„Chodzę na randki, ale nie wierzę w miłość i nie chcę się z nikim wiązać. Tak żyje mi się o wiele lepiej”
„Z czasem zaczęłam robić rzeczy, których sobie obiecywałam nie robić. Słuchałam jego obaw, uspokajałam, tłumaczyłam świat. Byłam dostępna, obecna. Coraz mniej wolna. A jednak, gdy próbowałam się wycofać, coś we mnie protestowało. Przecież to tylko uprzejmość. Przecież niczego nie obiecywałam”.

- Redakcja
Przez długi czas powtarzałam sobie, że samotność to wybór, nie kara. Tak było łatwiej – nazwać ciszę wolnością, a brak planów ostrożnością. Po kilku relacjach, które zostawiły po sobie więcej pytań niż wspomnień, nauczyłam się żyć bez obietnic. Randki stały się rozmowami bez jutra, spotkaniami bez znaczenia. Przynajmniej tak to sobie tłumaczyłam.
Przestałam wierzyć w związki
Moje mieszkanie było dokładnie takie, jak moje życie – uporządkowane, ciche i całkowicie moje. Nikt nie zostawiał kubków w zlewie, nikt nie zadawał pytań, na które nie miałam ochoty odpowiadać. Wracałam z pracy, zdejmowałam płaszcz i miałam poczucie, że oddycham pełną piersią. Spokój stał się moją walutą.
Lubiłam być sama. Każdego roku świętowałam Dzień Singla z radością, bez cienia tęsknoty czy żalu. Iwona twierdziła, że to tylko poza. Siedziałyśmy u niej przy stole, a ona przyglądała mi się uważniej, niż bym chciała.
– Klara, ty nie jesteś spokojna. Ty jesteś zamknięta na innych – powiedziała nagle, mieszając herbatę.
– To brzmi jak choroba – odpowiedziałam lekko. – A ja po prostu wiem, czego nie chcę.
Uśmiechnęła się smutno, jakby znała zakończenie tej rozmowy.
– Kiedyś wiedziałaś też, czego chcesz.
Nie odpowiedziałam. W głowie pojawił się Paweł, choć nie zapraszałam go do tej chwili. Jego milczenie po kłótniach, obietnice składane półgłosem, a potem to jedno zdanie, które zakończyło wszystko.
– Ja już tak nie potrafię – powiedziałam w końcu. – Angażować się, wierzyć, planować. Za każdym razem kończyło się tak samo.
Iwona westchnęła.
– Może po prostu trafiałaś na niewłaściwych ludzi.
– A może to ja jestem niewłaściwa – rzuciłam szybciej, niż zdążyłam się zastanowić.
Prawda była taka, że bałam się siebie w relacji. Tego, jak bardzo potrafiłam się dopasować, jak łatwo rezygnowałam z własnych granic. Po Pawle obiecałam sobie, że już nigdy nie będę tą wersją Klary, która czeka, tłumaczy i ma nadzieję. Dlatego randki miały być proste. Kawa, rozmowa, czasem śmiech. Bez obietnic i bez przyszłości. Mówiłam o tym wprost, jakby jasna deklaracja mogła mnie ochronić. Wierzyłam, że jeśli niczego nie obiecam, niczego nie stracę.
Nie wiedziałam jeszcze, jak złudne jest poczucie kontroli, kiedy serce słucha innych zasad niż rozum.
Wolałam być szczera
Spotkaliśmy się w niewielkiej kawiarni, tej z odrapanym parapetem i krzywymi stolikami, gdzie nikt nie udawał, że przychodzi po coś więcej niż rozmowę. Michał już czekał. Kiedy mnie zobaczył, wstał zbyt szybko, jakby bał się, że jeśli się spóźnię jeszcze sekundę, zniknę.
– Cześć, Klara – powiedział z uśmiechem, który był jednocześnie nieśmiały i zaskakująco ciepły.
– Cześć – odpowiedziałam, siadając naprzeciwko.
Rozmowa potoczyła się gładko. Praca, książki, drobne anegdoty z życia. Michał słuchał uważnie, zadawał pytania, pamiętał szczegóły. Złapałam się na tym, że mówię więcej, niż planowałam. I właśnie wtedy, zanim atmosfera zdążyła zgęstnieć, postanowiłam zrobić to, co zawsze – postawić granicę.
– Muszę powiedzieć coś od razu – zaczęłam, obracając filiżankę w dłoniach. – Nie szukam związku. Spotykam się bez oczekiwań.
Podniósł wzrok znad kawy. Przez moment milczał, ale nie było w tej ciszy napięcia, raczej refleksja.
– Rozumiem – powiedział spokojnie. – W sumie… ja też nie chcę nic na siłę.
To „w sumie” zabrzmiało miękko, prawie niewinnie. Skinęłam głową, choć coś lekko drgnęło mi w środku.
– Wolę być szczera – dodałam. – Żeby potem nie było nieporozumień.
– Doceniam to – odpowiedział. – Naprawdę.
Uśmiechnął się, a ja poczułam ulgę. Pomyślałam, że tym razem się udało. Że jasno postawione słowa zrobiły swoją robotę. A jednak, kiedy po godzinie zaproponował spacer, zgodziłam się bez wahania. Szliśmy obok siebie, a on opowiadał o swoim dzieciństwie, o tym, jak trudno mu być samemu. Słuchałam, kiwając głową, a w środku zapalała mi się czerwona lampka.
– Lubię ludzi – powiedział nagle. – Bliskość. To daje mi poczucie sensu.
– Ja jestem z tym ostrożniejsza – odpowiedziałam, zbyt szybko. – Dla mnie bliskość bywa… przytłaczająca.
– Może po prostu jeszcze nie trafiłaś na kogoś, przy kim byłoby inaczej – rzucił lekko, jakby to była luźna myśl.
Zatrzymałam się na chwilę.
– Michał, naprawdę. Nie chcę, żebyś liczył na coś więcej.
Popatrzył na mnie uważnie, a potem wzruszył ramionami.
– Jasne. Po prostu miło się z kimś spotkać, prawda?
Przytaknęłam, choć nie byłam już tego taka pewna. W jego głosie nie było sprzeciwu, ale była nadzieja, cicha i uparta. Wracałam do domu z poczuciem, że powiedziałam wszystko, co trzeba. A jednocześnie wiedziałam, że coś zostało odebrane inaczej, niż zamierzałam.
To zaczęło mnie niepokoić
Zaczęło się niewinnie. Jedna wiadomość następnego dnia, potem kolejna. Michał pytał, czy wróciłam, wysyłał zdjęcie porannego nieba, dopisywał krótkie „pomyślałem o tobie”. Odpowiadałam, bo nie widziałam w tym nic złego. Przecież to tylko uprzejmość. Przecież niczego nie obiecywałam.
Spotykaliśmy się coraz częściej. Po pracy, w soboty, czasem zupełnie spontanicznie. Michał znał już moją ulubioną herbatę, ja wiedziałam, które zdania go uspokajają. Złapałam się na tym, że planuję dzień tak, by zmieścić w nim nasze spotkanie, choć jeszcze niedawno planowanie było tym, czego unikałam najbardziej.
– Nie musisz się spieszyć – mówił, gdy wychodziliśmy razem. – Lubię te nasze rozmowy.
Lubiłam je też. Za bardzo. Sprawiały, że czułam się wyjątkowa. I właśnie to zaczęło mnie niepokoić. Iwona zauważyła pierwsza.
– Ty mówisz o nim jak o kimś ważnym – stwierdziła, kiedy opowiadałam jej o kolejnym wieczorze spędzonym z Michałem. – A przecież miało być bez zobowiązań.
– Bo jest ważny… chwilowo – poprawiłam się szybko. – To nie to samo.
Popatrzyła na mnie z niedowierzaniem.
– Klara, ty brzmisz jakbyś była w związku, tylko boisz się to nazwać.
Wróciłam do domu rozdrażniona. Chciałam jej zaprzeczyć, ale w ciszy mieszkania jej słowa odbijały się echem. Michał napisał niemal od razu.
– Wszystko w porządku? Jakoś tak cicho dziś.
Odpisałam, że tak. Skłamałam bez trudu. Z czasem zaczęłam robić rzeczy, których sobie obiecywałam nie robić. Słuchałam jego obaw, uspokajałam, tłumaczyłam świat. Byłam dostępna, obecna. Coraz mniej wolna. A jednak, gdy próbowałam się wycofać, coś we mnie protestowało.
– Nie chcę cię stracić – powiedział kiedyś cicho, patrząc na mnie z uwagą, która ciążyła bardziej niż wyznanie.
Nie odpowiedziałam. Uśmiechnęłam się tylko, jakby to zdanie nie wymagało reakcji. Wtedy jeszcze wierzyłam, że mogę balansować na granicy. Że da się być blisko, nie będąc odpowiedzialną za czyjeś oczekiwania. Nie zauważyłam momentu, w którym ta relacja zaczęła istnieć naprawdę. Bez nazwy, ale z ciężarem. A im dłużej udawałam, że nic się nie dzieje, tym wyraźniej czułam, że gram rolę, z której nie wiem, jak zejść.
Niczego nie obiecywałam
Zmiana przyszła cicho, ale była nieodwracalna. Michał przestał pytać, czy mam czas. Zaczął pytać, kiedy mam czas. Jego wiadomości nie były już luźne, stały się poważne aż do bólu. Zauważał mój nastrój szybciej niż ja sama i coraz częściej próbował go regulować.
– Martwię się o ciebie – powiedział pewnego wieczoru, gdy siedzieliśmy u mnie w kuchni. – Jesteś ostatnio jakaś... daleka.
Zamknęłam szafkę zbyt głośno.
– Jestem taka jak zawsze.
Popatrzył na mnie uważnie.
– Właśnie nie. Kiedyś mówiłaś więcej. Teraz jakbyś się cofała.
Poczułam, jak rośnie we mnie napięcie. To nie była pretensja, raczej prośba. A prośby były trudniejsze.
– Michał… – zaczęłam ostrożnie. – Pamiętasz, co mówiłam na początku?
Skinął głową, ale jego spojrzenie stwardniało.
– Że nie chcesz związku. Pamiętam.
– Nic się nie zmieniło.
Zapadła cisza. Długa, niewygodna.
– A wszystko inne? – zapytał w końcu. – To, co robimy? Jak się zachowujesz? Jaka jesteś przy mnie?
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Bo miał rację. Moje czyny były zaprzeczeniem słów.
– Dawałaś mi poczucie, że jestem ważny – powiedział ciszej. – Że może… że jest szansa.
– Nie obiecywałam niczego – odpowiedziałam, czując, jak głos mi drży. – Byłam szczera.
– Byłaś połowicznie szczera – odparł. – Mówiłaś jedno, a robiłaś drugie.
To zdanie zabolało bardziej, niż chciałam przyznać. Bo nie mogłam zaprzeczyć. Widziałam jego rozczarowanie, ale widziałam też własne odbicie – kogoś, kto liczył na bliskość, nie chcąc brać za to odpowiedzialności.
– Myślałem, że z czasem się otworzysz – powiedział wprost. – Że to kwestia strachu, nie decyzji.
– A ja myślałam, że mnie słuchasz – odpowiedziałam.
W jego oczach pojawił się żal.
– Słuchałem. Po prostu… wierzyłem, że zmienisz zdanie.
Wtedy pękło coś, co i tak było napięte do granic. Zrozumiałam, że oboje graliśmy w tę samą grę, tylko z innymi zasadami. On czekał. Ja udawałam, że nie widzę czekania.
– Nie mogę dać ci tego, czego chcesz – powiedziałam w końcu. – I chyba nigdy nie mogłam.
Wstał, jakby te słowa fizycznie go popchnęły.
– A ja nie mogę udawać, że to mi wystarcza.
Kiedy zamknęły się za nim drzwi, zostałam sama z myślą, że nikt nie był tu wyłącznie winny. Ale oboje byliśmy zranieni.
Chciałam bliskości bez ryzyka
Przez kilka dni po tamtej rozmowie telefon milczał. I to było najtrudniejsze – nie dramatyczne zerwanie, nie wielkie słowa, tylko cisza, w której nie było już „jak minął dzień” ani „jesteś?”. Próbowałam wrócić do swojego rytmu, ale coś się zmieniło. Spokój, który wcześniej był ulgą, teraz brzmiał jak echo. Iwona przyszła bez zapowiedzi. Usiadła na kanapie, rozejrzała się po mieszkaniu i westchnęła.
– Wszystko wygląda tak samo – powiedziała. – Tylko ty jesteś jakaś inna.
Usiadłam obok niej.
– Myślałam, że jeśli jasno powiem, czego nie chcę, to nikt nie ucierpi.
– A jasno pokazałaś, czego chcesz? – zapytała spokojnie.
Nie odpowiedziałam od razu. W głowie znów pojawił się Paweł, a potem Michał. Dwaj różni mężczyźni, ale to samo uczucie na końcu – ucieczka, zanim podejdę zbyt blisko. Tydzień później spotkałam Michała przypadkiem. Stał w kolejce w sklepie, wyglądał na zmęczonego, ale kiedy mnie zobaczył, skinął głową. Bez żalu, bez pretensji.
– Chciałem ci powiedzieć… – zaczął, a potem zawahał się. – Dobrze, że tak się stało. Bolało, ale przynajmniej wiem, że tak miało być.
Te słowa były jak ostatni brakujący element. Nie ulga, nie triumf. Odpowiedzialność. Zrozumiałam wtedy coś prostego i niewygodnego: nie skrzywdziłam go brakiem uczuć, tylko brakiem konsekwencji. Chciałam bliskości bez ryzyka, relacji bez nazwy, spokoju bez ceny. A tak się nie da.
Nie wróciłam do randek od razu. Najpierw musiałam uczciwie odpowiedzieć sobie na pytanie, przed którym uciekałam najdłużej. Nie, czy boję się związku, tylko czy potrafię wziąć odpowiedzialność za to, co daję drugiemu człowiekowi. Tym razem nie uciekłam od tej odpowiedzi.
Klara, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż ma dwie lewe ręce, a sam chciał wyremontować dom. Teraz czeka mnie kosztowny serwis okien i kredyt na rachunki”
- „Wybaczyłam mężowi zdradę. W tłusty czwartek do drzwi zapukała piękna kobieta z pudełkiem pączków i mój spokój runął”
- „Na czas remontu teściowa zamieszkała u nas, a moje małżeństwo runęło. Przy krzepkim budowlańcu poczułam wiosnę w sercu”

