„Dzień Babci i Dziadka to moje przekleństwo. Na emeryturze miałam odpoczywać, a nie niańczyć niewychowane wnuki”
„Zaczynałam się dusić w tej roli. Czułam się jak funkcjonariuszka w dyżurce: do odebrania, do nakarmienia, do usypiania. Dzień wypełniony troską o innych. A moje życie? Moje plany? Moje marzenia? Gdzieś się rozpłynęły między kaszką a bajką o pieskach”.

- Redakcja
Zawsze byłam kobietą aktywną, energiczną, oddaną rodzinie. Pracowałam całe życie, nie licząc godzin, nie narzekając, bo wiedziałam, że robię to dla najbliższych. Kiedy zbliżałam się do wieku emerytalnego, marzyłam tylko o jednym – żeby w końcu odpocząć. Chciałam mieć czas dla siebie, zadbać o zdrowie, wyjechać gdzieś z koleżankami, poczytać książki, może zapisać się na jogę.
Tymczasem jeszcze zanim dostałam do ręki pierwszą kopertę od listonosza, moja córka z uśmiechem przyprowadziła mi swoje dzieci do opieki. Jakby bycie babcią oznaczało automatycznie etat niani. A ja się nie na to pisałam.
Nie tak to sobie wyobrażałam
– Mamo, no co ty. To przecież tylko dwa dni w tygodniu – powiedziała z rozbrajającym uśmiechem moja córka, podając mi torbę z pieluchami, soczkami i jakąś kolorową zabawką, która grała i mrugała w rytm czegoś, co chyba miało być muzyką.
Stałam w progu jej mieszkania, trzymając w ramionach półtoraroczną Nelę, a obok mnie dreptał jej starszy brat, Franek. Tylko dwa dni w tygodniu. Tylko dwa dni, które miały być moje. Tylko dwa dni, na które czekałam przez ostatnie miesiące, marząc o ciszy, spacerach bez celu i spaniu do dziewiątej.
– Mamo, przecież kochasz swoje wnuki – dodała, jakby to miało zamknąć temat.
Oczywiście, że kocham. Ale od miłości do gotowości, by znów funkcjonować jak żłobek, jest jednak daleka droga.
– A wasza opiekunka? – zapytałam cicho.
– Zrezygnowała. A my z Karolem stwierdziliśmy, że to nawet lepiej. Nela i Franek będą z kimś, kogo znają i kochają.
Chciałam powiedzieć, że ja też bym chciała być z kimś, kogo kocham – na przykład z sobą samą. Ale tylko przytaknęłam, bo Franek właśnie wsadził sobie klocek do buzi, a Nela zaczęła płakać.
Chciałam być dobrą babcią
Wtorki i czwartki szybko stały się rutyną. Punkt ósma córka zjawiała się z dziećmi, rzucała szybkie – Dzięki, mamo, jesteś niezastąpiona – i znikała za drzwiami, nie czekając nawet, czy mam coś do powiedzenia. A ja? Ja już o ósmej dziesięć byłam w poplamionej koszulce, z bananem rozsmarowanym na podłodze i pieluchą w ręce.
– A kuku, babciu – śmiał się Franek, wskakując mi na kolana.
Nie chciałam mu odmawiać. Nie chciałam być złą babcią. Więc uśmiechałam się, choć bolały mnie plecy i tęskniłam za chwilą ciszy. Nela z kolei nie odstępowała mnie na krok, płacząc za każdym razem, gdy znikałam za drzwiami łazienki. Nawet do toalety nie mogłam pójść spokojnie.
– Mamo, dzieciaki cię uwielbiają – powiedział Karol, odbierając je wieczorem.
Nie miałam siły odpowiedzieć. Uśmiechałam się, bo tak trzeba. Bo „babcia powinna się cieszyć”. Bo przecież „to taki piękny czas”. Tyle że ja zaczynałam się dusić w tej roli. Czułam się jak funkcjonariuszka w dyżurce: do odebrania, do nakarmienia, do usypiania. Dzień wypełniony troską o innych.
A moje życie? Moje plany? Moje marzenia? Gdzieś się rozpłynęły między kaszką a bajką o pieskach.
Pragnęłam mieć swoje życie
– Mamo, czemu jesteś taka zmęczona? – zapytała mnie raz moja córka, kiedy przyszła po dzieci. – Przecież siedzisz z nimi tylko dwa dni.
Zaparło mi dech. Przez chwilę myślałam, że się przesłyszałam. Spojrzałam na jej twarz – szczerą, zdziwioną – jakby naprawdę nie rozumiała.
– Tylko dwa dni – powtórzyłam szeptem. – A wiesz, że po tych dwóch dniach dochodzę do siebie do soboty?
– Przesadzasz – rzuciła. – Koleżanka mówiła, że jej mama opiekuje się wnukiem codziennie i jeszcze robi obiady dla całej rodziny.
Nie wytrzymałam. Oparłam się o kuchenny blat, próbując ukryć drżenie rąk.
– To świetnie. Może powinnyście znaleźć sobie taką „mamę koleżanki”.
Zamilkła. Może w końcu dotarło do niej, że coś jest nie tak. Albo tylko się obraziła.
– Nie chcemy cię wykorzystywać, mamo. Po prostu ufamy ci najbardziej. Wiesz, jak się dziećmi zająć. Zresztą... przecież jesteś emerytką, nie masz pracy...
– A może ja też chcę coś robić? Coś swojego? – przerwałam jej.
Zatrzymała się w pół kroku. Nasze spojrzenia się spotkały, po raz pierwszy od dawna naprawdę. I wtedy zrozumiałam – ona nigdy nie zadała sobie pytania, czy ja jeszcze mam własne życie.
Dzień Babci mnie nie cieszył
W styczniu przyszło kolejne zaskoczenie. Dzień Babci. Zawsze myślałam, że to taki miły moment: laurka, przytulenie, może wspólna herbata. Tymczasem dostałam wiadomość od córki wieczorem, jak gdyby to była sprawa służbowa.
– Mamo, jutro Dzień Babci, więc przyjedziemy rano z dzieciakami. Zrobimy zdjęcia, wręczą ci laurki, a potem ty z nimi posiedzisz, bo my z Kają mamy tyle na głowie. No i wiesz, to będzie taki twój dzień – dodała, jakby właśnie powiedziała coś wyjątkowo czułego.
„Twój dzień”. Czyli mój dyżur. Zamiast chwili dla siebie dostałam program: uściski, zdjęcia, a potem wózek, obiad, bajki. W głowie miałam tylko jedno: nawet święto babci potrafią zamienić w logistykę.
Rano Franek wpadł do mieszkania z laurką większą od niego.
– Babciu, to dla ciebie, bo jesteś najlepsza – powiedział dumnie.
Nela przytuliła się do mojej nogi i też coś mamrotała, jakby próbowała powtórzyć „babcia”. Serce mi zmiękło. Zawsze mięknie, kiedy na mnie patrzą. Ale to nie złagodziło smutku i zmęczenia, które odczuwałam.
– No dobrze, my lecimy – rzuciła córka po pięciu minutach. – Dziękujemy, mamo. I jeszcze raz wszystkiego najlepszego.
Zostałam sama z dziećmi i z tym „wszystkiego najlepszego”, które brzmiało jak życzenie złożone w biegu, między kluczami a telefonem.
Byłam tylko człowiekiem
W czwartki Nela nie chciała spać. Miała w sobie jakąś niewytłumaczalną czujność, jakby wiedziała, że w ciągu dnia może przegapić coś ważnego. Franek natomiast potrafił przez godzinę opowiadać mi o swoich wymyślonych dinozaurach, machając rękami tak, że już po kwadransie miałam wrażenie, że kręci mi się w głowie.
– A babciu, a widziałaś takiego tyranozaura, co strzela laserami z ogona? – krzyczał, biegając w kółko po salonie.
– Nie, ale może narysujesz mi go? – próbowałam jakoś zapanować nad energią tego małego wulkanu.
I naprawdę próbowałam, z całego serca. Gotowałam im obiady, robiłam zupki, chodziłam na plac zabaw. A potem, wieczorem, leżałam w łóżku i czułam, jak boli mnie całe ciało. Psychicznie i fizycznie. A najbardziej bolało poczucie, że nie mogę się poskarżyć. No bo komu? Koleżankom, które nie mają wnuków i zazdroszczą mi, że „mam dla kogo żyć”? Córce, która z uśmiechem wita mnie słowami: „Wiedziałam, że damy radę, mamo”?
To nie dzieci były winne. One po prostu chciały czułości. Małe rączki oplatały mnie za szyję z taką siłą, że czasem sama siebie przekonywałam, że warto. Że nie mogę się poddać. Że przecież „jestem babcią”. A może jednak byłam tylko człowiekiem?
Musiałam jej odmówić
W kolejną środę zadzwonił telefon. Moja córka, jak zwykle entuzjastyczna:
– Mamo, słuchaj, mamy z Karolem taką jedną sprawę... Czy mogłabyś wziąć dzieci także w piątek? Tylko tym razem zawieźć Franka na angielski i może odebrać z baletu Nelę? Dla ciebie to przecież blisko...
Zamilkłam. Cisza po mojej stronie musiała ją zaniepokoić, bo dodała szybko:
– Mamo, to tylko jeden dodatkowy dzień. Naprawdę nam ratujesz skórę.
Zamknęłam oczy i poczułam gulę w gardle. Jeden dzień, potem pewnie drugi. Potem całe tygodnie. A ja? Kiedy ja ostatni raz byłam w kinie? Kiedy poszłam na spacer, nie trzymając w ręku małej rączki i torby z pieluchami?
– Wiesz co… Nie mogę. Mam plany.
– Plany? Jakie plany?
To pytanie zraniło mnie bardziej niż prośba. Jakby moje życie nie miało prawa zawierać planów.
– Po prostu... dla siebie. Chcę trochę odpocząć.
Było jej przykro. Słyszałam to. Próbowała coś jeszcze dodać, ale ja byłam nieugięta. Czy można odmówić wnukom? Można. Czasem tylko tak można uratować siebie, zanim się całkiem zniknie.
Bycie babcią to nie zawód
W piątek rano nie zadzwonił domofon. Nikt nie podrzucił mi dzieci, nikt nie postawił torebki z przekąskami w korytarzu. Wreszcie mogłam spokojnie napić się kawy. Bez pośpiechu. Bez rozchlapywania mleka przez małe łapki. Bez krzyku, bez bajek.
Usiadłam na balkonie. Mróz lekko szczypał w policzki, ale nie uciekłam do środka. Czułam, że oddycham po raz pierwszy od miesięcy. Tylko ja, kubek i cisza. Wieczorem córka przyszła sama.
– Mamo, przepraszam. Naprawdę nie chciałam cię obciążać. My z Karolem... chyba się trochę pogubiliśmy. Tak łatwo było wszystko zrzucić na ciebie.
– Wiem – odpowiedziałam. – Ale ja też się zgodziłam. Bo kocham was. I dlatego właśnie muszę czasem powiedzieć: „nie”.
Usiadła naprzeciwko, zamyślona.
– Nie chcę, żebyś była tylko babcią na dyżurze. Zasługujesz na swoje życie.
Uśmiechnęłam się. Nie potrzebowałam już więcej słów. Bycie babcią to dar, ale to nie zawód. Nie jestem opiekunką. Jestem matką. Jestem kobietą. I znów jestem sobą.
Irena, 63 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Po przyjeździe na rodzinne ferie nad morzem przeżyliśmy szok. Miał być kominek i luksus, a przywitał nas grzyb i ziąb”
- „Rodzina traktowała babcię jak świętą, ale ona nie była aniołem. Na Dzień Babci nie zapalę nawet świeczki na jej grobie”
- „Teściowa rządziła się jak królowa. Zamiast słuchać jej rozkazów, z satysfakcją obaliłam ją z tronu”

