Reklama

Zawsze uważałem się za uczciwego człowieka, ale samotność we dwoje potrafi zmienić nawet najtwardsze zasady moralne. Moja żona, Joanna, dba o mnie najlepiej, jak potrafi, pierze moje koszule i pilnuje terminów wizyt lekarskich, ale ja czuję się przy niej jak eksponat w muzeum. Odkryłem jednak sposób na przetrwanie. Sanatorium. To magiczne słowo, które dla mojej żony oznacza rehabilitację mojego kręgosłupa, a dla mnie jest przepustką do świata, w którym znowu jestem młody, pożądany i wolny.

Spojrzała na mnie z troską

Wszystko zaczęło się od dźwięku łyżeczki uderzającej o ścianki porcelanowej filiżanki. Siedzieliśmy przy kuchennym stole, jak każdego ranka od czterdziestu lat. Joanna smarowała chleb masłem z tą samą, metodyczną precyzją co zawsze. Patrzyłem na jej siwe włosy, starannie upięte w kok, na jej dłonie zniszczone latami pracy w domu i w ogrodzie, i nagle poczułem przeraźliwą pustkę. To nie była nienawiść. To było coś znacznie gorszego. Absolutna obojętność.

— Pamiętaj, że dzisiaj przychodzą wnuki — powiedziała, nie podnosząc wzroku znad kanapki. — Musisz zejść do piwnicy po słoiki z kompotem.

Pokiwałem głową, choć w środku wszystko we mnie krzyczało. Moje życie stało się listą obowiązków, zestawem leków do zażycia i kalendarzem wizyt rodzinnych. Gdzie podział się ten Roman, który kiedyś porywał dziewczyny do tańca? Gdzie był ten mężczyzna, który miał marzenia, pasje, który potrafił śmiać się do łez? Został przygnieciony przez rutynę i kapcie w kratę.

Joanna jest dobrą kobietą. Nawet bardzo dobrą. Nigdy mnie nie zdradziła, zawsze dbała o dom, wychowała nasze dzieci na porządnych ludzi. Ale nasza relacja przypominała teraz starą, wystygłą herbatę. Można ją wypić z przyzwyczajenia, ale nie sprawia to żadnej przyjemności. Brakowało mi iskry, rozmów o czymś innym niż ceny w dyskoncie czy choroby sąsiadów. Czułem, że więdnę. Że powoli umieram w tym wygodnym fotelu przed telewizorem.

I wtedy pojawił się ból pleców. Prawdziwy, oczywiście, bo w moim wieku kręgosłup odmawia posłuszeństwa, ale ja postanowiłem wykorzystać go jako broń w walce o własną wolność.

— Joasiu, ten ból jest nie do zniesienia — skłamałem pewnego wieczoru, krzywiąc się teatralnie przy wstawaniu z krzesła. — Lekarz sugerował, że tylko intensywna rehabilitacja w uzdrowisku może pomóc.

Spojrzała na mnie z troską. W jej oczach nie było cienia podejrzeń. Widziała tylko swojego cierpiącego męża, którym trzeba się zaopiekować.

— Oczywiście, Romku — powiedziała ciepło. — Musisz jechać. Zdrowie jest najważniejsze. Złożę wniosek do funduszu jeszcze w tym tygodniu.

Poczułem ukłucie sumienia, ale trwało ono tylko ułamek sekundy. Zaraz potem zalała mnie fala ekscytacji. To była moja szansa.

Tutaj wiek nie ma znaczenia

Pakowanie walizki to był rytuał przejścia. Joanna układała moje rzeczy w idealną kostkę: ciepłe swetry, wygodne dresy, zapasowe piżamy. Ja jednak, gdy tylko ona wychodziła do sklepu, dokładałem do bagażu coś od siebie. Dobrą wodę kolońską, którą chowałem głęboko w szafie. Elegancką koszulę, której nie zakładałem w domu, bo „szkoda”. Nowe buty, które rzekomo kupiłem na przecenie, a które kosztowały połowę mojej emerytury.

Wyjazd do Kołobrzegu był moim pierwszym skokiem w bok od rzeczywistości. Pamiętam moment, gdy pociąg ruszył ze stacji. Pomachałem Joannie stojącej na peronie. Wyglądała na taką małą i bezbronną w tym swoim beżowym płaszczu. Gdy tylko zniknęła mi z oczu, odetchnąłem pełną piersią. Wyciągnąłem telefon, wyłączyłem dzwonek i oparłem głowę o szybę. Byłem wolny.

W sanatorium panują inne zasady. To jest państwo w państwie. Tutaj wiek nie ma znaczenia, a przynajmniej nie takie, jak w normalnym świecie. Tutaj liczy się to, kto ma jeszcze siłę tańczyć, kto potrafi opowiedzieć dobrą anegdotę i kto ma błysk w oku. Gdy zameldowałem się w pokoju i przebrałem w moją „wyjściową” koszulę, spojrzałem w lustro. Nie widziałem tam zgarbionego emeryta Romana. Widziałem mężczyznę w sile wieku, gotowego na przygodę.

Zszedłem na dół, do kawiarni, gdzie odbywały się wieczorki taneczne. Muzyka grała głośno, pary wirowały na parkiecie, a powietrze pachniało perfumami i nadzieją. Dla Joanny byłem tam, by leczyć lędźwie i brać kąpiele solankowe. I robiłem to, oczywiście. Chodziłem na zabiegi, masaże i gimnastykę. Ale to było tylko tło. Prawdziwe życie zaczynało się po południu.

Bałem się powrotu

Właśnie tam poznałem Halinę. Była wdową z Krakowa, o pięć lat młodszą ode mnie, z burzą rudych, farbowanych włosów i śmiechem, który sprawiał, że inni odwracali głowy. Siedziała przy stoliku sama, sącząc kawę.

Czy ten stolik jest wolny? — zapytałem, używając mojego najlepszego, niskiego tonu głosu.

Uśmiechnęła się. To nie był uśmiech grzecznościowy, jaki widywałem u kasjerek w sklepie czy u mojej żony, gdy podawała mi obiad. To był uśmiech kobiety, która jest zainteresowana mężczyzną.

— Dla takiego dżentelmena zawsze się znajdzie miejsce — odpowiedziała.

Rozmowa płynęła nam tak lekko, jakbyśmy znali się od lat. Halina nie pytała o moje choroby, o to, czy zapłaciłem rachunek za prąd ani o to, co u wnuków. Rozmawialiśmy o muzyce, o podróżach, które odbyliśmy w młodości, o książkach. Czułem, jak budzi się we mnie coś, co uważałem za dawno martwe. Czułem się męski. Czułem, że moje słowa mają znaczenie, że moje żarty są zabawne, że moja obecność sprawia komuś radość inną niż tylko poczucie bezpieczeństwa.

Wieczorem poszliśmy na tańce. Kiedy ją objąłem, poczułem ciepło jej ciała i zapach jaśminowych perfum. Moja żona od lat używała tego samego, mydlanego zapachu. Halina pachniała tajemnicą.

Świetnie prowadzisz, Romanie — szepnęła mi do ucha.

— To kwestia odpowiedniej partnerki — odpowiedziałem szarmancko.

Nie doszło do niczego, co można by nazwać zdradą w sensie fizycznym, a przynajmniej tak to sobie tłumaczyłem. Spacerowaliśmy po plaży, trzymaliśmy się za ręce, patrzyliśmy sobie głęboko w oczy. Całowaliśmy się jak nastolatkowie ukryci za parawanem wydm. To była zdrada emocjonalna, zdrada intymności. Oddawałem obcej kobiecie to, co powinno należeć do Joanny — moją uwagę, mój zachwyt, moją czułość.

A jednak, gdy wieczorem dzwoniłem do domu, mój głos nie drżał.

— Cześć, kochanie — mówiłem do słuchawki. — Tak, zabiegi pomagają. Tak, jedzenie jest znośne. Tęsknię.

Kłamałem. Nie tęskniłem. Bałem się powrotu. Ale te kłamstwa przychodziły mi z taką łatwością, że sam zaczynałem się ich bać. Joanna po drugiej stronie była spokojna, relacjonowała mi wydarzenia z osiedla, nieświadoma, że godzinę wcześniej trzymałem w ramionach inną kobietę, patrząc na zachód słońca.

Zaskoczyła mnie tym pytaniem

Przez kolejne dwa lata wyjeżdżałem regularnie. Ciechocinek, Busko-Zdrój, Nałęczów. Zawsze ten sam scenariusz: ból pleców, skierowanie, pakowanie, wolność. Stałem się mistrzem logistyki. Wiedziałem, kiedy dzwonić, żeby nie wzbudzić podejrzeń, jakie pamiątki kupić, żeby udowodnić swoje zaangażowanie. Joanna dostawała bursztynowe korale, regionalne miody, ręcznie malowane chusty. Cieszyła się jak dziecko.

Jesteś taki dobry, Romku — mówiła, głaszcząc mnie po policzku po moim powrocie. — Mimo bólu myślałeś o mnie.

To mnie trochę bolało, ale szybko o tym zapominałem. Aż do ostatniego wyjazdu do Sopotu. Tam poznałem Barbarę. Barbara była inna niż moje dotychczasowe sanatoryjne znajomości. Nie była głośna, nie szukała rozrywki na siłę. Była emerytowaną nauczycielką muzyki, kobietą o niezwykłej klasie i elegancji. Spotkaliśmy się na molo. Wiatr targał jej szalikiem, a ona próbowała go złapać. Pomogłem jej.

— Dziękuję — powiedziała, patrząc na mnie tymi swoimi błękitnymi oczami. — Czasami wiatr tutaj bywa bezlitosny.

Tak jak czas — odpowiedziałem filozoficznie, co ją rozbawiło.

Spędziliśmy ze sobą trzy tygodnie. To nie był tylko flirt. To było porozumienie dusz. Barbara była samotna, rozwiedziona od wielu lat. Rozumiała mnie w sposób, w jaki Joanna nigdy nie potrafiła. Z Barbarą mogłem milczeć i nie czułem się nieswojo. Czytaliśmy te same książki, mieliśmy podobne poglądy na świat. Pewnego wieczoru, siedząc w małej kawiarni przy molo, zapytała mnie wprost:

— Jesteś szczęśliwy, Romanie?

Zaskoczyła mnie tym pytaniem. Zwykle kobiety w sanatoriach nie zadają takich pytań. Chcą się bawić, chcą zapomnieć o swoich problemach.

— Jestem tutaj — odpowiedziałem wymijająco.

To nie jest odpowiedź. — Uśmiechnęła się smutno. — Masz żonę, prawda?

— Mam — przyznałem. — Joannę. Jest... dobrą kobietą.

Ale jej nie kochasz — stwierdziła to jako fakt, nie pytanie.

Milczałem. Pierwszy raz wypowiedziałem to w myślach tak wyraźnie. Nie kochałem Joanny. Szanowałem ją, byłem do niej przywiązany, byłem jej wdzięczny, ale miłość? To uczucie wyparowało lata temu, zastąpione przez pragmatyzm i przyzwyczajenie.

— Nie wiem, co to jest miłość w moim wieku, Barbaro — powiedziałem cicho. — Wiem tylko, że przy tobie czuję, że żyję. A w domu czuję, że czekam na koniec.

Położyła dłoń na mojej dłoni.

— To smutne, Romanie. Dla ciebie i dla niej. Oszukujesz dwie osoby naraz.

To zdanie uderzyło mnie mocniej, niż się spodziewałem. Barbara nie oceniała mnie, ale nazwała rzeczy po imieniu. Nie sypialiśmy ze sobą. Nasza relacja była oparta na głębokiej fascynacji intelektualnej i emocjonalnej. Ale to właśnie sprawiało, że zdrada była jeszcze głębsza. Gdybym tylko poszedł z kimś do łóżka, mógłbym to zrzucić na karb męskich instynktów. Ale tutaj? Oddałem Barbarze swoje myśli, swoje najskrytsze lęki, swoje marzenia. Joannie zostawiłem tylko skorupę.

Była taka oddana

Powrót z Sopotu był koszmarem. Siedziałem w pociągu i patrzyłem na mijane krajobrazy, czując, jak pętla zaciska się na mojej szyi. Wiedziałem, że Barbara ma rację. Moje podwójne życie było tchórzostwem. Ale co miałem zrobić? Rozwieść się po czterdziestu latach? Zostawić kobietę, która poświęciła dla mnie życie tylko dlatego, że ja poczułem zew młodości? To byłoby okrucieństwo, na które nie było mnie stać. Więc wybierałem kłamstwo. Kłamstwo było łatwiejsze. Kłamstwo było bezpieczne.

Kiedy taksówka zatrzymała się pod blokiem, wziąłem głęboki oddech. Musiałem znowu wejść w rolę. Zgarbiłem lekko plecy, przybrałem wyraz twarzy zmęczonego rekonwalescenta. Otworzyłem drzwi. Z kuchni dobiegał zapach rosołu. Ten zapach towarzyszył mi przez całe życie. Kiedyś kojarzył mi się z domem, teraz kojarzył się z więzieniem.

— Romek! — Joanna wyszła z kuchni, wycierając ręce w ścierkę. Jej twarz rozjaśniła się na mój widok. — Jesteś wreszcie! Jak podróż? Jak plecy?

Podeszła i pocałowała mnie w policzek. Jej usta były suche, a skóra pachniała kremem rumiankowym. Poczułem nagły przypływ wstrętu do samego siebie. Stałem tam, z walizką pełną brudnych ubrań i głową pełną wspomnień o innej kobiecie, a ona witała mnie jak bohatera wracającego z wojny.

— Podróż męcząca — powiedziałem, odwzajemniając uścisk, choć moje ciało było sztywne. — Ale zabiegi pomogły. Czuję się trochę lepiej.

— To wspaniale! Zrobiłam twoje ulubione pierogi z mięsem. Usiądź, zaraz podam.

Patrzyłem, jak krząta się po kuchni. Była taka oddana. Taka przewidywalna. Taka... moja. I to było w tym wszystkim najgorsze. Wiedziałem, że nigdy jej nie zostawię. Nie miałem odwagi, by zburzyć jej świat. Wolałem żyć w swoim kłamstwie, w swojej bańce iluzji, którą pompowałem podczas wyjazdów, byle tylko nie musieć patrzeć prawdzie w oczy. Usiedliśmy do stołu.

— Dzwoniła córka — zaczęła Joanna, nakładając mi porcję pierogów. — Pytała, kiedy wracasz. Chcą wpaść w niedzielę na obiad. I wiesz, sąsiadka z dołu, ta pani Krysia, złamała nogę. Biedaczka, teraz syn musi jej robić zakupy...

Słuchałem tego potoku słów, kiwając głową w odpowiednich momentach. Moje myśli jednak błądziły daleko stąd. Byłem z powrotem na molo w Sopocie, czułem wiatr we włosach i zapach perfum Barbary.

— Słuchasz mnie, Romku? — zapytała nagle Joanna.

Drgnąłem.

— Tak, tak, kochanie. Pani Krysia, noga. Straszne.

Joanna spojrzała na mnie uważnie. Przez chwilę, tylko przez ułamek sekundy, wydawało mi się, że widzę w jej oczach coś innego. Jakiś błysk smutku? Zrozumienia? Może podejrzenia?

— Czasami mam wrażenie, że jesteś tutaj tylko ciałem — powiedziała cicho, nie patrząc na mnie.

Serce zamarło mi w piersi. Czy ona wie? Czy się domyśla? Czy te wszystkie lata mojej ostrożności poszły na marne?

— Co ty gadasz, Joasiu — zaśmiałem się nerwowo, sięgając po szklankę z kompotem. — Jestem zmęczony podróżą, to wszystko. Przecież wiesz, że cię kocham.

Słowa te przeszły mi przez gardło gładko, zbyt gładko. Były wytartym frazesem, monetą bez pokrycia.

Joanna uśmiechnęła się słabo.

— Wiem, Romku. Wiem. Jedz, bo wystygnie.

Jestem uwięziony w pułapce

Tamtego wieczoru, leżąc w naszym małżeńskim łóżku, patrząc w sufit, na którym znałem każde pęknięcie, zrozumiałem tragiczną prawdę o moim życiu. Nie byłem sprytnym playboyem, który oszukał system. Byłem żałosnym człowiekiem, który nie potrafił docenić spokoju, jaki dawała mi żona ani nie miał odwagi, by sięgnąć po prawdziwe szczęście, o którym marzył. Moje romanse w sanatoriach nie były ucieczką do lepszego życia. Były tylko środkiem przeciwbólowym. Działały chwilowo, uśmierzając ból egzystencjalny, ale nie leczyły przyczyny. A przyczyną byłem ja sam. Moja niezdolność do odnalezienia się w starości, moja niezgoda na przemijanie.

Joanna spała obok, oddychając miarowo. Była moją kotwicą, nawet jeśli ta kotwica ciągnęła mnie w dół, w stronę nudy i rutyny. Bez niej dryfowałbym bez celu. Z nią stałem w miejscu. Sięgnąłem ręką pod poduszkę, gdzie schowałem wizytówkę Barbary. Przez chwilę obracałem ją w palcach w ciemności. Mogłem zadzwonić. Mogłem spakować się i wyjechać naprawdę, nie na trzy tygodnie, ale na zawsze.

Ale wiedziałem, że tego nie zrobię. Rano wstanę, zjem śniadanie, posłucham o wnukach i o chorej sąsiadce. A za kilka miesięcy znowu „rozbolą” mnie plecy. Złożę wniosek do sanatorium. Wyjadę. Będę kimś innym przez dwadzieścia jeden dni. A potem wrócę. Bo tak naprawdę Joanna niczego nie podejrzewa. Albo, co gorsza, podejrzewa wszystko, ale woli milczeć, by zachować resztki naszego świata w całości. I nie wiem, która z tych opcji jest bardziej przerażająca. Że jestem tak dobrym kłamcą, czy że nasze małżeństwo jest tak martwe, że nawet zdrada nie jest w stanie go ożywić ani zniszczyć. Jestem uwięziony w pułapce, którą sam zbudowałem. I nie mam klucza, by z niej wyjść.

Roman, 68 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama