Reklama

Cisza była gorsza niż krzyk. Kiedyś nasze wieczory wypełniały rozmowy – czasem poważne, czasem błahe, ale zawsze byliśmy dla siebie. Teraz? Kolacja w milczeniu, dźwięk sztućców uderzających o talerze i uprzejme „Podasz mi sól?”

Reklama

Marek siedział naprzeciwko, wpatrzony w ekran telefonu. Gdyby uniósł głowę, zobaczyłby mnie – kobietę, którą kiedyś kochał. Ale chyba zapomniał. Ja też zaczynałam zapominać, jak to jest czuć się kochaną.

– Marek, możemy porozmawiać? – zapytałam cicho.

– Teraz? – mruknął, nie odrywając wzroku od ekranu.

– A kiedy? W przyszłym życiu? – zirytowałam się, a on westchnął ciężko, jakbym prosiła go o coś niewiarygodnie trudnego.

Wtedy pomyślałam: może już za późno. Może nic nie zostało do uratowania.

W nasze życie wkradła się rutyna

Miałam dość. Dość milczenia, dość udawania, że wszystko jest w porządku, dość bycia przezroczystą.

Czuję się, jakbym mieszkała z obcym człowiekiem – wyrzuciłam z siebie, gdy Marek po raz kolejny wrócił z pracy i nawet nie spojrzał mi w oczy.

– Przecież jestem – zdjął marynarkę, rzucił ją na krzesło i podszedł do lodówki.

– Fizycznie tak. Ale mentalnie? Nie pamiętam, kiedy ostatni raz rozmawialiśmy o czymś innym niż rachunki i zakupy.

Otworzył piwo. Ani przez sekundę nie patrzył na mnie.

– Ania, jestem zmęczony – powiedział tonem, który miał zakończyć dyskusję.

Ale tym razem nie zamierzałam odpuścić.

– A ja? Myślisz, że mnie to nie męczy? Nie zauważasz mnie od miesięcy!

– Nie dramatyzuj – mruknął.

Coś we mnie pękło.

– Powiedz mi, Marek… Ty mnie jeszcze w ogóle kochasz? – zapytałam.

Wreszcie na mnie spojrzał. Ale w jego oczach nie było odpowiedzi, tylko zmęczenie.

– Nie wiem – rzucił w końcu i odwrócił wzrok.

Zrobiło mi się zimno. To była najgorsza rzecz, jaką mógł powiedzieć. Stałam tam jeszcze chwilę, jak idiotka, czekając, że powie coś więcej. Nie powiedział. Weszłam do sypialni i zamknęłam drzwi. Nie płakałam. Chyba już nawet nie miałam na to siły. Cokolwiek było między nami, powoli umierało.

Mąż kupił mi perfumy

Rano Marek zachowywał się tak, jakby wczoraj nic się nie wydarzyło. Zjadł śniadanie, wypił kawę, rzucił krótkie „do zobaczenia” i wyszedł do pracy. A ja zostałam sama – z jego obojętnością, z ciszą, z myślą, że może to naprawdę koniec.

Przez cały dzień chodziłam po mieszkaniu, bez celu, bez energii. Właśnie dzisiaj mieliśmy rocznicę ślubu. Jeszcze rok temu sama bym się ekscytowała tym dniem, planowała kolację, może nawet kupiła nową sukienkę. Teraz? Nie miałam ochoty świętować czegoś, co już nie istniało.

Wieczorem Marek wrócił wcześniej niż zwykle. Wszedł do salonu, stanął przede mną i bez słowa podał mi małe, eleganckie pudełko.

– Co to? – zapytałam, bardziej zdziwiona niż ucieszona.

– Prezent.

Nie otworzyłam go od razu. Wpatrywałam się w niego, jakby to było jakieś niebezpieczne znalezisko. W końcu uniosłam wieczko i zobaczyłam flakonik perfum. Nie byle jakich. Biały lotos.

Poczułam, jak coś zaciska mi gardło.

– Skąd wiedziałeś? – wyszeptałam.

Marek wzruszył ramionami.

– Pamiętam.

Tylko tyle. Ale to wystarczyło. W jednej chwili wróciły do mnie wspomnienia: nasza pierwsza podróż do Azji, letni wieczór w ogrodzie botanicznym, noc spędzona przy świetle lampionów. Zapach, który zawsze kojarzył mi się z miłością. Spojrzałam na niego inaczej. Może nie wszystko było jeszcze stracone.

Wróciła namiętność

Wdychałam zapach białego lotosu i czułam, jak coś we mnie pęka. Jakby przez te wszystkie miesiące moje serce było zamknięte w szczelnej klatce, a teraz ktoś nieoczekiwanie przekręcił klucz. Spojrzałam na Marka. Po raz pierwszy od dawna naprawdę na niego spojrzałam.

– Dziękuję – powiedziałam cicho.

Nie odpowiedział od razu. Patrzył na mnie uważnie, jakby zastanawiał się, czy jeszcze warto próbować.

Chciałem ci przypomnieć… jak to kiedyś było – odezwał się w końcu.

Zrobiłam krok do przodu, skracając dystans między nami.

– Pamiętasz? – zapytałam.

– Tak. – Głos miał cichy, niemal łamiący się. – Tylko jakoś o tym zapomnieliśmy.

Nie wiem, kto pierwszy zrobił ten ostatni krok. Może ja, może on. Ale po chwili jego dłonie były na mojej twarzy, a ja wtuliłam się w niego, jakbym wracała do domu po długiej podróży. Pocałował mnie. Nie tak, jak mąż całuje żonę po dziesięciu latach małżeństwa – z przyzwyczajenia, od niechcenia. Pocałował mnie tak, jakbyśmy znowu mieli po dwadzieścia parę lat i dopiero zaczynali. Po chwili byliśmy już w sypialni.

Tego wieczoru nie było między nami ani cienia obojętności. Tylko my, nasza bliskość, nasze ciała odnajdujące się na nowo. I zapach białego lotosu, unoszący się w powietrzu jak niemy świadek tego, że może jednak nie wszystko było stracone.

Zostaniemy rodzicami

Minęło kilka tygodni. Coś się zmieniło – my się zmieniliśmy. Może nie było już między nami tej młodzieńczej ekscytacji, może codzienność dalej miała swoje cienie, ale nie było już tej ciszy, która dławiła i odbierała nadzieję. Zaczęliśmy się widzieć.

Marek wracał wcześniej, częściej mnie przytulał, jakby bał się, że znów się od niego oddalę. A ja przestałam się bać mówić, co czuję. Pewnego poranka obudziłam się wcześniej niż zwykle. Wstałam, podeszłam do łazienki i… wtedy coś mnie tknęło. Zawroty głowy, zmęczenie, mdłości. Nie. To niemożliwe.

Ręce mi drżały, gdy otwierałam małe opakowanie testu ciążowego. Dwie kreski pojawiły się niemal od razu. Stałam tak przez kilka minut, próbując zebrać myśli. Czułam lęk, ale i coś jeszcze – ciepło, którego nie potrafiłam nazwać.

Marek jeszcze spał, oddychał miarowo, nieświadomy, jak za chwilę zmieni się jego życie. Delikatnie potrząsnęłam jego ramieniem.

– Marek…

Otworzył oczy, jeszcze zaspany.

– Co się stało?

Nie odpowiedziałam od razu. Podałam mu test. Patrzył na niego długo, jakby nie wierzył własnym oczom.

– To… – zaczął, ale głos mu się załamał. – Jesteś w ciąży?

Kiwnęłam głową, czując łzy pod powiekami.

Uśmiechnął się – tak szeroko, szczerze, jak wtedy, gdy dowiedział się, że zostanie ojcem po raz pierwszy.

– To cud, Anka.

Wtedy zrozumiałam, że nasza miłość naprawdę wróciła.

Ciąża wszystko zmieniła

Nie tylko w moim ciele, ale przede wszystkim w naszym małżeństwie. Marek nagle zaczął być bardziej obecny – nie tylko fizycznie, ale i emocjonalnie. Widziałam to w jego spojrzeniu, w tym, jak dotykał mojego brzucha, jak słuchał z uwagą, gdy mówiłam o swoich obawach i nadziejach. Któregoś wieczoru leżeliśmy razem na kanapie, jego dłoń spoczywała na moim brzuchu.

Boisz się? – zapytał cicho.

– Trochę – przyznałam. – A ty?

– Bardzo – zaśmiał się cicho, a potem spoważniał. – Ale wiesz co? Myślę, że tym razem nie zepsujemy wszystkiego.

Patrzyłam na niego uważnie. W jego oczach nie było już tej obojętności, która bolała mnie przez tyle miesięcy.

– Już nie jesteśmy tacy sami, co? – szepnęłam.

– Nie. – Pocałował mnie lekko. – Ale może to i lepiej.

Zasnęłam w jego ramionach, czując się bezpiecznie jak nigdy wcześniej.

Gdy kilka dni później Marek wrócił do domu z bukietem białych lilii, poczułam łzy w oczach.

– To nie lotosy, ale pomyślałem, że może… – zaczął niepewnie.

Są idealne – przerwałam mu, przyciągając go do siebie.

Nasza miłość nie była już taka sama jak kiedyś. Była dojrzalsza, pełniejsza, silniejsza. I tym razem zamierzaliśmy o nią walczyć.

Anna, 36 lat

Czytaj także: „Byłam pewna, że córka wpadła w szemrane towarzystwo. Gdy jednak odkryłam, gdzie się podziewa, nie mogłam w to uwierzyć”
„Brat wyjechał za granicę i zgrywa panisko. Rodzice chwalą się nim we wsi, bo nie znają jego sekretu”
„Mąż poczuł mróz i od razu wyciągnął kalesony jak stary dziad. Może zapomnieć o namiętności w łóżku aż do wiosny”

Reklama

Reklama
Reklama
Reklama