Reklama

Nigdy nie planowałam być tą złą żoną z seriali, która pod płaszczykiem idealnego uśmiechu i wyprasowanych koszul męża skrywa brudny sekret. Zawsze gardziłam zdradą. Uważałam, że to domena słabych ludzi, którzy nie potrafią panować nad impulsami.

Nie układało nam się

Moje małżeństwo z Irkiem przypominało letnią wodę w kranie. Była bezpieczna, przewidywalna, ale nikt nie brałby w niej kąpieli dla przyjemności. Jesteśmy razem od studiów. Irek to typowy dobry facet. Pracowity inżynier, który zawsze pamięta o przeglądzie samochodu i ubezpieczeniu domu, ale zapomina, że jego żona jest też kobietą, a nie tylko matką jego dwóch córek i zarządczynią domowego ogniska.

Tamtej zimy czułam się, jakbym dusiła się we własnym życiu. Nasze rozmowy ograniczały się do logistyki: kto odbierze dziewczynki ze szkoły, co na obiad, czy trzeba kupić proszek do prania. Czułam się niewidzialna. Atrakcyjna, zadbana trzydziestopięciolatka, na którą mąż patrzył jak na element umeblowania.

Kiedy Irek oznajmił, że nie dostanie urlopu na ferie zimowe, bo mają „critical deadline” w projekcie, poczułam… ulgę. To straszne, ale tak było. Spakowałam dziewczynki, narty i ruszyłam w Tatry sama. Miałam spędzić tydzień w Białce Tatrzańskiej, wdychać mroźne powietrze i udawać, że wszystko u nas gra. Nie wiedziałam, że ten wyjazd zmieni wszystko i zniszczy mnie od środka.

Czułam, że żyję

Pierwsze dwa dni były chaosem. Organizacja szkółki dla Mai i Lenki, walka z dopinaniem butów narciarskich, kolejki do wyciągów. Byłam zmęczona, ale szczęśliwa. Wieczorami padałam na łóżko w naszym pensjonacie, a cisza, przerywana tylko oddechem śpiących córek, była kojąca.

Trzeciego dnia postanowiłam, że ja też zasługuję na coś dla siebie. Dziewczynki świetnie radziły sobie w grupie, więc wykupiłam dla siebie kilka godzin indywidualnych lekcji, żeby doszlifować technikę, którą zaniedbałam przez lata macierzyństwa. Mój instruktor miał na imię Krzysiek. Nie był w typie facetów, na których zwykle zwracałam uwagę. Młodszy ode mnie o dobrych siedem, może osiem lat. Irytująco pewny siebie, z tą nonszalancją, którą mają ludzie wychowani w górach.

– Pani Agnieszka? – zapytał, szczerząc zęby w uśmiechu. – Słyszałem, że chce Pani przestać jeździć asekuracyjnie i poczuć trochę wiatru we włosach.

– Chcę po prostu nie połamać nóg – odpowiedziałam sztywno, próbując zachować dystans.

– Nuda – rzucił, podjeżdżając bliżej. Czułam od niego zapach papierosów. – Ze mną nie będzie nudno. Obiecuję.

Przysiadł się

Miał rację. Przez następne dwie godziny wyciskał ze mnie siódme poty. Krzyczał, poprawiał, śmiał się, gdy lądowałam w zaspie, ale po raz pierwszy od lat ktoś skupiał na mnie sto procent swojej uwagi. Nie byłam mamą, nie byłam żoną inżyniera. Byłam Agnieszką, kobietą, która ma silne uda i potrafi walczyć ze stromizną stoku.

To miało się skończyć na stoku, ale wieczorem, kiedy dziewczynki już spały zmęczone po całym dniu szaleństw, zeszłam do hotelowego baru na jednego grzańca. Tylko jednego, żeby rozgrzać kości. Oczywiście, że tam siedział. Kiedy mnie zobaczył, nie pytał o pozwolenie. Wziął swoje piwo i przysiadł się do mojego stolika.

– I jak, nogi bolą? – zapytał, patrząc mi prosto w oczy.

– Trochę – przyznałam, obracając w palcach szklankę z gorącym napojem. – Ale to dobry ból.

Rozmowa kleiła się sama. Nie pytał o mojego męża, a ja o nim nie wspominałam. Z każdą minutą, z każdym jego uśmiechem, czułam, jak puszczają hamulce. Alkohol szumiał mi w głowie, ale bardziej odurzała mnie jego adoracja.

Zapomniałam się

Dla Krzyśka byłam gorącą turystką z miasta. Widziałam w jego oczach pożądanie. Tego właśnie mi brakowało. Irek kochał mnie chyba za to, kim byłam w naszym domowym ekosystemie. Krzysiek pragnął mnie za to, jak wyglądałam i jak na niego reagowałam tu i teraz.

– Chodź – powiedział nagle, wstając. – Pokażę ci widok, którego nie ma w żadnym przewodniku.

Powinnam była powiedzieć „nie”. Powinnam była pójść do pokoju, zadzwonić do Irka i zapytać, jak minął mu dzień w biurze. Zamiast tego, wstałam i poszłam za nim w ciemną, mroźną noc. Zabrał mnie do małej chatki instruktorskiej przy górnej stacji wyciągu. Miał tam klucze. Nie było tam romantycznych świec ani muzyki. Była tylko surowa, pierwotna namiętność.

Oddałam się temu szaleństwu z desperacją tonącego. Nie myślałam o konsekwencjach. Nie myślałam o mężu, o dzieciach śpiących w hotelu na dole, o moralności. Liczył się tylko dotyk jego dłoni i to, że sprawiał, że czułam się jedyną kobietą na świecie. Adrenalina mieszała się z endorfinami. W tamtej chwili nienawidziłam swojego ułożonego życia i kochałam tę dziką wersję siebie.

Nie czułam się winna

Kiedy wracałam do hotelu taksówką, drżąc z zimna i emocji, czułam się brudna i jednocześnie ekstatycznie żywa. Obiecałam sobie, że to był jednorazowy wybryk. Że zapomnę, że to zostanie w górach, jak śnieg, który stopnieje na wiosnę.

Spotkaliśmy się jeszcze raz, następnego dnia, na stoku. Było dziwnie. Magia prysła. On był znowu tylko instruktorem, ja turystką. Wymieniliśmy porozumiewawcze spojrzenia, ale wiedziałam, że to koniec. Wyjechałam dzień wcześniej, tłumacząc się złym samopoczuciem. Uciekłam. W domu przywitał mnie Irek. Zmęczony, wymięty, ale uśmiechnięty.

– Tęskniłem – powiedział, przytulając mnie w przedpokoju.

Zapach jego wody kolońskiej, ten sam od dziesięciu lat, sprawił, że zebrało mi się na wymioty. Nie z obrzydzenia do niego, ale z obrzydzenia do samej siebie. Czułam na sobie dłonie Krzyśka, wciąż miałam wrażenie, że mam jego zapach na skórze. Przez pierwsze dni po powrocie byłam dla Irka niezwykle miła. Nadrabiałam winy, o których on nie miał pojęcia. Gotowałam jego ulubione potrawy, słuchałam o problemach w firmie. Ale w głowie miałam kalendarz.

Dni mijały, a okres nie nadchodził. Na początku tłumaczyłam to sobie stresem, zmianą klimatu, wysiłkiem fizycznym, ale gdzieś w głębi trzewi czułam ten lodowaty lęk. To specyficzne mrowienie w piersiach, ten metaliczny posmak w ustach, który pamiętałam z poprzednich ciąż.

Byłam spanikowana

Kiedy spóźniał się tydzień, wpadłam w panikę. Wiedziałam, że jeśli to ciąża, to na 99% nie jest to dziecko Irka. Nie sypialiśmy ze sobą od miesiąca przed wyjazdem. Matematyka była bezlitosna. Wtedy zrodził się w mojej głowie plan. Plan tak cyniczny i wyrachowany, że do dziś nie wierzę, że byłam do tego zdolna.

Wiedziałam, że muszę iść z Irkiem do łóżka natychmiast. I musiałam sprawić, żeby uwierzył, że to właśnie wtedy doszło do poczęcia. Że natura spłatała figla. Ludzie wierzą w to, w co chcą wierzyć. Zorganizowałam romantyczną kolację. Świece, nowa bielizna. Irek był zaskoczony, ale zachwycony.

– Kochanie, co w ciebie wstąpiło? – pytał, gładząc mnie po plecach.

– Po prostu zrozumiałam na tym wyjeździe, jak bardzo mi ciebie brakowało – skłamałam, patrząc mu prosto w oczy. Byłam aktorką w roli życia.

Zaciągnęłam go do sypialni. Byłam inicjatorką, byłam namiętna, byłam wszystkim, czego mu brakowało przez ostatnie lata. Irek był w siódmym niebie. Po wszystkim leżał obok mnie, szczęśliwy i zrelaksowany, a ja patrzyłam w sufit i modliłam się, żeby ta maskarada się udała.

Plan się powiódł

Tydzień później zrobiłam test. Dwie kreski. Grube, czerwone, oskarżycielskie. Wyszłam z łazienki ze łzami w oczach. To były łzy przerażenia, ale Irek odczytał je inaczej.

– Aga? Co się stało? – zapytał zaniepokojony.

Podałam mu test bez słowa. Jego reakcja złamała mi serce na milion kawałków. Rozpłakał się. Mój stoicki, opanowany mąż, inżynier bez emocji, chwycił mnie w ramiona i zaczął płakać ze szczęścia.

– To cud – powtarzał. – Myślałem, że już… że to koniec. Aga, kocham cię.

Czułam się jak najgorszy człowiek na ziemi. Przyjmowałam jego gratulacje, jego radość, jego plany na przyszłość, a w środku wyłam. Zbudowałam nasze „nowe szczęście” na fundamencie z kłamstwa.

Każda wizyta u ginekologa była torturą. Bałam się, że lekarz spojrzy na USG i powie: „Zaraz, zaraz, wiek ciąży nie zgadza się z terminem ostatniego zbliżenia z mężem”. Ale lekarze operują na przybliżeniach. Dwa tygodnie w tę czy w tamtą. Ale najgorszy był strach o genetykę. Irek jest typowym blondynem o jasnej cerze i niebieskich oczach. Ja jestem szatynką, też jasną. Nasze córki to kopie Irka. A Krzysiek? Ciemne włosy, ciemna oprawa oczu, oliwkowa skóra.

Bałam się prawdy

Co noc śniły mi się koszmary, w których rodzę dziecko o smagłej cerze, a Irek patrzy na nie i od razu wie. Śniło mi się, że mały ma na czole napisane „wina”. Unikałam słońca, jadłam zdrowo, robiłam wszystko, żeby tylko nie zaszkodzić dziecku, jakbym chciała odkupić swoją winę dbałością o płód.

Jednocześnie, paradoksalnie, ta ciąża naprawdę zbliżyła nas z Irkiem. On oszalał na punkcie niespodziewanego syna, bo na USG wyszedł chłopiec. Zaczął wracać wcześniej z pracy, malował pokój, składał łóżeczko. Stał się mężem, jakiego pragnęłam przed wyjazdem w Tatry. Ironia losu – zdrada naprawiła moje małżeństwo, ale cena, którą za to płaciłam, była astronomiczna. Żyłam w ciągłym napięciu.

Kiedy zaczęła się akcja porodowa, byłam przerażona. Nie bólem – ten znałam. Bałam się pierwszego spojrzenia. Kuba urodził się siłami natury, zdrowy, silny. Położna położyła mi go na piersi. Był siny, opuchnięty, jak każdy noworodek. Szukałam w jego twarzyczce rysów Irka. Szukałam ratunku.

– Ma twoje oczy, kochanie! – wykrzyknął Irek, nachylając się nad nami. Płakał znowu.

Nic nie podejrzewał

Spojrzałam. Oczy noworodka były granatowe, jak u większości dzieci. Ale włoski... Miał czarną czuprynkę.

– Ciemny jak cygan – zaśmiała się położna. – Ale to się wytrze, pani Agnieszko, często się wycierają na blond.

Serce zamarło mi w piersi. Spojrzałam na Irka. On tylko się uśmiechnął.

– Moja babcia miała ciemne włosy – powiedział bez cienia podejrzeń. – Geny lubią przeskakiwać pokolenia.

Odetchnęłam, ale wiedziałam, że to nie koniec. To dopiero początek gry w ruletkę, która będzie trwała latami. Dzisiaj Kuba ma trzy lata. Włosy mu pojaśniały, są teraz w odcieniu ciemnego blondu – wystarczająco blisko mojego koloru, by nie budzić pytań. Ale oczy… ma brązowe. Głębokie, ciemne, świdrujące. Oczy Krzyśka.

Irek uwielbia te oczy. Mówi, że są charakterne, że mały ma spojrzenie zdobywcy. Nie wie, jak bardzo ma rację. Za każdym razem, gdy Kuba patrzy na mnie tymi oczami, widzę ośnieżony stok, czuję zapach drewnianej chaty i ten moment zapomnienia. Znalazłam Krzyśka na Facebooku. Wciąż jest instruktorem, wciąż żyje chwilą, ma zdjęcia z różnymi dziewczynami. Nie wie, że ma syna i nigdy się nie dowie. To jest ciężar, który muszę dźwigać sama.

Gram swoją rolę

Czasami mam ochotę wykrzyczeć to Irkowi. Zrzucić ten balast, oczyścić sumienie, nawet jeśli miałoby to oznaczać koniec naszego świata. Ale potem patrzę na to, jak Irek uczy Kubę kopać piłkę. Widzę, jak bardzo kocha tego chłopca. Kuba jest oczkiem w głowie tatusia. Irek jest dla niego najlepszym ojcem pod słońcem. Czy mam prawo mu to odebrać w imię prawdy? Czy prawda zawsze jest najważniejsza?

Żyję w kłamstwie, które stało się fundamentem mojej rodziny. Jesteśmy szczęśliwi. Znajomi nam zazdroszczą. Mówią, że trzecie dziecko nas odmłodziło. Irek jest dumnym ojcem syna. Ja jestem wzorową matką. Ale czasami, kiedy siedzimy przy obiedzie i zapada cisza, łapię się na tym, że obserwuję Irka, szukając cienia podejrzenia na jego twarzy. Analizuję każde jego słowo. Czy on wie? Czy w głębi duszy domyśla się, że Kuba jest zbyt inny, zbyt żywiołowy, zbyt… obcy? A może kocha go tak bardzo, że wypiera tę prawdę, tak jak ja wypieram wspomnienie tamtej nocy?

Chciałabym cofnąć czas albo wymazać pamięć, ale jedyne co mogę zrobić, to uśmiechnąć się, pokroić ciasto i dalej grać swoją rolę. Boję się tylko jednego – że kiedyś Kuba dorośnie i zapyta, dlaczego jako jedyny w rodzinie kocha góry tak bardzo, jakby się w nich urodził. A ja będę musiała spojrzeć w te jego brązowe oczy i nie mrugnąć.

Agnieszka, 40 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama