Reklama

W tym roku zima była znowu byle jaka – rośnie nam pokolenie dzieci, które nigdy nie wiedziały śniegu – wiosna była gorąca jak lato, a lato… No właśnie, bez względu na zapowiedzi synoptyków, przepowiednie mądrych babek i zapewnienia górali, doświadczenie mnie nauczyło, że w Polsce zawsze leje wtedy, kiedy mam urlop. Postanowiłem, że wakacje spędzimy tam, gdzie ładna pogoda jest murowana, czyli w Afryce, na Saharze. Może to mało patriotyczne, ale uznałem, że raz w roku mam prawo wygrzać kości. Wreszcie chciałem martwić się tym, że piękna opalenizna zniknie przed zimą, bo to by znaczyło, że wreszcie jakaś się pojawiła. W maju, po rozmowie w biurze podróży, zdecydowałem, że pojedziemy do Maroka, bodaj jedynego państwa w Afryce, które nie wymaga od Polaków wiz.

Żona tylko westchnęła

– Na pewno nie zmarzniemy, choć noce bywają tam podobno chłodne.

– W lipcu też? – spytała cierpko Krysia.

– Przecież powiedziałem, że podobno – zastrzegłem na wszelki wypadek.

Do Casablanki dotarliśmy samolotem. Nie dane nam było zwiedzić miasta, bo rozklekotany autobus zawiózł nas od razu do Marrakeszu. Tam przenocowaliśmy w hotelu o niezłym standardzie, co poprawiło wydatnie humor mojej żonie, wykończonej podróżą i upałem. Gdy lądowaliśmy, termometr wskazywał trzydzieści sześć stopni. W cieniu. Pojazd wiozący nas do Marrakeszu nie miał klimatyzacji, a wszystkie okna były zamknięte. Po co zamykać okna podczas przejazdu przez pustynię? Następnego dnia tym samym gruchotem ruszyliśmy w dalszą drogę. Pojazd z trudem pokonywał serpentyny w górach Atlas, zbliżając się do jednego z ostatnich miast przed Saharą. Wkrótce ujrzeliśmy Warzazat i z podziwu zaparło nam dech w piersiach. Przed oczami wyrosły nam jak spod ziemi wielkie… egipskie piramidy.

– Hm, też je widzisz? Czy mam omamy z gorąca? – wolałem się upewnić.

– W takim razie ja też… – szepnęła wyraźnie zbita z tropu Krystyna.

Przewodnik chwilę napawał się zdumieniem turystów, by z uśmiechem poinformować, że piramidy nie są prawdziwe. Były to pozostałości dekoracji, które zostały po kręceniu w tym miejscu przygód Asteriksa oraz „Klejnotu Nilu”. O świcie następnego dnia ruszyliśmy na pustynię. Podzielono nas na dwie grupy. Pierwsza dosiadła wielbłądów, a pozostali, w tym my, zdecydowali się na podróż samochodami terenowymi. Sahara powitała nas lejącym się z nieba żarem. Z początku nie było tak źle. Jechaliśmy przez hamadę, czyli skalistą część pustyni.

Podróż przebiegała bezproblemowo

Uznałem nawet, że napęd na cztery koła to lekka przesada. I wtedy wyjechaliśmy na piach… Kierowca dokonywał istnych cudów, bo strome wydmy liczyły sobie po kilkadziesiąt metrów wysokości. Jednak nawet tak doświadczonemu pustynnemu rajdowcy zdarzyła się wpadka. W pewnej chwili auto zsunęło się w dół i zagrzebało w piachu po osie. Drugi jeep wcześniej wyprzedził nas na tyle, że podróżujący nim turyści nawet nie zauważyli, że mamy jakieś problemy. Kierowca wręczył nam wielkie łopaty. Sam też złapał za jedną i z energią zaczął szuflować piach. Pośpiech był zrozumiały, nikomu nie uśmiechało się zostać na pustyni bez kolacji. Temperatura piasku, jak wyjaśnił nam szofer łamaną angielszczyzną, sięgała sześćdziesięciu stopni. Wszyscy poczuliśmy to przez podeszwy butów. Mieliśmy wrażenie, jakbyśmy stanęli na rozgrzanej płycie kuchennej. Po dwóch kwadransach auto było wolne, a my wykończeni. W międzyczasie minęli nas pozostali uczestnicy wycieczki, sunąc majestatycznie na wielbłądach. Cóż, wielbłąd ma napęd na cztery kopyta i w piasku się nie zakopie. Gdy dotarliśmy do malowniczej oazy, namioty już na nas czekały, a gospodarze uraczyli nas „marokańską whisky”, czyli mocną zieloną herbatą z dodatkiem liści świeżej mięty. Po całym dniu spędzonym w nieziemskim upale nic nie smakowało mi lepiej. Wakacje, egzotyka, namiot na pustyni – nabrałem ochoty na pieszczoty, ale żona spojrzała na mnie, jakbym się urwał z palmy.

Chyba oszalałeś – rzuciła. – Jest tak gorąco, że przykleisz się do mnie na amen. Aż tak cię nie kocham.

Po chwili zastanowienia musiałem przyznać jej rację. Leżeliśmy więc oboje prawie nadzy na swoich posłaniach, zastanawiając się, po co w namiocie znajdują się koce. W nocy obudziłem się, szczękając zębami. Tak było zimno. Kryśka dygotała, wtulona w mój bok. Sięgnąłem po koce i okryłem nas starannie. Jakoś dotrwaliśmy do rana. Rano przewodnicy zabrali nas na wyprawę po okolicy. Tym razem to my pojechaliśmy na wielbłądach. Boże, ależ te zwierzęta trzęsą. I śmierdzą. Przynajmniej mój woniał jak nieszczęście. Już nie wiedziałem, co gorsze – wygrzebywanie auta z gorącego piachu, czy rodeo na śmierdzącym wierzchowcu.

Myślałem, że rozpadnę się na kawałki

Na dodatek, upał wrócił jeszcze większy niż poprzedniego dnia. Marzyłem o kąpieli, kiedy nagle…

– Patrzcie! – krzyknąłem, wskazując przed siebie. – Jezioro!

Fatamorgana – wyjaśnił krótko przewodnik.

– Ja też je widzę! – zawołał ktoś inny.

– To znaczy, że czas wracać – zarządził.

Potem była kolejna noc w oazie, mordercza podróż przez pustynię, koszmar w autobusie do Marrakeszu i wreszcie hotel – z prysznicem, basenem, zimną wodą w lodówce i pysznym jedzeniem – owocami, figami, daktylami i pieczoną baraniną.

No, to są prawdziwe wakacje! Wreszcie – westchnąłem ulgą.

– Tu się zgodzę – powiedziała Kryśka, patrząc na mnie drwiąco. – Ale jeśli myślisz, Mareczku, że w zimie wyciągniesz mnie na Grenlandię, to grubo się mylisz – zastrzegła.

Czytaj także:
„Ślub miał być początkiem szczęścia, a był zwiastunem tragedii. Rodzice postawili na swoim, a ja straciłam miłość życia”
„Odwołałam ślub 2 godziny przed ceremonią i porzuciłam narzeczonego, ale dzięki temu poznałam miłość życia”
„Narzeczony porzucił mnie przed ołtarzem, więc... wyszłam za kumpla. Nie po to przez 2 lata planowałam ślub, żeby się nie odbył”

Reklama
Reklama
Reklama
Loading...