„Dzieci traktują mnie jak bankomat, bo dostaję emeryturę po mężu. Zdziwią się, gdy zamiast spadku zobaczą figę z makiem”
„Przez całe życie Tadzio i ja odmawialiśmy sobie luksusów, by dzieci miały lżej, ale czy one to doceniają? Czy szanują ten wysiłek? Nie. Traktują go jak należny im haracz. Tydzień później byłam już umówiona u notariusza”.

Cisza w domu bywa ogłuszająca, zwłaszcza gdy przez czterdzieści lat wypełniał go głos ukochanego człowieka. Kiedy Tadzio odszedł trzy lata temu, mój świat się zawalił. Nie tylko straciłam męża, przyjaciela i powiernika, ale też grunt pod nogami.
Zabezpieczył mnie
Mąż był człowiekiem starej daty – solidnym, pracowitym, dbającym o to, by niczego nam nie brakowało. Przez lata zajmował wysokie stanowisko w przemyśle energetycznym. Był szanowany, a jego praca, choć stresująca, zapewniała nam życie na bardzo wysokim poziomie. Zawsze powtarzał, że pracuje tak ciężko, bym ja, na starość, nie musiała się o nic martwić.
I dotrzymał słowa. Jego emerytura, a teraz moje świadczenie po nim, to kwota, o której wielu moich rówieśników może tylko pomarzyć. Pozwala mi to na utrzymanie domu, opłacenie rachunków i w teorii – na spokojne życie bez liczenia każdego grosza przy kasie w dyskoncie.
Początkowo byłam zbyt pogrążona w żałobie, by myśleć o finansach. Dni zlewały się w jedno szare pasmo smutku. Wtedy moje dzieci, Paweł i Marta, wydawały się być blisko. Dzwonili, wpadali z wizytą, pomagali załatwiać formalności pogrzebowe. Czułam wdzięczność, myśląc, że w tym nieszczęściu rodzina się zjednoczyła. Szybko zauważyłam zmianę w ich zachowaniu. Zaczęło się niewinnie, od drobnych sugestii przy niedzielnym obiedzie.
– Mamo, ten dom jest dla ciebie za duży – rzucił pewnego razu Paweł. – Same koszty ogrzewania cię zjedzą. Może warto pomyśleć o sprzedaży? Kupilibyśmy ci przytulne mieszkanie, a resztę pieniędzy można by mądrze zainwestować.
Nic nie podejrzewałam
Z biegiem miesięcy schemat stał się bolesny i przewidywalny. Moja samotność przestała ich interesować, o ile nie wiązała się z przelewem. Marta, moja młodsza córa, opanowała do perfekcji sztukę emocjonalnego szantażu. Zawsze była tą wrażliwszą, tą, która potrzebowała więcej opieki. Teraz, mając trzydzieści pięć lat i dwójkę własnych dzieci, wciąż zachowywała się jak bezradna dziewczynka. Jej mąż pracował, ale według relacji Marty, „ledwo wiązali koniec z końcem”.
– Mamo, nawet nie wiesz, jak mi wstyd prosić – zaczynała zazwyczaj rozmowę telefoniczną. – Ale Kubuś potrzebuje aparatu na zęby. To kosztuje majątek, a NFZ tego nie refunduje w całości. Tata by nie pozwolił, żeby jego wnuk cierpiał.
To było jej ulubione zagranie. „Tata by nie pozwolił”. Uderzała w najczulszą strunę, sugerując, że odmawiając jej pieniędzy, bezczeszczę pamięć Tadeusza. Oczywiście przelewałam. Tysiąc, dwa tysiące, czasem więcej. Mówiłam sobie, że to dla wnuków. Że Tadzio faktycznie chciałby pomóc.
Wołali o pieniądze
Paweł z kolei nie bawił się w sentymenty. On był „biznesmenem”. Jego kolejne genialne pomysły upadały szybciej, niż zdążyły powstać, ale on wciąż wierzył, że kolejny strzał będzie tym złotym. Traktował mnie jak inwestora, tyle że bez prawa do dywidendy.
– Słuchaj, mamo, jest okazja – wpadał do domu bez zapowiedzi, zazwyczaj w okolicach dziesiątego, kiedy przychodził listonosz. – Potrzebuję piętnastu tysięcy na wkład własny. Za pół roku oddam ci z nawiązką. Przecież te pieniądze leżą u ciebie na koncie i tracą na wartości przez inflację. To marnotrawstwo.
Nigdy nie oddał. Ani za poprzedni „pewny biznes”, ani za remont łazienki, który rzekomo był niezbędny dla zdrowia jego żony. Zaczęłam czuć się osaczona we własnym domu. Każdy dzwonek telefonu wywoływał u mnie ściśnięcie żołądka. Czy dzwonią zapytać, jak się czuję? Czy może znowu zepsuła się pralka, samochód, albo brakuje na wakacje dla dzieci? Odpowiedź zawsze była ta sama. Byłam bankomatem.
Nie mieli skrupułów
Przełom nastąpił w moje siedemdziesiąte urodziny. To miała być okrągła, ważna rocznica. Czekałam na ten dzień z nadzieją, że może tym razem będzie inaczej. Że usiądziemy, powspominamy, że poczuję się ważna jako matka i człowiek, a nie jako dostarczyciel kapitału. Przygotowałam wystawną kolację. Upiekłam kaczkę z jabłkami, zrobiłam tort orzechowy.
Przyszli spóźnieni. Paweł wpadł z telefonem przy uchu, nawet nie zdejmując kurtki w przedpokoju, tylko machnął mi ręką na powitanie. Marta weszła z dziećmi, które natychmiast zapytały, czy mogą włączyć telewizor. Żadnych kwiatów. Żadnego prezentu, choćby symbolicznej książki czy apaszki.
– Wszystkiego najlepszego, mamo – rzuciła Marta, całując mnie w policzek w locie do kuchni. – Masz może coś do picia? Strasznie nas wywiało. A, i słuchaj, bo sprawa jest.
Zamarłam z półmiskiem w rękach. Nawet nie usiedliśmy do stołu.
– Jaka sprawa? – zapytałam cicho, czując, jak w gardle rośnie mi gula.
– Bo wiesz, myśleliśmy z Markiem o zmianie samochodu na większy – zaczęła. – I tak sobie pomyśleliśmy, że skoro ty i tak nie wydajesz całej emerytury, a po tacie na pewno zostały jakieś oszczędności, to może mogłabyś nam sfinansować połowę? To by był taki prezent dla nas wszystkich. Przecież i tak byśmy te pieniądze kiedyś dostali, prawda?
Coś zrozumiałam
Spojrzałam na Pawła. Skończył rozmowę i właśnie nakładał sobie kaczkę, brudząc obrus tłustym sosem.
– No właśnie, mamo – włączył się z pełnymi ustami. – A skoro już o tym mowa, to ja potrzebuję podpisu pod zastaw. Chcę wziąć kredyt inwestycyjny, ale bank kręci nosem na moją zdolność. Jakbyś dała dom pod hipotekę, to by poszło gładko. To tylko formalność, niczym nie ryzykujesz.
Patrzyłam na nich i nie poznawałam ludzi, których urodziłam. Siedzieli przy moim stole, jedli moje jedzenie w dniu mojego święta i dzielili skórę na niedźwiedziu. Dla nich byłam już tylko przeszkodą na drodze do majątku. Kimś, kto niepotrzebnie przetrzymuje zasoby.
– Czy wy słyszycie, co mówicie? – zapytałam. – Dziś są moje urodziny.
– No wiemy, wiemy – machnął ręką Paweł. – Dlatego rozmawiamy jak dorośli o przyszłości rodziny. Mamo, nie bądź sentymentalna. Ojciec był pragmatykiem.
To był ten moment. Jakby zerwała się ostatnia nitka przywiązania, która kazała mi usprawiedliwiać ich egoizm. Zrozumiałam, że oni nie widzą we mnie matki. Widzą we mnie kogoś, kto blokuje im dostęp do łatwego życia.
Nie poznałam jej
Następnego dnia wyszłam z domu wcześnie rano. Musiałam uciec od tych ścian, które wczorajszy wieczór wypełnił chciwością moich dzieci. Spacerowałam bez celu po parku, aż w końcu usiadłam w małej kawiarni w centrum miasta. Zamówiłam kawę i sernik, patrząc tępo w okno.
– Baśka? Czy to ty?
Odwróciłam głowę. Przede mną stała elegancka kobieta w kolorowym szalu, o siwych włosach upiętych w modny kok. To była Ela, moja koleżanka ze studiów, której nie widziałam od dekady. Wyglądała promiennie. Dosiadła się i zaczęłyśmy rozmawiać. Opowiedziała mi o swoim życiu. Była wdową, tak jak ja, ale jej życie wyglądało zupełnie inaczej.
– Właśnie wróciłam z Toskanii – mówiła z błyskiem w oku. – A za miesiąc jadę z grupą znajomych do sanatorium w Kołobrzegu. Całe życie odkładałam na czarną godzinę, a potem zrozumiałam, że czarna godzina to ta, w której leżysz w trumnie i nic już nie możesz. Dzieci radzą sobie same. Dałam im wędkę, czyli wykształcenie. Ryby muszą łowić sami.
Słuchałam jej z otwartymi ustami. Ela tryskała energią, planami, radością życia. A ja byłam strażniczką rodzinnego skarbca, czekającą na śmierć, by inni mogli go rozgrabić.
– A ty co robisz dla siebie? – zapytała mnie nagle, patrząc mi głęboko w oczy.
– Ja… – zająknęłam się. – Ja pomagam dzieciom.
Dała mi do myślenia
Ela pokiwała głową ze zrozumieniem, ale i z nutą litości.
– Pomagasz, czy je wyręczasz w dorosłości? Pamiętaj, kochana, trumna nie ma kieszeni. A twoje pieniądze to twoja wolność. Nie oddawaj jej.
Te słowa dźwięczały mi w głowie przez całą drogę powrotną. Przez całe życie Tadzio i ja odmawialiśmy sobie luksusów, by dzieci miały lżej, ale czy one to doceniają? Czy szanują ten wysiłek? Nie. Traktują go jak należny im haracz. Tydzień później byłam już umówiona u notariusza. Mecenas, starszy, dystyngowany pan, przywitał mnie serdecznie.
– Jest pani pewna? – zapytał, gdy przedstawiłam mu swój plan. – To dość radykalny krok. Zmiana testamentu i ustanowienie zapisu na rzecz fundacji to decyzja, która może wywołać pewne napięcia w rodzinie.
– Panie mecenasie, napięcia są wtedy, gdy jedna strona ciągnie linę, a druga próbuje utrzymać równowagę. Ja właśnie puszczam linę. Moje dzieci są dorosłe, zdrowe i mają dwie ręce do pracy. To, co zgromadziliśmy z mężem, miało służyć nam. Skoro Tadeusza nie ma, posłuży mnie i tym, którzy naprawdę potrzebują pomocy, a nie nowego samochodu co dwa lata.
Przechytrzyłam ich
Sporządziliśmy nowy testament. Dom, po mojej śmierci, ma zostać sprzedany, a środki przekazane na rzecz fundacji wspierającej edukację dzieci z ubogich rodzin oraz lokalne schronisko dla zwierząt. Dzieci otrzymają jedynie zachowek – absolutne minimum wymagane przez prawo, o ile nie uda mi się wydać wszystkiego wcześniej. Ale to był tylko pierwszy krok. Wychodząc od notariusza, weszłam do biura podróży naprzeciwko.
– Poproszę ofertę rejsu po Morzu Śródziemnym – powiedziałam do zdziwionej młodej dziewczyny za biurkiem. – Najlepiej z pakietem all inclusive. I proszę nie szukać najtańszej opcji. Chcę, żeby było wygodnie.
Gdy płaciłam, czułam dziwne mrowienie w palcach. To była ekscytacja. Pierwszy raz od lat wydawałam dużą kwotę na siebie, bez wyrzutów sumienia, że Marta nie ma na aparat, a Paweł na leasing. Konfrontacja była nieunikniona. Nadeszła szybciej, niż myślałam. Paweł zadzwonił dwa dni po mojej wizycie w biurze podróży.
– Mamo, jestem u ciebie za godzinę z dokumentami do banku – oznajmił tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Załatwiłem rzeczoznawcę, wyceni dom na potrzeby kredytu. Musisz tylko podpisać zgodę na obciążenie hipoteki.
Zszokowałam go
– Nie przyjeżdżaj – odpowiedziałam spokojnie, popijając herbatę z nowej, porcelanowej filiżanki, którą kupiłam sobie wczoraj.
– Co ty mówisz? Przecież już wszystko ustalone!
– Ty ustaliłeś, ja się nie zgodziłam. I się nie zgodzę. Nie będzie żadnej hipoteki na moim domu.
– Mamo, nie wygłupiaj się! To życiowa szansa! – krzyczał do słuchawki. – Przecież ten dom i tak będzie mój i Marty! Co ci szkodzi teraz pomóc?
– Ten dom jest mój – powiedziałam twardo. – I dopóki żyję, nikt nie będzie na nim robił interesów. A co do pieniędzy… Źródełko wyschło, synku. Od teraz moja emerytura idzie na moje potrzeby.
– Oszalałaś? Na co ty chcesz wydawać? Na leki?
– Na życie. Właśnie wykupiłam rejs. Jadę zwiedzać Włochy, Grecję i Hiszpanię. A potem planuję remont. Chcę zmienić ten stary parkiet i kupić nowe meble do salonu. Te obecne są zbyt przygnębiające.
W słuchawce zapadła długa, ciężka cisza.
– Żartujesz sobie? – wycedził w końcu. – Wydajesz ojca pieniądze na jakieś fanaberie, kiedy my mamy problemy? Jak możesz być tak egoistyczna?
– Egoistyczna? – zaśmiałam się, a był to śmiech gorzki, ale oczyszczający. – Przez trzy lata byłam waszym bankomatem. Nie zapytaliście ani razu, czy nie czuję się samotna, czy nie chciałabym gdzieś wyjść. Interesował was tylko stan mojego konta. Koniec z tym. Radźcie sobie sami. Macie po trzydzieści i czterdzieści lat. Czas dorosnąć.
Rozłączyłam się
Ręce mi drżały, ale serce biło mocno i rytmicznie. Czułam się lżejsza o tonę. Marta zadzwoniła godzinę później, płacząc. Próbowała starych sztuczek. Że jak mogę zabierać wnukom, że jestem wyrodna, że tata by na to nie pozwolił.
– Tata chciał, żebym była szczęśliwa – przerwałam jej potok żali. – I zamierzam spełnić jego wolę. Jeśli chcecie mnie odwiedzić, drzwi są otwarte. Ale bez próśb o pieniądze. Jeśli przyjedziecie tylko po to, żeby narzekać na finanse, nie będę was wpuszczać.
Minęło pół roku. Właśnie pakuję walizkę na kolejną wyprawę – tym razem objazdowa wycieczka po zamkach nad Loarą. Zawsze o tym marzyłam, czytając romanse historyczne, ale zawsze było szkoda pieniędzy, bo dzieci potrzebowały na studia, na śluby, na mieszkania.
Stosunki z dziećmi są chłodne. Paweł obraził się śmiertelnie i nie odzywa się od trzech miesięcy, co paradoksalnie dało mi dużo spokoju. Marta dzwoni rzadziej, ale z większym szacunkiem. Zrozumiała, że płaczem nic nie wskóra. Ostatnio nawet przyjechała z dziećmi po prostu na ciasto, nie wspominając ani słowem o braku pieniędzy. Może jest dla nich nadzieja.
Wiem, że liczą na spadek. Wiem, że w głębi duszy kalkulują, że skoro teraz wydaję, to zostanie mniej. Nie wiedzą o zapisie notarialnym. Nie wiedzą, że dom trafi do fundacji, a oni dostaną tylko to, co im się należy z ustawy – i ani grosza więcej.
Barbara, 72 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Czekałam na kolejny Dzień Singla. Bałam się, że zostanę starą panną, ale serce pragnęło rozkwitnąć na wiosnę”
- „Uparłam się na remont na wiosnę, chociaż mój mąż kręcił nosem. Za moją zachciankę zapłaciłam najwyższą cenę”
- „Rodzice robili remont domu na pokaz. Chcieli, by sąsiedzi patrzyli z zazdrością na ich nowe kafelki za kasę z kredytu”

