Reklama

Wszystko zaczęło się w środę wieczorem. Siedziałam w kuchni, otoczona miskami, mikserami i zapachem drożdży, który powoli wypełniał całe mieszkanie. Dla większości ludzi tłusty czwartek to po prostu dzień objadania się słodkościami, ale dla mnie, emerytowanej kucharki, to był dzień sądu ostatecznego. Sąsiadka zamówiła u mnie dwie blachy pączków.

Miałam dużo pracy

Właśnie zagniatałam ciasto, licząc w głowie czas wyrastania, kiedy zadzwonił telefon. Wyświetlacz pokazał: moja córka Renata. Westchnęłam ciężko, wycierając ręce w ścierkę.

– Cześć, mamo – powiedziała. – Co tam u ciebie? Pewnie pieczesz?

– Tak, mam bardzo dużo pracy.

– No właśnie! – przerwała mi, jakby w ogóle nie słuchała. – Pomyślałam sobie, że skoro i tak stoisz przy garach, to wpadniemy do ciebie jutro całą gromadką. Wiesz, tradycja! Kinga z dziećmi, Piotrek, no i ja. Nie chcemy, żebyś siedziała sama w taki dzień. Smutno tak samej jeść pączki.

– To nie jest dobry pomysł – próbowałam protestować. – Będę miała urwanie głowy. Kuchnia wygląda jak pobojowisko. Poza tym ja te pączki mam wyliczone co do sztuki.

– Oj, nie przesadzaj – prychnęła. – Przecież nie zjemy ci wszystkiego. Kupimy coś po drodze z marketu, posiedzimy, pogadamy. Kinga dawno cię nie widziała, dzieciaki tęsknią za babcią. Będziemy koło szesnastej.

Rozłączyła się, zanim zdążyłam powiedzieć stanowcze „nie”. Stałam przez chwilę z telefonem w ręku, patrząc na rosnący zaczyn. Czułam w żołądku ten nieprzyjemny ucisk, który pojawiał się zawsze, gdy moja rodzina postanawiała „uszczęśliwić” mnie swoją obecnością.

Nie chciałam wizyty

Czwartek przywitał mnie świtem i zapachem smażonego smalcu. Byłam na nogach od czwartej rano. O szesnastej miałam już spakowane większość pączków dla sąsiadki, która miała je odebrać o dziewiętnastej. Byłam wykończona, miałam tłuste włosy, plamę mąki na policzku, ale czułam się dumna. Pączki wyszły idealne – ze złotą obwódką, puszyste jak chmurki.

Specjalnie na wizytę rodziny przygotowałam oddzielny talerz. Usmażyłam dziesięć dodatkowych sztuk, zrobiłam dzbanek herbaty i kawę. Chciałam, żeby było miło, ale krótko. Miałam nadzieję, że zjedzą, posiedzą godzinę i sobie pójdą, a ja będę mogła w spokoju dokończyć zamówienie dla sąsiadki.

Dzwonek do drzwi zabrzmiał jak wyrok. Otworzyłam i do mojego uporządkowanego świata wdarł się chaos. Moja córka Kinga weszła pierwsza, nawet nie zdejmując butów, od razu kierując się do salonu. Za nią wbiegły jej bliźniaki, Kacper i Lenka, krzycząc wniebogłosy. Na końcu wmaszerował Piotrek, mąż Kingi, i druga córka Renata, niosąc foliową reklamówkę z dyskontu.

– Ale tu gorąco! – narzekała Kinga, rzucając płaszcz na fotel.

– Piekarnik chodzi od rana – mruknęłam, zamykając drzwi. – Cześć wszystkim.

– Cześć, cześć! Pachnie nieźle, ale coś mało tych słodkości na stole.

Rozgościli się

Spojrzałam na stół. Stał tam talerz z moimi domowymi pączkami. Było ich dziesięć. Dla pięciu osób to aż nadto, biorąc pod uwagę kalorie.

– Zrobisz nam kawę? – zapytała Renata, już myszkując w moich szafkach w poszukiwaniu kubków, chociaż doskonale wiedziała, gdzie są.

Usiadłam na brzegu krzesła, obserwując, jak moje pączki znikają w tempie ekspresowym. Dzieciaki brały po jednym gryzie, oblizywały lukier i odkładały resztę na stół, sięgając po następne. Serce mnie bolało. Każdy ten pączek to była moja praca, czas i najlepszej jakości konfitura.

– Dobre, ale trochę mało słodkie – oceniła Kinga z pełnymi ustami. – Te z marketu mają więcej lukru. Renia, daj te nasze.

Renata wyciągnęła z reklamówki plastikowe opakowanie zgniecionych pączków, które wyglądały jak gumowe podeszwy.

– O, te są najlepsze – stwierdził Piotrek.

Zagryzłam wargi i poszłam do salonu. To był błąd. Zostawiłam ich samych w kuchni. Wróciłam po kilku minutach. W mieszkaniu panowała cisza, co przy moich wnukach było zjawiskiem nienaturalnym. Piotrek stał przy otwartej lodówce.

– Piotrek, czego szukasz? – zapytałam.

Odwrócił się z niewinną miną, trzymając w ręku słoik.

– A, wiesz, te pączki to trochę zapychają. Zjadłbym coś konkretnego. Masz tu niezłe zapasy. Ta szynka to wygląda na swojską.

Grzebał w lodówce

Zamarłam. To była szynka parmeńska dojrzewająca 24 miesiące, bardzo droga, kupiona w specjalistycznym sklepie. Obok stały słoiki z pesto z pistacji, sery pleśniowe i wędzony łosoś.

– Piotrek, to nie jest do jedzenia teraz – powiedziałam stanowczo, podchodząc do niego. – To są składniki do zamówienia. Proszę, odłóż to.

– Oj, nie bądź żyła – wtrąciła się Kinga z kanapy. – Przecież ci zapłacimy, jak tak bardzo liczysz każdy grosz. Piotruś jest głodny po pracy. Zrób mu parę kanapek.

– Nie chodzi o pieniądze – starałam się zachować spokój, choć ręce zaczynały mi drżeć. – Mam zamówienie. To są wyliczone produkty. Jeśli to zjecie, nie będę miała z czego zrobić cateringu na sobotę. Jutro sklepy z taką żywnością mogą być już przebrane.

– Przesadzasz – machnął ręką Piotrek i wpakował sobie plaster szynki do ust. – Mmm, dobra. Ale trochę słona. Masz jakiś chleb?

Patrzyłam z niedowierzaniem, jak wyciąga z lodówki kolejne opakowania. Słoik z konfiturą z fig, która miała być do serów. Pasztet z gęsi. Wszystko to kosztowało majątek i było mi niezbędne.

– Kinga! – zwróciłam się do matki, szukając ratunku. – Powiedz mu coś. To jest moja praca!

Mieli pretensje

Kinga popatrzyła na mnie znad filiżanki kawy z tym swoim charakterystycznym, pobłażliwym uśmiechem.

– Mamo, ale to jest rodzina. Rodzinie żałujesz? Piotrek ciężko pracuje na budowie, musi zjeść. A ty sobie dokupisz. Przecież masz emeryturę i jeszcze zarabiasz, to cię stać. Poza tym zobacz jak dzieciom smakuje ten serek.

Spojrzałam na podłogę. Lenka siedziała na dywanie i palcem wyjadała mascarpone z pudełka. Mascarpone, które miało być bazą do kremu na sernik.

– Ten serek? – wskazałam na Lenkę. – To jest mascarpone za czterdzieści złotych za opakowanie! To miało iść na ciasto dla klienta!

– No widzisz, smakuje jej – zaśmiała się Kinga. – Może w końcu przytyje, bo niejadek z niej straszny. Nie krzycz tak, bo ją wystraszysz.

Czułam, jak krew uderza mi do głowy. To nie była wizyta. To był napad. Traktowali moje mieszkanie jak darmowy bufet, a mnie jak obsługę, która nie ma prawa głosu.

– Proszę was, przestańcie jeść te rzeczy – powiedziałam głośno i wyraźnie. – Zrobiłam dla was pączki. Jest kawa. Jeśli jesteście głodni, mogę zamówić pizzę, ale zostawcie moją lodówkę w spokoju.

Byłam wściekła

Piotrek spojrzał na mnie, trzymając w ręku otwarty słoik z moim domowym pesto.

– Pizzę? – skrzywił się. – Pizzę to my jemy w domu. Tu masz takie rarytasy, a nam pizzę proponujesz?

Wziął łyżeczkę i zaczął wyjadać pesto prosto ze słoika, zagryzając bułką, którą znalazł w chlebaku. To pesto robiłam dwa dni. Łuskałam pistacje, blanszowałam bazylię.

– To jest do kanapek bankietowych! – krzyknęłam już nie panując nad sobą. – Czy wy nie rozumiecie po polsku? To są składniki klienta! To tak, jakbym ja przyszła do ciebie na budowę, Piotrek, i zaczęła wynosić ci worki z cementem, bo akurat potrzebuję do doniczek!

W pokoju zapadła cisza. Piotrek przestał żuć, Kinga odstawiła kubek.

– Porównujesz moją rodzinę do złodziei cementu? – zapytała cicho Kinga, a w jej oczach pojawiły się łzy. Oczywiście, taktyka na ofiarę. – Przyjechaliśmy cię odwiedzić, żebyś nie była sama w święto, a ty wyliczasz nam jedzenie?

– Wyliczam, bo to są moje narzędzia pracy! – broniłam się, czując, że zaraz wybuchnę płaczem z bezsilności. – Nie szanujecie mnie. Weszliście tu, bałaganicie, wyjadacie rzeczy, o które prosiłam, żeby nie ruszać.

Miałam ich dość

– Boże, jaka afera o kawałek szynki – westchnęła Renata, wstając. – Naprawdę, mamo, wstyd mi za ciebie. Dzieciom żałujesz? Własnym wnukom?

– Oni niszczą moją pracę! – wskazałam na pudełko z pączkami dla sąsiadki, które stało na blacie. Kacper właśnie majstrował przy nim, próbując otworzyć wieczko. – Kacper, zostaw to!

Podbiegłam do blatu i zabrałam pudełko. Dziecko w ryk. Kinga zerwała się z kanapy.

– Nie krzycz na niego! – wrzasnęła. – To tylko głupie ciastka!

– To są pączki, za które ktoś zapłacił! – Ręce mi się trzęsły, gdy odkładałam pudełko na najwyższą półkę. – Wyjdźcie. Proszę was, wyjdźcie stąd.

Patrzyli na mnie jak na wariatkę. Piotrek powoli zakręcił słoik z pesto i odstawił go na stół, zostawiając na blacie tłusty ślad.

– Wiesz co? – powiedział z pogardą. – Nie musisz dwa razy powtarzać. Chodź, Kinga. Nie będziemy się prosić o kawałek chleba.

– To nie był chleb, to była polędwica dojrzewająca – poprawiłam go automatycznie, choć wiedziałam, że to bez sensu.

Wygoniłam ich

– Nieważne co to było – syknęła Kinga, ubierając dzieci. – Ważniejsza jest dla ciebie ta twoja lodówka niż rodzina. Nie dzwoń do mnie, jak będziesz chora i nikt ci szklanki wody nie poda.

Wyszli, trzaskając drzwiami. Zostałam sama w ciszy, przerywanej jedynie buczeniem lodówki. Rozejrzałam się po pobojowisku. Na stole stały brudne kubki, talerze z resztkami pączków, okruszki były wszędzie – na dywanie, na kanapie, nawet na podłodze w kuchni. Otwarty pojemnik z mascarpone leżał, a kremowa zawartość wypływała na stół. Pół słoika pesto zniknęło. Najdroższa szynka – zjedzona w całości. Ser pleśniowy – napoczęty i zostawiony, żeby sechł.

Usiadłam i po prostu się rozpłakałam. Nie z żalu za jedzeniem, chociaż straty finansowe były spore. Płakałam, bo dotarło do mnie, że dla dzieci jestem tylko zasobem. Fakt, iż mieszkam sama, w ich oczach oznacza, że nie mam prawa do granic. Że moje „nie” jest traktowane jak kaprys kapryśnej emerytki, a nie jak komunikat dorosłej osoby.

Spojrzałam na zegarek. Miałam czterdzieści minut do wizyty sąsiadki. Musiałam się ogarnąć. Wstałam, wytarłam twarz i zaczęłam sprzątać. Wrzuciłam resztki jedzenia do kosza, umyłam podłogę. Sprawdziłam zamówienie – na szczęście pączki ocalały. Kacper nie zdążył ich dotknąć.

Wieczorem, kiedy emocje już opadły, zrobiłam listę zakupów na rano. Musiałam wstać o piątej, żeby pojechać na drugi koniec miasta do sklepu, który miał te konkretne włoskie produkty, bo w piątek wieczorem miałam oddać catering. Wiedziałam, że będę niewyspana i zła, ale przynajmniej zrobię to na własnych zasadach.

Obrazili się

Wtedy zadzwonił telefon. Kinga. Nie odebrałam. Po chwili przyszedł SMS: „Piotrek mówi, że go brzuch boli po tym twoim pesto. Mogłabyś chociaż przeprosić, że poczęstowałaś go czymś nieświeżym”.

Parsknęłam śmiechem. Gorzkim, ale jednak śmiechem. Pesto było świeże, po prostu jego żołądek, przyzwyczajony do tanich wypełniaczy, nie poradził sobie z taką ilością tłuszczu i ziół naraz. Albo to karma. Odpisałam tylko krótko: „Pesto było świeże i bardzo drogie. Rachunek za zjedzone produkty wyślę wam mailem. Dobranoc”.

Wiem, że tego rachunku nigdy nie zapłacą. Wiem, że przez najbliższy miesiąc będą szeptać po kątach, jaka to ich matka jest skąpa i niewdzięczna. Ale czułam dziwną ulgę. To był ten moment, w którym zrozumiałam, że asertywność kosztuje – czasem kosztuje słoik drogiego pesto i relacje z dziećmi – ale spokój ducha, który przychodzi później, jest bezcenny.

W piątek catering wyszedł perfekcyjnie. Klient był zachwycony, dostałam nawet napiwek. Za zarobione pieniądze kupiłam sobie zamek do drzwi i nową, jeszcze lepszą szynkę. Zjadłam ją sama, plasterek po plasterku, ciesząc się ciszą w moim własnym, prywatnym królestwie.

Alina, 66 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama