„Ferie na wsi nauczyły nas pokory. Przez tydzień jedliśmy tylko ziemniaki z piwnicy dziadka, bo śnieg zasypał drogi”
„Patrzyłam na twarz dziadka. Na głębokie zmarszczki, na poszarzałe policzki. Nigdy nie pomyślałam, ile siły trzeba, żeby po prostu żyć. Nie uciekać. Nie krzyczeć. Nie tłumaczyć się światu z samotności. Nie wiem, czy mnie wtedy coś dotknęło. Ale po raz pierwszy nie czułam się lepsza”.

Nie miałam ochoty. Ale mama poprosiła. „Choć raz mi pomóż, Nina, naprawdę muszę popracować przez ferie, a Zosia z Igorem nie mogą zostać sami w domu.” – usłyszałam. I tyle. Żadnej dyskusji. Wcisnęłam ostatnie rzeczy do torby i pojechałam z rodzeństwem na wieś, do dziadka.
W pociągu Igor syczał z oburzeniem, że „tracimy życie”, bo nie ma nawet LTE. Zosia tuliła króliczka i udawała entuzjazm. A ja patrzyłam przez okno na zaspy większe z każdą stacją i myślałam tylko o tym, że mogłabym leżeć teraz pod kocem z książką i udawać, że ogarniam życie.
Dziadek czekał na stacji. Nie zapytał, co słychać. Podał herbatę w termosie. W domu było trochę zimno i dziwnie pachniało. Igor jęknął: „Tu nawet Wi-Fi nie ma?!”. A ja, zamiast się śmiać, pomyślałam, że naprawdę jesteśmy na końcu świata. I że to będą długie dwa tygodnie.
Mieliśmy kiepski nastrój
– I co my tu, do cholery, mamy robić? – jęknął Igor, rzucając się na kanapę jak zbuntowany książę. – Żadnego neta, żadnych ludzi. Nawet dobrej telewizji!
– Możesz, nie wiem, poczytać książkę? – rzuciłam, choć sama wiedziałam, jak absurdalnie to brzmi.
– Jasne. A może jeszcze poćwiczyć kaligrafię przy świecach? – prychnął.
Dziadek milczał, kroił chleb nożem. W końcu mruknął:
– Zamiast się wściekać, można coś upiec. Możee chleb?
– Nie jesteśmy w średniowieczu – parsknął Igor. – Kupuje się chleb. W sklepie. Za pieniądze.
Dziadek spojrzał na niego dziwnie, ale nic nie odpowiedział. Po prostu wyjął z szafki woreczek z mąką i zaczął sypać ją do miski. A ja – nie wiem, czemu – zostałam. Patrzyłam, jak miesza ciasto. Czułam, jak pachnie drożdżami i czymś jeszcze.
W nocy przyszła zamieć. Biała ściana, która pożarła wszystko. Śnieg zasypał schody po kolana. Rano Igor stanął przy drzwiach i powiedział tylko:
– To żart, prawda?
– Nie – odparł dziadek. – Droga jest nieprzejezdna. Ale spokojnie. Mamy wszystko, co trzeba.
I rzeczywiście – piec był ciepły, spiżarnia pełna, a ja... poczułam coś dziwnego. Coś między paniką a ulgą. Byliśmy odcięci. Ale nie bezradni. A to robiło różnicę.
Brat się buntował
Spiżarnia dziadka była jak mały skarbiec. Półki po sufit, a na nich słoiki poukładane jak w bibliotece. Każdy podpisany: „ogórki 2023”, „kapusta kiszona”, „mięso w słoiku”, „kompot z wiśni”, „powidła śliwkowe”.
– No nieźle – mruknął Igor, rozglądając się z niedowierzaniem. – Mamy to jeść?
Zosia była zachwycona. Kręciła się między półkami, jakby to był Disneyland. – A dziadku, co tu tak pachnie? – zapytała z dziecięcą ciekawością.
– Trochę czosnku i zioła – odpowiedział spokojnie Marian.
Dziadek zaproponował, że dziś ja zrobię chleb. Bez instrukcji z YouTube’a, bez miarki. Tylko ręce, mąka, drożdże, miska i czas. Mimo wszystko... poczułam satysfakcję. Ugniatając to ciasto, czułam, jak coś mnie opuszcza – napięcie? żal? zmęczenie? Ale nie powiedziałam tego na głos.
Igor za to odciął się zupełnie. Siedział z kapturem na głowie w pokoju, gapiąc się w ścianę. Gdy weszłam z pytaniem, czy pomoże – burknął:
– Umieram tu z nudów.
– Masz żal, że nie możesz scrollować TikToka?! – wybuchłam. – Może byś chociaż raz zrobił coś pożytecznego, zamiast się obrażać!
Drzwi trzasnęły. Dziadek nie podniósł głosu. Tylko odłożył łyżkę i powiedział:
– Przekona się, zobaczysz.
Poczułam wstyd. I złość. Na Igora. Na siebie. Na cały świat.
Dziadek był szczery
Wieczorem stół uginał się od prostych rzeczy: świeży chleb, plasterki mięsa ze słoika, masło i ogórki kiszone, które aż syczały po odkorkowaniu. Zosia siorbała kompot, Igor milczał, wpatrzony w chleb tak, jakby robił mu sekcję. Ja patrzyłam na dziadka. Na jego ręce. Szorstkie, popękane, silne.
– Dziadku... ty zawsze tak sam? – zapytała Zosia cicho.
Zamilkł. Wydawało mi się, że pytanie jąka się gdzieś między jego brwiami. Ale po chwili westchnął i odezwał się.
– Babcia odeszła dziesięć lat temu. Najpierw nie wiedziałem, co z sobą zrobić. Ale jak się ma ręce, spiżarnię i piec, to się jakoś idzie do przodu. Uczyłem się wszystkiego od nowa. Pieczenia. Gotowania. Życia w ciszy. I że dzień bez ludzi też może być dobry.
Nikt się nie odezwał. W pokoju było tylko słychać strzelanie drewna w piecu i delikatne mlaskanie Zosi, która maczała chleb w powidłach.
Patrzyłam na twarz dziadka. Na głębokie zmarszczki, na poszarzałe policzki. Nigdy nie pomyślałam, ile siły trzeba, żeby po prostu żyć. Nie uciekać. Nie krzyczeć. Nie tłumaczyć się światu z samotności. Nie wiem, czy mnie wtedy coś dotknęło. Ale po raz pierwszy nie czułam się lepsza od tego domu, od tych ścian. Przez chwilę – czułam się w nich na miejscu.
Pomogliśmy sąsiadce
Z samego rana usłyszeliśmy krzyk spod płotu.
– Marian! Marian! Pomóżże, kochany!
To była Genowefa, sąsiadka, która krzyczała przez okno. Dziadek poderwał się od razu, ale kiedy zaczął zakładać kurtkę, zobaczyłam, że drżą mu ręce. I że nie daje rady podnieść torby z termosem.
– Ja pójdę – powiedziałam. – Igor, idziesz ze mną.
Spojrzał na mnie z niechęcią, ale coś – może w głosie dziadka – sprawiło, że nie zaprotestował.
Śnieg sięgał nam do ud, ale mieliśmy zrobioną ścieżkę. Genowefa mieszkała obok. Przez pół drogi przeklinałam wszystko, ale kiedy weszliśmy do jej domu – od razu przestałam narzekać. Było zimno. Genowefa leżała na wersalce pod grubym kocem.
– W piecu mi wygasło – jęknęła. – Nogi jak z waty, nie dojdę...
Igor bez słowa zdjął kurtkę i zabrał się za dorzucanie drewna do pieca, a potem poszedł do szopy po kolejne. Ja przyniosłam z kuchni ciepłą herbatę z termosu dziadka. Przez chwilę działaliśmy razem – bez dram, bez wybuchów. Po godzinie Genowefa miała ciepło, coś do jedzenia i usypiała ze słowami „dziękuję”. A Igor... nie powiedział nic. Ale podał mi rękę, gdy schodziliśmy po oblodzonych schodach. Pierwszy raz od dawna.
To inny, ale dobry czas
Wieczorem, kiedy piec już huczał, a chleb dochodził w piekarniku, usiedliśmy z Igorem w kuchni. Bez telefonu, bez dźwięków zza ściany, bez pośpiechu.
– Wiesz... – zaczął nagle, grzebiąc łyżką w kubku z herbatą. – Nie wiedziałem, że jesteśmy tacy... wrażliwi.
Spojrzałam na niego z lekkim uśmiechem.
– To normalne.
Pokiwał głową. I nic nie powiedział. Ale to wystarczyło. Czułam, że coś w nim pękło – może złość, może rozczarowanie, że świat nie jest fast foodem i wi-fi. Może po prostu zrozumiał, że czasem trzeba wyjść w śnieg i pomóc staruszce rozpalić piec, żeby poczuć, że ma się wpływ na coś więcej niż ranking w grze.
Zosia siedziała w rogu i opowiadała bajkę. Jej wymyśloną. O rodzinie, która utknęła w śniegu, ale się nie bała, bo mieli siebie. – I mieli ogień. I chleb – powiedziała na końcu. – A ten chleb był magiczny, bo sprawiał, że nikt się nie kłócił. I przez tydzień jedli ziemniaki tak jak my i to były najlepsze ziemniaki na świecie.
Dziadek wyjął bochenek z pieca. Zapach rozszedł się po domu. Bez słowa ukroił kromki. Podsunął nam z masłem i kiszonym ogórkiem. Usiadłam obok niego. Nie musiał nic mówić. Po prostu wzięłam kolejną miskę, dosypałam mąki i zaczęłam mieszać ciasto na kolejną partię. W ciszy. W cieple. Z ludźmi, których – o dziwo – naprawdę kochałam.
Nina, 22 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mróz był idealnym pretekstem, by się przytulić do szwagra. Potem już nie potrzebowaliśmy wymówek”
- „Brat zgarnął cały majątek po rodzicach. Dziś wynajmuje mi piwnicę za 2000 zł i mówi, że mam szczęście”
- „Wierzyłam, że mąż jedzie z kumplami na męski wypad w góry. Moje złudzenia okazały się kruche niczym lód”

