Reklama

Cisza po rozwodzie miała swój ciężar. Mieszkanie było uporządkowane, dni podobne do siebie, rozmowy z dziećmi konkretne i krótkie, jakbyśmy wszyscy odgrywali dobrze znane role. Byłam matką dorosłych ludzi, osobą „po przejściach”, kimś, kto już nie powinien niczego oczekiwać. Wyjazd do sanatorium miał być tylko przerwą od samotności, choć w środku tliła się myśl, że może jeszcze nie wszystko we mnie zgasło.

Poczułam motylki w brzuchu

Pierwszego dnia w sanatorium czułam się obco, jak intruz w cudzym rytmie. Ludzie chodzili parami albo w małych grupach, a ja trzymałam się na uboczu, z kubkiem herbaty w dłoni, obserwując wszystko z dystansu. Wtedy usłyszałam spokojny głos tuż obok.

– Wolne? – zapytał mężczyzna, wskazując krzesło przy moim stoliku.

Podniosłam wzrok i zobaczyłam Jerzego. Nic w nim nie było nachalne. Uśmiech miał dyskretny, spojrzenie uważne.

– Oczywiście – odpowiedziałam, sama zdziwiona, że nie odmówiłam.

Rozmowa potoczyła się sama. O zabiegach, o drobnych dolegliwościach, o tym, skąd jesteśmy. Bez pośpiechu, bez popisywania się. Z każdym zdaniem czułam, jak coś we mnie mięknie. Następnego dnia spotkaliśmy się znów, jakby to było zupełnie naturalne. Spacer po alejkach, ławka przy starych drzewach, cisza, która nie była niezręczna.

– Dawno nie było mi tak spokojnie – powiedział Jerzy, patrząc przed siebie.

Te słowa poruszyły mnie bardziej, niż chciałam przyznać. Bałam się własnej reakcji. Czekałam na kolejne spotkania i jednocześnie wstydziłam się tej radości, jakby była czymś nie na miejscu. Zaczęłam dbać o to, jak wyglądam, choć tłumaczyłam sobie, że robię to tylko dla siebie. Pewnego popołudnia podał mi rękę, pomagając wstać z ławki. Ten prosty gest sprawił, że serce zabiło mi szybciej. Cofnęłam dłoń niemal odruchowo.

– Przepraszam – szepnęłam.

– Nie ma za co – odparł łagodnie. – Nic na siłę.

To było jak obietnica bezpieczeństwa. Nie rozmawialiśmy o przyszłości, nie składaliśmy deklaracji. A jednak wracając do pokoju, czułam się lżejsza, jakby ktoś przypomniał mi, że nadal potrafię się cieszyć. Jednocześnie gdzieś w środku rodził się lęk. Co powiedzą inni? Co powiedzą dzieci? Z każdym dniem wiedziałam jedno: budziło się we mnie coś, czego bardzo się bałam stracić. Po prostu się zakochałam.

Wróciłam do roli matki

Do domu wróciłam z walizką lżejszą niż przy wyjeździe, choć w środku miałam coś zupełnie nowego. Przez pierwsze dni chodziłam po mieszkaniu jak w jakimś transie. Telefon leżał blisko, zawsze odwrócony ekranem do góry. Jerzy dzwonił wieczorami, rozmawialiśmy krótko, uważnie, jakbyśmy oboje bali się spłoszyć to, co dopiero co się narodziło.

W weekend przyszły dzieci. Najpierw Paweł, potem Karolina z ciastem w torbie. Usiedliśmy przy stole, jak zawsze. Zapytała, jak było.

– W porządku – zaczęłam ostrożnie. – Poznałam tam kogoś. Jerzego.

Zapadła krótka cisza. Karolina uniosła brwi.

– Kogoś? – powtórzyła z uśmiechem, który od razu mnie zaniepokoił.

– Mamo, to sanatorium – dorzucił Paweł. – Ludzie tam różne rzeczy sobie wyobrażają.

– To nie były wyobrażenia – powiedziałam ciszej, niż planowałam. – Po prostu… dobrze mi było.

Karolina wymieniła spojrzenie z bratem.

– No wiesz, w twoim wieku łatwo się przywiązać – rzuciła niby lekko. – A potem zostaje rozczarowanie.

Poczułam, jak twarz mi płonie. Jakbym zrobiła coś nieodpowiedniego, coś, co wymaga tłumaczenia.

– Nie planuję niczego nierozsądnego – zapewniłam szybko. – Po prostu się spotkaliśmy, rozmawialiśmy, pojawiło się jakieś uczucie.

– Mamo, my się tylko martwimy – Paweł oparł łokcie na stole. – Nie chcemy, żebyś zrobiła z siebie… no wiesz.

Nie dokończył, ale wiedziałam. Słowo „pośmiewisko” zawisło w powietrzu, choć nikt go nie wypowiedział. Nagle przestałam czuć się jak kobieta, a znów jak matka, która powinna znać swoje miejsce.

Tego wieczoru długo leżałam w łóżku, wsłuchując się w ciszę. Zastanawiałam się, czy naprawdę przesadziłam. Czy moja radość była czymś niestosownym. Telefon zadzwonił.

– Wszystko w porządku? – zapytał Jerzy.

– Tak – skłamałam po chwili. – Po prostu… wróciłam do rzeczywistości.

Kiedy się rozłączyliśmy, poczułam, że ta rzeczywistość zaczyna mnie uwierać bardziej niż samotność sprzed wyjazdu.

Czułam presję

Z każdym kolejnym tygodniem rozmowy z dziećmi stawały się bardziej uważne, ale nie w dobrym znaczeniu. Paweł dzwonił częściej niż zwykle, pytał, co robię wieczorami, czy dużo wychodzę. Karolina potrafiła wpaść bez zapowiedzi, rozejrzeć się po mieszkaniu, jakby sprawdzała, czy nie ma tu śladów czyjejś obecności.

– Nadal masz z nim kontakt? – zapytała któregoś popołudnia, stojąc w drzwiach kuchni.

Zawahałam się.

– Tak, rozmawiamy – odpowiedziałam w końcu.

Westchnęła głośno.

– Mamo, przecież to było oczywiste, że to się przeciągnie. A potem będzie trudniej.

– Trudniej dla kogo? – zapytałam, choć głos mi się lekko trząsł.

– Dla nas wszystkich – wtrącił Paweł, który akurat przyszedł. – Ludzie gadają. Ty chyba nie chcesz, żeby sąsiedzi mieli temat?

Te słowa zabolały mnie bardziej, niż chciałam przyznać. Nagle zaczęłam chować telefon, gdy dzwonił Jerzy. Wychodziłam na balkon, ściszałam głos, jakbym robiła coś niewłaściwego.

– Nie chcę być powodem waszego wstydu – powiedziałam kiedyś, próbując żartować.

– No właśnie – Karolina uśmiechnęła się z ulgą. – Wiedziałam, że to zrozumiesz.

Wieczorami nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, licząc oddechy. Myślałam o Jerzym, o spokoju, który przy nim czułam, i o dzieciach, które wychowałam, poświęcając im całe lata. W środku coś się rozrywało.

Może to faktycznie nie ma sensu – powiedziałam Jerzemu podczas jednej z rozmów.

Zamilkł na chwilę.

– Zrobisz to, co uznasz za słuszne – odparł w końcu. – Ja nie chcę być ciężarem.

Te słowa obudziły we mnie poczucie winy, jakby moje uczucia były czymś, co obciąża innych. Coraz częściej myślałam, że egoizm nie przystoi matce. A jednak serce buntowało się cicho, prosząc o odrobinę odwagi.

Zrobiłam to wbrew sobie

Decyzja dojrzewała we mnie nie jak owoc, tylko jak siniak. Z dnia na dzień bolała bardziej. Dzieci nie musiały już nic mówić wprost. Wystarczały spojrzenia, drobne uwagi, pytania zadawane niby mimochodem.

Odpocznij trochę od tych emocji – powiedziała Karolina przez telefon. – Skup się na sobie. Na zdrowiu.

Zdrowie. To słowo brzmiało jak argument ostateczny. Jak coś, z czym nie wypada dyskutować. Tego samego wieczoru długo patrzyłam w ekran telefonu, zanim zadzwoniłam do Jerzego. Serce biło mi nierówno.

– Chyba musimy przestać – zaczęłam, zanim zdążył się odezwać. – To dla mnie za trudne. Dzieci są negatywnie nastawione...

– Rozumiem – odpowiedział spokojnie, choć w jego głosie usłyszałam coś, czego bardzo się bałam. – Jeśli tak będzie dla ciebie lepiej.

Chciałam, żeby zaprzeczył, żeby zawalczył, ale wiedziałam, że to ja powinnam była to zrobić. Rozłączyliśmy się szybko, bez dramatów. Odłożyłam telefon i usiadłam w fotelu. Pustka przyszła natychmiast, jakby ktoś nagle wyłączył światło.

Następnego dnia Paweł wpadł na kawę.

Dobrze, że to ucięłaś – powiedział z ulgą. – Po ci miłość na stare lata?

Przytaknęłam, choć w środku coś we mnie krzyczało. Karolina też odetchnęła, jakby wrócił porządek, który przez chwilę był zagrożony. A ja? Ja stałam się znów przezroczysta. Nikt nie zapytał, jak się z tym czuję.

Wieczorami siedziałam w ciszy, już nie czekając na dźwięk telefonu. Zrozumiałam, że nie poświęciłam Jerzego dla dzieci. Poświęciłam siebie, żeby nikogo nie niepokoić. I ta myśl była najcięższa do uniesienia.

Byłam nieszczęśliwa

Mijały miesiące, a życie układało się poprawnie. Tak właśnie je nazywałam – poprawnym. Dni miały swój rytm, obowiązki swoje miejsce. Dzieci dzwoniły regularnie, pytając o sprawy praktyczne, o zdrowie, o to, czy czegoś mi nie potrzeba. Spotykaliśmy się od czasu do czasu, rozmawialiśmy spokojnie, bez napięć. Byłam im wdzięczna za ten spokój, choć coraz częściej miałam wrażenie, że zapłaciłam za niego zbyt wysoką cenę.

Czasem łapałam się na tym, że myślami wracam do sanatorium. Do zwyczajnych spacerów, do rozmów, które nie musiały do niczego prowadzić. Do Jerzego. Nie idealizowałam go. Wiedziałam, że był tylko człowiekiem, z własną historią i ograniczeniami. Tęskniłam nie tyle za nim, co za sobą – tą kobietą, która potrafiła się śmiać bez poczucia winy, która czuła się zauważona.

Pewnego wieczoru usiadłam przy oknie, patrząc na zapalające się światła w sąsiednich mieszkaniach. Zrozumiałam wtedy coś, co bolało najbardziej. Moje dzieci nie odebrały mi tej relacji. One tylko wyraziły swój dyskomfort. To mi zabrakło odwagi, by powiedzieć: „To jest ważne dla mnie”. Po raz pierwszy w życiu tak wyraźnie zobaczyłam własną uległość. Nie wiem, czy los da mi kolejną okazję, by poczuć się zakochać.

Helena, 62 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama