„Dzieci żyją jak pączki w maśle, a nas ledwo stać na ogrzewanie. Żadne nie pomyśli, by starym rodzicom sypnąć groszem”
„Kiedyś, zimą, ten dom tętnił życiem. Dzieci biegały po podłodze w wełnianych skarpetach. W kuchni bulgotała zupa, wszędzie pachniało chlebem i cynamonem. Śmiech, gwar – wszystko naraz. Teraz słychać tylko skrzypienie desek, które pod stopami jęczą, jakby dom sam się skarżył na starość. A dzieci? Mają swoje życie”.

- Redakcja
Nie trzeba wiele, by dzień był taki sam jak wczoraj. Rano herbata – czarna, mocna, w grubym kubku z wyblakłym napisem. Jan siada naprzeciw mnie, zmęczony. Gładzi dłonią kolano, od pogody. Od czterdziestu lat pierwsze wie, że idzie śnieg. Milczymy. Już nie trzeba nic mówić. Kiedyś, zimą, ten dom tętnił życiem. Dzieci biegały po podłodze w wełnianych skarpetach. W kuchni bulgotała zupa, wszędzie pachniało chlebem i cynamonem. Śmiech, gwar – wszystko naraz. Teraz słychać tylko skrzypienie desek, które pod stopami jęczą, jakby dom sam się skarżył na starość.
A dzieci? Mają swoje życie. Ciepłe i dalekie. Kiwam głową. Już nie tłumaczę. Już nie pytam, kiedy przyjadą. Telefon leży na parapecie i milczy dumnie. Ostatnie zdjęcie przysłali z jakiegoś ciepłego kraju – dzieci w okularach przeciwsłonecznych, wnuki w kapeluszach. Pod spodem dopisek: „Pozdrawiamy”. Taki świat teraz.
Łapię się na tym, że czekam
– Herbata ci stygnie – burknął Jan, bez patrzenia na mnie.
– Już piję – mówię, chociaż tak naprawdę patrzę przez okno.
W środku jestem spokojna. Pogodzona. A jednak... czasem wieczorami, kiedy wiatr zawodzi w rynnach, łapię się na tym, że czekam. Że jeszcze ktoś zapuka. Że ktoś sobie przypomni. Dzwoniłam do niej już trzeci raz tego dnia. Nie odbierała. Pewnie zajęta. Zawsze jest zajęta. Zostawiłam wiadomość. Krótką, bez żalu. Tylko że dzwoniłam, że wszystko dobrze. Że pozdrawiam. I dodałam, że tęsknię, choć wiedziałam, że tego nie przeczyta. Usiadłam obok Jana przy stole. Wyłożyłam na talerz ziemniaki. Ugotowałam ich dużo, myślałam, że może dzieci wpadną na obiad.
– Na co aż tyle? – mruknął Jan. – Przecież i tak nikt nie przyjdzie.
– Masz rację. Po co tyle gotować na nas dwoje – powiedziałam chłodno, nie podnosząc głosu.
Nie chciało mi się płakać. Nie było już łez. Zamiast tego zastanawiałam się, kiedy to wszystko ucichło. Kiedy ostatni raz ktoś prosił mnie o dokładkę. Kiedy ktoś powiedział, że tęskni za moim jedzeniem. Może wtedy, gdy zaczęli zarabiać lepiej. Gdy zaczęli podróżować. Gdy nasze nazwisko stało się tylko punktem odniesienia do ich przeszłości. Pamiętam, jak kiedyś z córką lepiłyśmy pierogi, a ja udawałam, że nie widzę, że połowa farszu ląduje w jej buzi. Jak syn przychodził co chwilę po jeszcze jedną łyżkę rosołu. Zawsze chciał dokładkę. Mówił, że to najlepszy rosół na świecie.
Ciągle były jakieś wymówki
Telefon zadzwonił po siedemnastej. Spojrzałam odruchowo, zanim jeszcze zdążył się odezwać. Numer syna. Odebrałam niemal natychmiast, ale w głowie zdążyło mi się przewinąć wszystko: może coś się stało, może w końcu... może przyjadą?
– Cześć, mamo! – powiedział z energią, jakby dzwonił z samochodu. – Masz chwilę?
Zawsze mam chwilę.
– Mam. Jak tam?
– Wszystko w porządku. Właśnie wróciliśmy z weekendu. Byliśmy w górach, dzieciaki zjeżdżały na sankach, śniegu po pas. Wzięliśmy domek z kominkiem. Niesamowite miejsce, musisz zobaczyć zdjęcia!
Nie pytał, co u nas. Opowiadał o nowym domu, który właśnie kończą urządzać. Że mają już kuchnię marzeń, że żona zamówiła kafle z Hiszpanii, bo „takie teraz modne”. Potem wspomniał coś o planach na ferie. Zastanawiają się nad Alpami.
– A może byście do nas przyjechali na tygodniu? – zapytałam.
– Nie da rady. Zamieszanie z pracą...potem ten wyjazd na ferie. Może wiosną? Jak się ociepli, to przyjedziemy wszyscy.
Wiosną. Zawsze coś. Raz ferie, raz konferencje, ciągle były jakieś wymówki. Rozłączył się chwilę później, obiecując, że „odezwie się niebawem”. Usiadłam przy piecu. Jan coś majstrował w korytarzu, słyszałam brzdęk narzędzi. Zamknęłam oczy. Nie zazdrościłam im. Nie zazdrościłam tych podróży, pieniędzy, tej kaflowej kuchni. Nie chciałam tego. Nie teraz. Ale pamiętałam dobrze, jak kiedyś z Janem rezygnowaliśmy z wakacji nad morzem, żeby zapisać syna na angielski. Jak sprzedaliśmy krowę, bo córka chciała iść na kurs rysunku. Jak oddawaliśmy wszystko, wierząc, że im będzie lepiej. Jest im lepiej. A nam zostały kartki na święta. Zdjęcia z kurortów. I telefon, który dzwoni za rzadko. Nikt nie pyta, co u nas, czy czegoś nam potrzeba.
Myślisz, że to się kiedyś zmieni?
Usłyszałam jego głos przez drzwi. Stałam w korytarzu i już miałam wejść do kuchni, kiedy mnie zatrzymały słowa Jana. Rozmawiał przez telefon. Myślał, że nie słyszę.
– Ona się ostatnio zmieniła – powiedział cicho, ale wyraźnie. – Tak jakby nie była sobą. Nie mówi, tylko chodzi taka zamyślona... Taka zgaszona. Martwię się o nią.
Zmieniła się? Może tak. Może już nie miałam siły być tą samą kobietą, co kiedyś. Może nie da się być tą samą, kiedy nikt nie pyta, jak się czujesz. Kiedy w domu cisza jest bardziej bolesna niż jakiekolwiek słowo. Weszłam do kuchni. Jan skończył rozmowę i spojrzał na mnie tak, jakby się mnie nie spodziewał.
– Myślisz, że się zmieniłam? – zapytałam.
Zamilkł. Unikał mojego wzroku, a potem westchnął, siadając ciężko na krześle.
– Nie. Tylko...mam wrażenie, jakbyś gasła. A ja nie wiem, jak ci pomóc. Czuję się bezużyteczny.
Usiadłam naprzeciwko niego. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio tak rozmawialiśmy. Zwykle mijaliśmy się w milczeniu, jakby każde z nas nosiło swój ciężar i nie chciało się nim dzielić.
– Czuję się zapomniana – powiedziałam cicho. – Czasem mam wrażenie, że nasze dzieci wyrzuciły nas do szuflady z pamiątkami.
Spojrzał na mnie długo. I nagle zapytał:
– Myślisz, że to się kiedyś zmieni?
Zamknęłam oczy. Przypomniałam sobie nasze wspólne rodzinne śniadania, zapach świeżego chleba, który piekłam w sobotnie poranki. Wesołe popołudnia i cynamonową szarlotkę na deser, która znikała ze stołu w kilka minut.
– Nie wiem – odpowiedziałam w końcu.
Nie wierzyłam w to ani trochę
Usiadłam przy piecu. Spojrzałam na ogień, który z trudem podtrzymywał ciepło. Płomień był słaby, ale wystarczający, żeby ogrzać przestrzeń, w której mieściło się nasze życie.
– Pamiętasz tamten dzień, kiedy dzieci ulepiły bałwana, a potem przyszły do domu całe mokre? – zaczęłam mówić, nie odrywając wzroku od ognia. – Miały przemoczone rękawiczki, skarpetki jak gąbki, a policzki czerwone jak jabłka.
Jan nie odpowiedział, ale po chwili usiadł obok. Położył ręce na kolanach, wpatrując się w ten sam ogień co ja.
– Wtedy upiekłam chleb. Taki z chrupiącą skórką. Córka pomagała. Niósł się zapach po całym domu. A syn, pamiętasz, jak zabrał całą piętkę i chował się z nią za fotelem? Twierdził, że to jego „nagroda za najładniejszego bałwana”.
Jan się uśmiechnął, ledwo zauważalnie.
– A pamiętasz, jak zrobiłem im sanki z desek po płocie? Były krzywe, ale nie chciały innych.
Przez chwilę milczeliśmy. Nie z braku słów, tylko z ciężaru tych wspomnień.
– Wiesz... – powiedziałam po chwili – czasami mam wrażenie, że te wspomnienia grzeją mnie bardziej niż ten piec.
– Może kiedyś przyjadą – powiedział Jan. – Może przypomną sobie te skarpety i zapach chleba.
– Może – odpowiedziałam, choć nie wierzyłam w to ani trochę.
Wieczorem napisałam do córki wiadomość, wszystko to, co od dawna leżało mi na sercu. Nie wiedziałam, czy odpisze, ale musiałam z siebie to wyrzucić.
Naprawdę nie wiedziałam
Następnego dnia usłyszałam silnik samochodu. Myślałam, że to sąsiad, ale po chwili ktoś zapukał. Otworzyłam niepewnie, bo o tej porze nikt do nas nie przychodził. Za drzwiami stała ona. Nasza córka.
– Cześć, mamo – powiedziała, ściskając torbę na ramieniu. – Wiem, że nie dzwoniłam, ale... przeczytałam twoją wiadomość i...musiałam przyjechać.
Stałam w progu, nie wiedząc, co powiedzieć. Miała na sobie elegancki płaszcz, spod którego wystawały cienkie rajstopy i buty zupełnie nie na tę porę roku. Jan pojawił się za mną, milczący jak zawsze, ale spojrzenie miał inne niż zwykle. Córka zdjęła buty i rozejrzała się po kuchni. Wzięłam czajnik, nalałam wody. Ręce mi drżały.
– Nie wiedziałam, że... że tak tu jest – powiedziała po chwili ciszy. – Nie dzwoniliśmy, bo... bo zawsze coś. Dzieci, praca. Ale nie przypuszczałam...
Usiadła przy stole.
– Zimno tu trochę – rzuciła.
– Staramy się oszczędzać na ogrzewaniu – odpowiedział Jan.
Spojrzała na nas oboje. Widziałam, jak powoli schodzi z niej napięcie. Jak widzi nas takimi, jacy naprawdę jesteśmy. Starzy. Samotni. Prawdziwi.
– Czemu nie mówiliście? – zapytała nagle. – Przecież możemy wam pomóc.
– Pomoc to nie wszystko – odpowiedziałam spokojnie. – Tu nie chodzi o zakupy czy opał. Chodzi o to, żeby ktoś czasem zapukał. Z własnej woli. Nie z obowiązku.
Zacisnęła usta. Wpatrywała się w kubek herbaty, którą przed nią postawiłam. I wtedy się rozpłakała. Tak po prostu.
– Nie wiedziałam... Naprawdę nie wiedziałam... – powtarzała.
Podeszłam do niej, położyłam rękę na ramieniu. Po chwili objęła mnie mocno, jakby chciała nadrobić stracone lata.
Nie wiem, co będzie
Wyjechała po dwóch dniach. Mówiła, że musi wracać, bo dzieci, bo praca, bo bilety już kupione. Obiecała, że latem przyjadą wszyscy. Z wnukami, z mężem. Że zrobią ognisko, może zostaną dłużej. Nie powiedziałam ani tak, ani nie. Tylko odprowadziłam ją wzrokiem, gdy wsiadała do auta. Jan stał obok mnie i mruknął coś pod nosem o tym, że chyba trzeba będzie naprawić płot przy bramie, bo się przekrzywił. Kiedyś to syn miał go zrobić. Teraz może wnuk. Kiedyś.
Wieczorem siedzieliśmy przy piecu, radio grało cicho. Program pierwszy, same stare melodie, ale lepsze to niż cisza. Śnieg padał, gruby i gęsty, jakby chciał przykryć wszystko, co przemilczane. Patrzyłam na płomień, który był słaby, ale stały. Jan przyniósł więcej drewna, wrzucił dwa kawałki i usiadł obok. Bez słowa. Zastanawiałam się, czy dotrzymają słowa. Czy latem rzeczywiście przyjadą. Czy któreś z dzieci jeszcze zapamiętało smak mojego chleba. Czy jeszcze potrafią znaleźć drogę do tego domu bez nawigacji.
Nie wiedziałam. Ale nie było już tej pustki, która wcześniej siedziała we mnie cicho. Coś się zmieniło. Może tylko trochę, może na chwilę, ale wystarczyło. Spojrzałam na Jana, który zaczął powoli przysypiać w fotelu, z gazetą na kolanach. Pomyślałam wtedy: Nie wiem, co będzie. Ale może jeszcze ktoś kiedyś przypomni sobie, jak pachniał ten dom.
Zofia, 75 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Syn ma 30 lat i wciąż go utrzymujemy. Mąż się wścieka, że to bumelant, ale ja nie mam serca go wyrzucić”
- „Kiedy córka trafiła w totka, liczyłam, że podzieli się kasą. Jest mi coś winna za trud włożony w wychowanie”
- „Marzę, by świętować Dzień Babci, ale moim dzieciom się nie śpieszy. Jeżdżą po świecie i trwonią pieniądze na bzdury”

