Reklama

Są takie dni w roku, które powinny być święte. Nietykalne, spokojne, przewidywalne. Dla mnie takim dniem od lat był Dzień Babci. Zawsze wystarczył mi kwiatek, czekoladki i dwie godziny z wnukiem, żeby poczuć się kochaną. Tylko że w tym roku wszystko poszło... inaczej. Nie wiem, czy to kwestia wieku, czy zwykłego zmęczenia, ale tamtego dnia coś wymknęło mi się spod kontroli. Próbuję o tym nie myśleć, wypierać z głowy, tłumaczyć sobie, że każdemu mogło się przydarzyć. I tak – mogło. Jednak nie powinno. Bo chwila nieuwagi kosztowała mnie więcej, niż się spodziewałam.

Próbowałam go czymś zająć

– No chodź, kochanie, babcia ci zrobiła kakao – próbowałam przekonać wnuka, który właśnie wpakował się pod stół i nie zamierzał stamtąd wychodzić.

– Nie chcę kakao! – odpowiedział, chowając głowę między kolana. – Chcę bajki na tablecie!

Westchnęłam. Jeszcze dwa lata temu wystarczał pluszowy miś i herbatniki. Teraz miał cztery lata, własne zdanie i – niestety – obsesję na punkcie wszystkiego, co świeciło, grało i miało ekran. Oczywiście, zgodnie z rodzinną umową, miałam nie dawać mu tabletu, dopóki nie zje i się nie pobawi.

– Zjesz ciasteczko z dżemem, to potem coś obejrzymy razem – próbowałam jeszcze raz.

– A zjesz ze mną? – wychylił główkę spod stołu.

– No jasne – uśmiechnęłam się i wyciągnęłam do niego rękę. – Zawsze jem z tobą, przecież wiesz.

Wygramolił się spod stołu i usiadł przy kuchennym stole. Był jak aniołek. Czasem miałam wrażenie, że patrzę na kopię mojej córki, kiedy była mała. Tylko że tamta wersja nie wrzeszczała na cały dom, jak coś jej nie pasowało.

– Babciu, a czy ty umiesz robić magię?

Magię? No pewnie! – odparłam bez namysłu, a on aż podskoczył z radości.

– To spraw, żeby mama nie przychodziła po mnie tak wcześnie, dobrze?

Roześmiałam się. Jeszcze nie wiedziałam, że za kilka godzin będę marzyć, by córka przyszła wcześniej.

Serce miałam w gardle

Zaczęło się zwyczajnie. Klocki, kredki, chwila bajki. W tle gotowała się zupa, a ja byłam zadowolona, że wnuk się bawi sam. Przysiadłam w końcu na chwilę, żeby odpocząć. Tyle że ta „chwila” okazała się zgubna.

– Babciu! Patrz! – krzyknął z salonu.

Co się dzieje? – zawołałam z kuchni.

– Patrz, jestem superbohaterem! – usłyszałam i po chwili łomot.

Zamarłam. Rzuciłam łyżkę do zlewu i pobiegłam do pokoju. Na środku salonu stał rozchwiany taboret, a obok niego – mój wnuk, cały w pelerynie z koca i koronie z kartonu. Wyraźnie dumny z siebie.

– Co ty wyprawiasz?! – złapałam się za głowę. – Przecież mogłeś spaść!

– Ale nie spadłem. Babciu, patrz! Umiałem! – rozciągnął ręce jak skrzydła.

Zejdź mi natychmiast z tego stołu! – krzyknęłam, choć nie lubię podnosić głosu.

Serce miałam w gardle.

– Babciu, ale ja leciałem! Jak w bajce!

Podbiegłam do niego i chwyciłam go na ręce. Był cały i zdrowy, ale drżałam jak osika.

– Kochanie, obiecałeś, że nie będziesz sam się wspinał. To nie zabawa.

– Nie sam. Z peleryną. Ona mnie chroni – odparł śmiertelnie poważnie.

W tamtym momencie pomyślałam, że chyba za bardzo ufam tej jego „wyobraźni”. Albo za mało pamiętam, co dzieci potrafią zrobić w dwie minuty. Wróciłam do kuchni i wyłączyłam gaz pod garnkiem. Nie, dzisiaj nie będzie obiadu. Dzisiaj trzeba mieć oczy dookoła głowy.

– Babciu, a możemy iść na plac zabaw?

Nie powinnam się zgodzić. A jednak kiwnęłam głową.

Nie spuszczałam z niego oka

– Tylko nie wchodź na tę wysoką zjeżdżalnię, dobrze? – mówiłam po raz trzeci, zapinając mu kurtkę pod szyję.

Ale ja już jestem duży! – jęknął. – Mama mówi, że czterolatek to prawie dorosły!

– A babcia mówi, że czterolatek to dalej dziecko i musi słuchać – odpowiedziałam z uśmiechem, chociaż w środku miałam dziwne przeczucie.

Na placu zabaw było pusto. Pogoda niby ładna, ale mroźny wiatr skutecznie zniechęcił innych rodziców do wyjścia na dwór. Mnie też było zimno, ale wnuk biegał jak nakręcony. Wspinał się, zjeżdżał, udawał potwora i kosmonautę jednocześnie. Usiadłam na ławce, z czapką naciągniętą na uszy i herbatą w termosie.

– Babciu, patrz, teraz skoczę jak ninja! – krzyknął z tej niskiej, bezpiecznej zjeżdżalni.

– Dobrze, tylko uważaj!

Patrzyłam. Naprawdę. Przez całą godzinę nie spuszczałam z niego oka. A potem... potem zadzwonił telefon. Córka. W kieszeni brzęczało, więc odebrałam.

– Cześć mamo. I jak tam? Wszystko w porządku? – spytała od razu.

– Tak, jesteśmy na placu. Biega, szaleje, jak to on. Już ci mówię, co ma na sobie, bo pewnie chcesz zdjęcie do aplikacji przedszkolnej...

Odwróciłam głowę, żeby rzucić okiem na jego kurtkę. Tylko na chwilę.

– Mamo, słyszysz mnie? – zapytała córka.

– Tak, tak, tylko... – rozejrzałam się po placu. Był pusty.

Przecież wnusio był tu przed sekundą.

– Halo? – powtórzyła córka.

– Muszę kończyć – powiedziałam szybko i zerwałam się z ławki.

Plac był cichy. Zbyt cichy.

– Kochanie? – zawołałam. – Gdzie jesteś?

Nikt nie odpowiedział.

Zrobiło mi się słabo

Nie pamiętam, kiedy ostatnio biegłam. Telefon wciąż miałam w dłoni, a w głowie kręciła się jedna myśl: jakim cudem on zniknął?

– Kochanie! – zawołałam głośniej, przeczesując wzrokiem huśtawki, drabinki i ślizgawki, jakby mógł się nagle stać przezroczysty. – Halo! Gdzie jesteś?!

Wiatr zawył między blokami, a mi zrobiło się tak zimno, jakby ktoś otworzył lodówkę i wepchnął mnie do środka. Pobiegłam do bramy obok placu, tej prowadzącej na mały parking. Zobaczyłam tylko dwa auta i starszą kobietę z siatkami.

– Przepraszam! – krzyknęłam do niej, choć głos mi się łamał. – Widziała pani chłopca? Małego, w granatowej kurtce?

Kobieta zmrużyła oczy.

A jak wyglądał? – zapytała podejrzliwie, jakby to był quiz, a nie moje życie.

– Ma okulary… takie małe… i czapkę z pomponem! – wyrzuciłam z siebie, czując, że zaraz zacznę płakać.

– Aaa… – staruszka kiwnęła głową. – Pobiegł tam, do furtki, co prowadzi za plac.

Za plac. Tam była wąska alejka w stronę ulicy. Zrobiło mi się słabo. Pobiegłam w tamtą stronę i dopiero wtedy zadzwonił telefon. Córka. Oczywiście.

– Mamo, czemu się rozłączyłaś? – usłyszałam jej spokojny głos, który w tej chwili brzmiał jak prowokacja.

– Nie mogę rozmawiać. On… on mi zniknął sprzed oczu – wyszeptałam.

Zapadła cisza. Taka, której się nie zapomina.

Co znaczy „zniknął”? – jej głos nagle zrobił się twardy.

Nie odpowiedziałam.

Miałam nogi jak z waty

Furtka była otwarta. Serce waliło mi jak oszalałe. Wybiegłam na chodnik i rozglądałam się gorączkowo. Samochody przejeżdżały w obie strony, ludzie spieszyli się z zakupami, a mojego wnuka... nie było.

– Chłopiec, mały, okulary, czapka z pomponem! Widział pan?– podbiegłam do mężczyzny z psem.

– Tędy? – zapytał, marszcząc brwi. – Przed chwilą przebiegł taki malec. W stronę sklepu spożywczego, tam dalej.

Rzuciłam krótkie „dziękuję” i popędziłam we wskazanym kierunku. Miałam nogi jak z waty, a w głowie jedno pytanie: jak mogłam do tego dopuścić? Nagle kątem oka zobaczyłam znajomą czapkę. Siedział na krawężniku. Trzymał coś w rękach i rozmawiał z jakąś kobietą. Podbiegłam do nich, cała zdyszana.

– Boże, tu jesteś! – wykrztusiłam i chwyciłam go za ramiona. – Myślałam, że… że cię nie znajdę!

Spojrzał na mnie zaskoczony. Cały. Zdrowy. Trochę wystraszony.

– Babciu, ja tylko poszedłem kupić lizaka… – powiedział cicho.

Nie wiedziałam, co powiedzieć.

– Nie wolno ci samemu wychodzić z placu zabaw! Nigdy, słyszysz? – uklękłam przed nim.

Ale miałem pieniążki…

– Nawet z pieniędzmi nie wolno! – głos mi zadrżał.

Wzięłam go za rękę i ruszyliśmy powoli do domu. W milczeniu. Z tyłu głowy słyszałam już głos córki. I wiedziałam, że tym razem nie będzie żadnego „mamo, nic się nie stało”.

Załamałam się

– Ty chyba żartujesz – powiedziała moja córka, kiedy tylko otworzyła drzwi.

Nie krzyczała. Właściwie to byłoby lepsze. Krzyk można znieść. Milczenie i spokojny ton – niekoniecznie. Stałam z wnukiem w przedpokoju, czując się jak uczennica wezwana do dyrektora.

– On wyszedł z placu zabaw? Sam? – zapytała ponownie.

– Na chwilę spuściłam go z oczu… – zaczęłam, ale sama nie wierzyłam we własne słowa.

Córka parsknęła śmiechem, który bardziej bolał niż wyrzut.

– Mamo, to nie jest już kwestia „ups, nie zauważyłam”. On mógł wybiec na ulicę. Mógł pójść z kimś obcym. A ty… ty nie zauważyłaś, kiedy zniknął.

– Myślisz, że nie jestem tego świadoma?! – wybuchłam. – Szukałam go jak szalona! Przebiegłam pół osiedla, cała się trzęsłam… Nie chcę nawet myśleć, co by było, gdyby…

Zamilkłam, bo głos mi się załamał.

– Mamo, ja ci ufałam – powiedziała ciszej. – Ale chyba za bardzo.

Mały, nieświadomy powagi sytuacji, przytulił się do mojej nogi.

– Babciu, a mogę teraz zjeść lizaka?

Spojrzałyśmy na niego obie.

– Tak, zjedz – powiedziałam cicho.

Córka westchnęła, zmęczona tą całą rozmową.

– Muszę się zastanowić, czy będziesz go jeszcze odbierać z przedszkola. Daj mi czas. Nie dzwoń. Sama się odezwę.

Wyszłam na klatkę schodową, zamykając drzwi za sobą powoli. Czułam, że Dzień Babci w tym roku już się skończył. I nie był to dzień, który chciałabym zapamiętać.

Bożena, 63 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama