Reklama

To miał być zwykły tydzień wyrwany z kalendarza, szybka decyzja podyktowana „niepowtarzalną okazją” z portalu grupowych zakupów. Daniel zawsze liczył każdą złotówkę, a ja byłam zbyt zmęczona, by protestować. Myślałam, że zmiana otoczenia, górskie powietrze i brak domowych obowiązków skleją to, co między nami pękło już dawno temu. Nie wiedziałam jednak, że w tym obskurnym pensjonacie, pachnącym bigosem i kurzem, oboje znajdziemy coś, czego szukaliśmy od lat – zrozumienie. Tyle że nie w sobie nawzajem.

Czar prysł ostatecznie

Decyzja zapadła we wtorek wieczorem, kiedy Daniel, wpatrzony w ekran laptopa, zakrzyknął swoim tryumfalnym tonem:

– Grażyna, patrz! Pięćdziesiąt procent taniej, pełne wyżywienie!

Spojrzałam na niego znad sterty prania, które segregowałam na kanapie. W jego oczach widziałam ten specyficzny błysk łowcy promocji, który kiedyś mnie bawił, a teraz wywoływał jedynie ciche westchnienie rezygnacji. Nasze małżeństwo od dłuższego czasu przypominało stary, wygodny fotel – niby wciąż spełniał swoją funkcję, ale sprężyny uwierały w plecy, a tapicerka dawno straciła kolor.

Zgodziłam się. Co miałam do stracenia? Dzieci były na obozach, w pracy wzięłam zaległy urlop. Może łudziłam się, że jeśli wyjmiemy naszą relację z dekoracji codzienności – rachunków, zakupów, cieknącego kranu – to pod spodem znajdziemy jeszcze tych dwoje zakochanych studentów, którymi byliśmy dwadzieścia lat temu. Podróż minęła nam w standardowym trybie: Daniel narzekał na kierowców, ja patrzyłam przez szybę na szare pola. Radio grało jakieś stare przeboje, a my nie zamieniliśmy ze sobą więcej niż dziesięć zdań. Kiedy dotarliśmy na miejsce, czar prysł ostatecznie. „Luksusowy pensjonat” okazał się podupadającym domem wczasowym z lat dziewięćdziesiątych, gdzie w recepcji wisiała pożółkła paprotka, a wykładzina na korytarzu nie wiedziała co to szczotka.

Daniel od razu ruszył do recepcjonistki kłócić się o opłatę klimatyczną, która nie była wliczona w cenę kuponu. Stałam dwa kroki za nim, ściskając rączkę walizki, i czułam to palące uczucie wstydu, które towarzyszyło mi coraz częściej. Nie chodziło o pieniądze. Chodziło o styl. O to, że dla niego walka o pięć złotych była ważniejsza niż spokój i uśmiech na powitanie. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ten wyjazd nie będzie o oszczędzaniu, ale o stratach. Największych w naszym życiu.

Był w swoim świecie

Pierwsza kolacja była testem wytrzymałości. Sala jadalna oświetlona była jaskrawymi świetlówkami, które bezlitośnie obnażały zmęczenie na twarzach gości. Jedzenie było jadalne, ale bez polotu – ziemniaki, kotlet, surówka z kapusty. Daniel jednak był w swoim żywiole. Głośno komentował wielkość porcji, żartował z kelnerką w sposób, który uważał za szarmancki, a który w moich oczach był po prostu przaśny.

– Grażynka, jedz, zapłacone! – rzucił głośno, nakładając sobie dokładkę ziemniaków.

Czułam na sobie wzrok ludzi przy stoliku obok. Spuściłam głowę nad talerzem, modląc się, by ten posiłek się skończył. Wtedy po raz pierwszy go zauważyłam. Mężczyzna siedzący dwa stoliki dalej. Był sam. Miał na sobie sweter o grubym splocie i czytał książkę, popijając herbatę. W pewnym momencie podniósł wzrok, nasze spojrzenia się spotkały. Nie było w tym flirtu, nie było oceny. Było… współczucie? A może po prostu zrozumienie?

Szybko odwróciłam wzrok, czując, jak policzki mi płoną. Daniel w tym czasie opowiadał już komuś przy sąsiednim stoliku o tym, jak najlepiej ominąć korki na autostradzie. Był w swoim świecie, w którym ja byłam tylko rekwizytem, niemym słuchaczem jego monologów. Wieczorem Daniel zasnął przed telewizorem, oglądając powtórkę meczu. Ja nie mogłam spać. Wyszłam na korytarz, potem do małej sali kominkowej, która miała być „sercem hotelu”. Ogień w kominku ledwo się tlił, ale było tam cicho.

– Też pani uciekła przed hałasem? – usłyszałam niski, spokojny głos.

To był on. Mężczyzna ze stołówki. Miał na imię Artur.

On słuchał. Naprawdę słuchał

Rozmowa z Arturem nie przypominała niczego, co znałam z domu. Nie musiałam walczyć o głos czy słuchać narzekań. Artur był architektem krajobrazu, przyjechał tu, by pisać artykuł i odpocząć po rozwodzie. Ale nie mówiliśmy o nim. Zapytał mnie, co sądzę o obrazie wiszącym nad kominkiem. Zaśmiałam się i powiedziałam coś sarkastycznego. On się uśmiechnął.

– Masz niesamowitą spostrzegawczość – powiedział. – Zauważyłaś detal w tle, którego ja nie widziałem. Musisz być wrażliwą osobą.

Zatkało mnie. „Wrażliwa”. Daniel od lat nazywał mnie „przewrażliwioną”, a to subtelna, lecz wyraźna różnica. Dla męża moje emocje były problemem do rozwiązania lub zignorowania. Dla tego obcego człowieka były wartością. Siedzieliśmy tam do drugiej w nocy. Opowiadałam mu o moich niespełnionych marzeniach o projektowaniu wnętrz, o tym, jak porzuciłam studia plastyczne, bo zaszłam w ciążę, o tym, jak bardzo męczę się w biurze rachunkowym. On słuchał. Naprawdę słuchał. Zadawał pytania. Patrzył mi w oczy, a nie w telefon czy telewizor.

Kiedy wróciłam do pokoju, Daniel chrapał. Położyłam się obok niego, czując się jak oszustka. Nie dlatego, że coś zrobiłam – między mną a Arturem do niczego nie doszło. Czułam się jak oszustka, bo przez te kilka godzin byłam szczęśliwsza z obcym człowiekiem niż z własnym mężem przez ostatnią dekadę.

Oboje potrzebowaliśmy luster

Następnego dnia Daniel oznajmił, że zapisał nas na wycieczkę z przewodnikiem. Nie miałam ochoty iść, znalazłam jakąś wymówkę. Był niezadowolony, ale szybko znalazł zastępstwo. Przy śniadaniu dosiadła się do nas para – małżeństwo w średnim wieku i ich siostra, Beata. Beata była głośna, rubaszna, miała farbowane na rudo włosy i śmiała się tak, że słychać ją było na całą salę. Ku mojemu zdziwieniu, Daniel był nią oczarowany. Beata śmiała się z każdego jego dowcipu, nawet tych suchych, które słyszałam tysiąc razy.

– Ależ pan ma poczucie humoru, panie Danielu! – krzyczała, klepiąc go po ramieniu. – Chłop do rany przyłóż!

Widziałam, jak mój mąż rośnie. Prostował plecy, wciągał brzuch. Beata nie widziała w nim skąpca ani marudy. Widziała „fajnego chłopa”, zaradnego, męskiego. Rozmawiali o samochodach, o grillowaniu, o tym, jak to „kiedyś było lepiej”. Daniel poszedł z nią i jej rodziną na tę wycieczkę. Zostawił mnie w pokoju bez cienia żalu. Obserwowałam ich przez okno, jak wsiadają do busa. Daniel pomagał Beacie wejść, podawał rękę. Do mnie nie wyciągał ręki od lat, chyba że po to, bym podała mu pilota.

Zrozumiałam wtedy coś smutnego. On też w tym związku nie był sobą. Przy mnie czuł się oceniany, czuł, że go nie podziwiam, że gardzę jego prostackimi żartami. Przy Beacie był królem życia. Oboje potrzebowaliśmy luster, w których moglibyśmy zobaczyć lepszą wersję siebie. I oboje znaleźliśmy te lustra poza naszym małżeństwem.

Czułam się przy nim jak dama

Kolejne trzy dni były dziwnym tańcem pozorów. Rano jedliśmy razem śniadanie, wymieniając techniczne uwagi o pogodzie. Potem Daniel znikał z Beatą i jej grupą – na narty, na grzańca, na spacer. Ja spotykałam się z Arturem. Chodziliśmy na długie spacery po lesie, odwiedzaliśmy lokalne muzea, przesiadywaliśmy w kawiarniach. Z Arturem czułam, że mój intelekt pracuje, że moja kobiecość nie umarła. Powiedział mi, że mam piękne dłonie. Że sposób, w jaki dobieram słowa, jest fascynujący. Czułam się przy nim jak dama, jak intelektualistka, jak ktoś wyjątkowy.

Daniel wracał wieczorami zarumieniony, pachnący wiatrem, zadowolony z siebie. Opowiadał, jak to Beata świetnie jeździ na nartach, jaka jest „równa babka”. Nie byłam zazdrosna o Beatę w sensie romantycznym. Byłam zazdrosna o to, że ona potrafiła wydobyć z niego radość, której ja już nie umiałam wskrzesić. Pewnego popołudnia, siedząc z Arturem nad parującą herbatą z goździkami, zapytałam go wprost:

– Dlaczego rozmawiasz ze mną, a nie szukasz kogoś wolnego?

Artur spojrzał na mnie poważnie.

– Bo czasami spotyka się właściwą osobę w niewłaściwym czasie, Grażyno. I ta chwila rozmowy jest warta więcej niż lata milczenia z kimś innym.

To zdanie uderzyło we mnie jak obuchem. Myślałam o Danielu. Czy on też czuł, że z Beatą jest we „właściwym miejscu”? Nie zdradziliśmy się fizycznie. Ani ja, ani – jestem tego prawie pewna – on. Ale zdrada emocjonalna, której się dopuszczaliśmy, była znacznie głębsza. Oddawaliśmy to, co najlepsze w nas – naszą uwagę, nasz śmiech, nasze marzenia – obcym ludziom. Do pokoju hotelowego znosiliśmy tylko resztki: zmęczenie, chrapanie i brudne ubrania.

Byliśmy z innej bajki

Ostatniego wieczoru w pensjonacie zorganizowano „wieczorek zapoznawczy” z muzyką na żywo. Typowy dancing w góralskim stylu. Daniel oczywiście chciał iść.

– Chodźmy, Grażyna, ludzie się bawią, nie bądź dzikusem – powiedział, wiążąc krawat przed lustrem. Widziałam, że się starał. Ale nie dla mnie. Wiedziałam, że na dole będzie Beata.

Zeszliśmy. Sala była udekorowana balonami, grał jakiś zespół. Beata już tam była, w błyszczącej sukience, machała do nas z daleka. Daniel natychmiast się ożywił. Zaczął sypać żartami. Po chwili podszedł do nas Artur. Ukłonił się grzecznie Danielowi, który zmierzył go wzrokiem typu „co to za artysta”, po czym poprosił mnie do tańca. Daniel machnął ręką:

– Idź, idź, ja tu z Beatką posiedzę, nóżki mnie bolą po nartach.

Tańczyłam z Arturem do jakiejś wolnej ballady.

– Będę o tobie myślał – szepnął mi do ucha.

– Ja o tobie też – odpowiedziałam, czując łzy pod powiekami. Wiedziałam, że to koniec. Że jutro wyjedziemy i nigdy więcej się nie zobaczymy. I że ten brak będzie bolał bardziej niż jakakolwiek kłótnia z mężem.

Kiedy muzyka ucichła, wróciłam do stolika. Zobaczyłam Daniela. Tańczył wolnego z Beatą. Mieli zamknięte oczy. Głowa Beaty spoczywała na jego ramieniu. Daniel wyglądał na… spokojnego. Wyglądał na kogoś, kto w końcu znalazł przystań. Stanęłam jak wryta. To nie był widok zdrady w tanim filmie. To był obraz dwojga ludzi, którzy pasowali do siebie bardziej, niż ja i Daniel kiedykolwiek pasowaliśmy. Oni byli z tej samej gliny. Prości, w dobrym tego słowa znaczeniu, radośni, nieskomplikowani. Ja i Artur byliśmy z innej bajki – tej pełnej niuansów, ciszy i analizy. Nasze małżeństwo nie rozpadło się przez kłótnie o pieniądze czy bałagan. Rozpadło się, bo byliśmy fundamentalnie różni, a miłość, która kiedyś te różnice przykrywała, wytarła się jak ten stary dywan w hotelowym korytarzu.

Każde z nas było myślami gdzie indziej

Następnego ranka pakowaliśmy się w milczeniu. Daniel był markotny. Widziałam, jak ukradkiem sprawdza telefon – pewnie czekał na wiadomość od Beaty, albo pisał do niej pożegnalnego SMS-a. Ja pożegnałam się z Arturem przy recepcji. Uścisk dłoni, długie spojrzenie. Wymieniliśmy się numerami, ale oboje wiedzieliśmy, że nie zadzwonimy. Jesteśmy ludźmi honoru, mamy rodziny, zobowiązania. Ale ten numer w telefonie będzie mnie parzył. Wsiadaliśmy do naszego auta. Daniel wrzucił walizki do bagażnika z większą niż zwykle agresją. Usiadł za kierownicą, trzasnął drzwiami.

– No to co, wracamy do kieratu – mruknął.

– Wracamy – odpowiedziałam, zapinając pasy.

Droga powrotna była koszmarem. Nie dlatego, że się kłóciliśmy. Wręcz przeciwnie. Panowała absolutna, gęsta cisza. Taka, która dzwoni w uszach. Nie włączyliśmy radia. Daniel patrzył tępo w drogę. Ja patrzyłam na mijane drzewa. Każde z nas było myślami gdzie indziej. On był na stoku z Beatą, śmiejąc się do rozpuku. Ja byłam w kawiarni z Arturem, rozmawiając o sensie życia. Siedzieliśmy obok siebie, ramię w ramię, połączeni obrączkami, kredytem i dziećmi, ale dzieliła nas przepaść nie do zasypania.

Wiedziałam już, że po powrocie nic nie będzie takie samo. Że kiedy Daniel znów zacznie narzekać na rachunek za prąd, nie poczuję irytacji, tylko obojętność. Że kiedy ja będę chciała obejrzeć ambitny film, on nie skomentuje tego głupim żartem, tylko wyjdzie do drugiego pokoju. Staniemy się współlokatorami. Ten tani wyjazd miał nas uratować. Miał być plastrem na nasze problemy. Zamiast tego pokazał, że między nami nic nie ma. Wróciliśmy do domu, rozpakowaliśmy walizki, zrobiliśmy herbatę.

– Fajna była ta Beata, co? Taka życiowa babka – rzucił nagle Daniel, mieszając cukier. Nie patrzył na mnie.

– Fajna – odpowiedziałam spokojnie. – A Artur był bardzo inteligentnym rozmówcą.

Spojrzeliśmy na siebie. Przez ułamek sekundy, w tym brudnym od podróży przedpokoju, byliśmy ze sobą całkowicie szczerzy. W jego oczach widziałam ten sam smutek, który musiał widzieć w moich. Oboje wiedzieliśmy, że spotkaliśmy ludzi, z którymi moglibyśmy być szczęśliwsi. I oboje wiedzieliśmy, że jesteśmy zbyt tchórzliwi, by coś z tym zrobić. Przynajmniej na razie. Poszłam do łazienki, żeby zmyć z siebie kurz podróży. W lustrze zobaczyłam kobietę, która wie już, że jest sama. Wyjazd last minute się skończył. Zaczęła się długa, zimna zima naszego małżeństwa. I nie wiem, czy doczekamy wiosny.

Grażyna, 44 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama