kursor po pulpicie, udając, że szukam folderu, którego nie potrzebowałam. Dookoła mnie dźwięki życia korporacyjnego – szum wentylacji, odgłos drukarki, odklejające się od kubków naklejki z imionami. Windy jeździły w górę i w dół, ktoś rzucał słabe żarty przy ekspresie do kawy. Wszystko dokładnie tak, jak zawsze.
A ja siedziałam, jakby lekko niedopasowana. Wróciłam do życia, które znałam na pamięć, ale ono już mi nie pasowało. Tego dnia wróciłam do domu później niż zwykle. Weszłam w milczeniu po schodach, nie miałam siły wciskać się do windy z sąsiadami. W głowie miałam cały czas to ostatnie zdanie, które wypowiedział. O tym, żeby nie uciekać.
Wzięłam klucz, już prawie otwierałam drzwi, kiedy usłyszałam za sobą cichy dźwięk, szuranie butów. Odwróciłam się. Stał pod klatką, jakby nigdy się nie ruszał z miejsca. W tej samej kurtce, z czapką zsuniętą na czoło, z twarzą zmęczoną, ale spokojną.
– Co ty tu robisz? – zapytałam, choć przecież wiedziałam.
Podszedł powoli, jakby bał się, że zniknę.
– Mam dość życia z sezonu na sezon – powiedział. – Pomyślałem, że to ty mnie uratowałaś. A nie odwrotnie.
Trzymał dwa termosy. Jeden dla mnie, taki sam jak ten ze schroniska. Nie odpowiedziałam. Zamiast tego otworzyłam drzwi i zrobiłam krok w bok, wpuszczając go do środka.
To była moja bajka
Siedzieliśmy w mojej kuchni jak dwoje ludzi, którzy nie do końca wiedzą, co robią, ale z jakiegoś powodu nadal tam są. Jacek nalewał herbaty do kubków. Usiadł naprzeciwko mnie, położył dłonie na stole. Nie próbował mnie dotykać. Nie przysuwał się, tylko czekał.
– Tu wszystko wygląda inaczej – powiedziałam w końcu. – W górach było prościej. Tam się człowiek tylko zsuwał albo spadał. A tutaj… tu się trzeba trzymać.
– Ja też się boję – przyznał cicho. – Ale myślę, że nie ma już sensu udawać, że nie.
Spojrzałam na niego.
– Nie wiem, co z tego będzie. Nie wiem nawet, czy czegokolwiek chcę. Po prostu… jestem zmęczona udawaniem, że nic do ciebie nie czuję.
Pokiwał głową. Długo milczeliśmy. I to była dobra cisza. Taka, która niczego nie wymusza.
– Nie wiem, czy wszystko się ułoży – powiedział w końcu. – Ale wiem jedno. Nie chcę tego odpuścić.
Nie odpowiedziałam. Tylko przez chwilę patrzyłam na jego dłonie. Były czerwone od zimna. Wyciągnęłam swoją i położyłam na jego. Niewiele, ale wystarczająco. Potem opowiadałam mu o swoim życiu w mieście, o pracy, której nie znosiłam, o relacjach, które się rozpadły, zanim zdążyły się zacząć. O tym, że mam czasem ochotę uciec w góry i rzucić wszystko.
On słuchał. Nie poprawiał, nie przerywał, a ja czułam, że to nie bajka. Nie historia z idealnym zakończeniem. Może nawet nie początek czegoś wielkiego. Ale może to było coś. W mojej głowie pojawiła się myśl, która kiełkowała od dłuższego czasu. Może to nie była bajka. Może to była tylko zima. Ale może... właśnie tak wygląda początek czegoś, co nie przemija wraz z końcem sezonu.
Olga, 28 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Teściowa całe życie mnie upokarzała. Wredna jędza doigra się, gdy pozna moje postanowienie noworoczne na 2026”
- „Wybrałem się na tego samego sylwestra, co moja była. Miały być czułe wspomnienia, a wyszła powtórka z rozrywki”
- „Sylwester w górach z ukochanym skończył się złamanym sercem. Dowód zdrady w walizce rozwiał moje wątpliwości”

