„Dzieci pojechały na zimowisko, ja do sanatorium, a mąż miał robić remont. Czułam, że wcale nie kładł gresu w łazience”
„Zbyszek powinien być w pracy, ale wziął urlop na ten rzekomy remont. Spodziewałam się kurzu, folii malarskiej, hałasu wiertarki. Zamiast tego w domu pachniało. I to nie klejem do glazury. Pachniało lawendą i pieczoną kaczką”.

To miał być najpiękniejszy luty w moim życiu. Dzieci bezpieczne na obozie narciarskim, ja w luksusowym spa w Ciechocinku, a mój mąż, mój kochany Zbyszek, sam w domu – rzekomo planujący remont łazienki, o którym marzyłam od lat. Czułam się jak królowa życia, której wreszcie los wynagradza lata harówki.
Byłam wykończona
Styczeń był dla mnie koszmarem. W pracy zamykaliśmy rok finansowy, co oznaczało nadgodziny, stres i picie hektolitrów zimnej kawy przed monitorem. W domu nie było lepiej. Nasze bliźniaki, Kacper i Lenka, przechodziły okres buntu połączony z niekończącymi się infekcjami. Kiedy w końcu wyzdrowieli, a w biurze kurz opadł, czułam się jak wyżęta ścierka. Moje libido było zerowe, moja cera szara, a moje nerwy napięte jak postronki. Wtedy Zbyszek wkroczył do akcji jak rycerz na białym koniu.
– Tak nie może być – powiedział pewnego wieczoru, masując mi kark. – Wykończysz się.
To on wszystko zorganizował. Znalazł obóz dla dzieciaków w Tatrach, co graniczyło z cudem, bo miejsca znikały we wrześniu. A potem, z tajemniczym uśmiechem, wręczył mi kopertę. Skierowanie do sanatorium. Prywatne, opłacone, z pakietem zabiegów.
– Ale Zbychu… to kupa kasy – protestowałam słabo, choć w myślach już pakowałam walizkę.
– Nieważne. Dostaliśmy premię, poza tym chcę mieć w domu szczęśliwą żonę. Ja zostanę, ogarnę ten kapiący kran, może wreszcie wymienię fugi pod prysznicem. Będę miał spokój, ty będziesz miała spokój. Układ idealny.
Patrzyłam na niego z wdzięcznością. Byłam taka pewna jego oddania. Przecież byliśmy małżeństwem z piętnastoletnim stażem. Mieliśmy kredyt, psa, wspólne plany emerytalne.
Marzyłam o odpoczynku
Wyjazd dzieci był chaotyczny, pełen łez i zgubionych rękawiczek, ale kiedy autokar ruszył, poczułam pierwszy powiew wolności. Dwa dni później Zbyszek odwoził mnie na dworzec.
– Będę tęsknił – powiedział, ładując moją walizkę do wagonu.
– Pisz, dzwoń – poprosiłam.
– Oczywiście. Ale pamiętaj, tam masz się relaksować. Wyłącz telefon. Odpocznij od nas.
Sanatorium okazało się rajem. Pierwsze trzy dni przespałam. Kolejne trzy spędziłam w borowinie i solankach, ale gdzieś w okolicach siódmego dnia zaczęło mnie dopadać dziwne uczucie. Intuicja? A może po prostu zwykła, babska podejrzliwość, którą tak długo uciszałam? Zbyszek dzwonił rzadko. Zawsze wieczorami, zawsze krótko.
– Padam na twarz, kochanie – mówił. – Cały dzień walczyłem z hydrauliką. Śmierdzę silikonem, idę prosto pod prysznic.
– Wyślij mi zdjęcie łazienki, chcę zobaczyć postępy! – poprosiłam raz, leżąc w hotelowym łóżku i tęskniąc za jego głosem.
Zapadła cisza. Krótka, ale znacząca.
– Jutro, kochanie. Teraz jest bałagan, nic nie widać. Dobranoc.
Tęskniłam za nim
Rozłączył się, zanim zdążyłam powiedzieć „kocham cię”. Wpatrywałam się w ekran telefonu. Coś tu nie grało. Zbyszek był pedantem. Jeśli robił remont, to dokumentował każdy etap, żeby potem chwalić się kolegom przy piwie. Dlaczego nie chciał pokazać mi choćby jednej płytki?
Zaczęłam analizować nasze ostatnie miesiące. Jego nagłe wyjścia na siłownię, choć nigdy nie lubił ćwiczyć. Nowe perfumy, które podobno dostał od klienta. Blokadę w telefonie, którą zmienił ze względów bezpieczeństwa firmy. Układałam te puzzle w głowie, leżąc w kąpieli perełkowej, a z każdym bąbelkiem powietrza moja paranoja rosła. Ale zaraz potem ganiłam się w myślach. „Patrycja, przestań. Chłop chce ci zrobić niespodziankę, a ty szukasz dziury w całym”.
Wróciłam dzień wcześniej. Nie planowałam tego, po prostu ostatni zabieg odwołano, a ja tęskniłam tak bardzo, że przebukowałam bilet. Chciałam mu zrobić niespodziankę. Weszłam do domu cicho. Była godzina 14, wtorek. Zbyszek powinien być w pracy, ale wziął urlop na ten rzekomy remont. Spodziewałam się kurzu, folii malarskiej, hałasu wiertarki. Zamiast tego w domu pachniało. I to nie klejem do glazury. Pachniało lawendą i pieczoną kaczką.
Dosłownie oniemiałam
Weszłam do salonu. Był nieskazitelnie czysty. Żadnych śladów remontu. W łazience – stare fugi, ten sam kapiący kran. Nic nie zostało ruszone. Stałam na środku korytarza z walizką, czując, jak serce podchodzi mi do gardła. Wtedy zauważyłam stół. Dwa kieliszki po winie, niedopite. I talerze z resztkami kolacji, której Zbyszek nigdy by nie przygotował – kaczka, jakieś fikuśne sałatki.
Mój mózg pracował na najwyższych obrotach, próbując znaleźć logiczne wyjaśnienie. Może wpadł kolega z pracy? Może świętowali awans? Zbyszka nie było, jego samochodu też nie. Pewnie pojechał odwieźć „gościa”.
Usiadłam na kanapie, bo nogi odmówiły mi posłuszeństwa. I wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi. Pomyślałam, że to on, że zapomniał kluczy. Zerwałam się, gotowa do ataku albo do płaczu, sama nie wiedziałam. Otworzyłam drzwi z impetem. Ale to nie był Zbyszek. To była moja teściowa. Moja relacja z nią była poprawna. Chłodna. Ona zawsze uważała, że Zbyszek mógł trafić lepiej. Że moje zupy są za słone, a ja za mało ambitna. Była typem matki-kwoki, która w swoim synku widzi ósmy cud świata. Nigdy nie stała po mojej stronie. Nigdy.
Nie spodziewałam się jej
Gdy zobaczyłam ją stojącą na wycieraczce, bladą jak ściana, trzymającą w ręku swoją starą, skórzaną torebkę tak mocno, że zbielały jej kłykcie, wiedziałam, że stało się coś strasznego.
– Wróciłaś – powiedziała. Nie było to pytanie.
– Dzień dobry, mamo – wydukałam. – Tak, wcześniej. Zbyszek…
– Wiem, gdzie jest Zbyszek – przerwała mi ostro. Weszła do środka, nie zdejmując butów, co było do niej niepodobne. Omiotła wzrokiem stół. Jej usta zacisnęły się w wąską kreskę. – Widzę, że nie zdążył posprzątać po śniadaniu.
Zamarłam.
– Po jakim śniadaniu?
Usiadła w fotelu. Wyglądała staro. Nagle cała jej duma i wyniosłość gdzieś uleciały, zostawiając zmęczoną kobietę.
– Usiądź, Patrycja. Musimy porozmawiać, zanim ten tchórz wróci.
Nalałam jej wody drżącymi rękami.
– Nie lubię cię – zaczęła, patrząc mi prosto w oczy. – Nigdy tego nie ukrywałam. Uważam, że jesteś bałaganiarą i masz za miękkie serce, ale… – wzięła głęboki oddech – ale jesteś matką moich wnuków. I jesteś uczciwą kobietą, a ja brzydzę się kłamstwem. Brzydzę się tym, co mój syn wyprawia w tym domu, kiedy ciebie nie ma.
Dosłownie oniemiałam
Teściowa miała zapasowe klucze – Zbyszek jej dał na wszelki wypadek, żeby podlewała kwiaty, gdybyśmy wyjechali wszyscy.
– Przyszłam wczoraj – powiedziała. – Myślałam, że Zbyszek jest w pracy. Zobaczyłam jego samochód. Ucieszyłam się, chciałam mu zrobić niespodziankę, przyniosłam pierogi. Weszłam cicho. Drzwi do sypialni były otwarte.
Zrobiło mi się ciemno przed oczami.
– Mamo, proszę, nie… – szepnęłam, ale ona nie przestała.
– Musisz to wiedzieć. Leżeli tam, ona i on. W waszej pościeli. Zbyszek spał – kontynuowała bezlitośnie. – A ona… chodziła po pokoju w twoim szlafroku.
Poczułam, jak żółć podchodzi mi do gardła. Mój szlafrok, mój azyl. Rzecz, której nikt nie miał prawa dotykać.
– Zauważyła mnie – powiedziała. – I wiesz co zrobiła? Nie krzyknęła. Nie zasłoniła się. Uśmiechnęła się do mnie bezczelnie, jakby była u siebie. Powiedziała: „Dzień dobry, proszę nie krzyczeć, bo się obudzi, a jest taki zmęczony po nocy”.
Była wściekła
Teściowa zacisnęła pięści.
– Wybiegłam stamtąd. Zostawiłam te pierogi na szafce w korytarzu. Zbyszek dzwonił do mnie dziesięć razy, ale nie odebrałam. Nie mogłam na niego patrzeć. Wychowałam go, karmiłam, uczyłam pacierza. A wychowałam człowieka bez honoru.
Siedziałyśmy w ciszy. Dwie kobiety, które łączył ten sam mężczyzna, a które teraz dzieliła przepaść wstydu. Ona wstydziła się za syna. Ja wstydziłam się, że byłam tak ślepa.
– Kim ona jest? – zapytałam cicho.
– Nie wiem. Młoda, czarne włosy – głos teściowej stał się twardy. – Nie przyszłam tu cię pocieszać. Przyszłam ci powiedzieć, żebyś nie dała sobie wcisnąć kitu. On wróci i będzie kłamał. Będzie mówił, że to jednorazowy wyskok, że go uwiodła, ale ja widziałam jej rzeczy w łazience. Jej kosmetyczkę obok twojej szczoteczki do zębów. To nie był wyskok. Oni tu mieszkali przez tydzień. Bawili się w dom.
Kiedy usłyszałyśmy klucz w zamku, obie zesztywniałyśmy. Zbyszek wszedł, nucąc pod nosem. Zobaczył mnie, a potem zobaczył swoją matkę siedzącą w fotelu jak sędzia najwyższy. Zbladł tak gwałtownie, że przez chwilę myślałam, że zemdleje.
Nie odpuściłam mu
– Patrycja? – wykrztusił. – Mamo? Co wy… Przecież miałaś wrócić jutro.
– Niespodzianka – powiedziałam. Mój głos był dziwnie spokojny, nienaturalny. Czułam się, jakbym oglądała tę scenę z boku. – Jak tam remont, Zbysiu? Fugi wymienione?
Jego wzrok biegał od mojej twarzy do twarzy matki. Szukał ratunku. Szukał kłamstwa, które mogłoby to wszystko przykryć.
– Ja… zacząłem wczoraj, ale…
– Nie kłam przy mnie. Widziałam ją. Widziałam was – powiedziała teściowa.
Zbyszek oparł się o ścianę. Wyglądał jak mały chłopiec przyłapany na kradzieży cukierków, tyle że te cukierki były moim życiem.
– To skomplikowane. Pogubiliśmy się, ty byłaś ciągle zmęczona, dzieci… Malwina…
– A czy Malwina wie, że ta kaczka, którą jedliście, to pieniądze z funduszu na lekcje angielskiego Lenki? Czy Malwina wie, że śpicie w pościeli, którą kupiłam na naszą dziesiątą rocznicę? Czy może Malwina myśli, że to ty urządziłeś ten dom?
Zbyszek milczał.
– Wynoś się – powiedziałam.
– Patrycja, nie wygłupiaj się. To mój dom. Musimy pogadać.
– Wynoś się! – wrzasnęłam tak głośno, że aż zachrypłam. – Zabieraj swoje rzeczy i jedź do Malwiny. Nie chcę cię widzieć, zanim dzieci nie wrócą. A potem… będziesz rozmawiał z moim prawnikiem.
Wyrzuciłam go
Spojrzał na matkę, szukając poparcia.
– Mamo, powiedz jej coś. To był błąd, ale nie można przekreślać piętnastu lat…
Teściowa wstała powoli. Podeszła do niego i z całej siły uderzyła go w twarz. Plask rozszedł się echem po salonie.
– Nie jestem twoją matką w tym momencie – syknęła. – Jestem kobietą. I wstyd mi za ciebie. Wynoś się z tego domu, zanim wezwę policję.
Zbyszek wyszedł. Zabrał torbę sportową i zniknął. Nie walczył. Wiedział, że przegrał na obu frontach. Zostałam sama z teściową pośrodku salonu, który śmierdział drogą zdradą. Czułam, jak uchodzą ze mnie siły. Osunęłam się na podłogę i zaczęłam wyć. Płakałam nad sobą, nad dziećmi, nad moją naiwnością, nad tymi wszystkimi latami, kiedy wierzyłam, że jesteśmy zespołem. Wtedy poczułam rękę na ramieniu. Szorstką, twardą dłoń teściowej. Usiadła obok mnie na podłodze, nie zważając na to, że brudzi sobie spódnicę.
– Płacz, dziecko – powiedziała. – Płacz. A potem wstaniemy, posprzątamy ten syf, zmienimy zamki i pościel.
Pierwszy raz w życiu przytuliła mnie nie z przymusu, nie na pokaz, ale naprawdę.
– Nie zostawię cię z tym samej – szepnęła. – On jest moim synem i będę go kochać, bo matka kocha zawsze, nawet durnia, ale to ty jesteś ofiarą. I dopilnuję, żeby zapłacił za każdą łzę.
Była przy mnie
Minęło pół roku. Jesteśmy w trakcie rozwodu. Zbyszek mieszka z Malwiną w wynajętej kawalerce. Podobno wielka miłość trochę przygasła, gdy okazało się, że Zbyszek musi płacić alimenty i sam prać swoje skarpetki.
Ja wciąż leczę rany. Czasem budzę się w nocy i szukam go obok siebie. Nawyk umiera wolniej niż miłość. Teściowa przychodzi teraz w każdy czwartek. Nie sprawdza kurzu na półkach. Przynosi ciasto, bawimy się z dziećmi, a potem pijemy kawę i rozmawiamy o wszystkim. Okazało się, że pod tą zbroją kryje się mądra, choć poraniona kobieta, która też kiedyś została zraniona przez mężczyznę.
Straciłam męża, który okazał się wydmuszką. Straciłam iluzję idealnego życia, ale odzyskałam godność i dostałam lekcję, której nigdy nie zapomnę: zdrada boli jak ogień, ale prawda, nawet ta najokrutniejsza, przyniesiona przez wroga, jest lepsza niż najsłodsze kłamstwo.
Patrycja, 43 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na rodzinnych feriach w górach mój mąż bawił się w ojca roku. Najlepszą nowinę jednak zostawił nam na sam koniec”
- „Na obiedzie mój brat wypalił, że widział mojego męża z kochanką. Zupa jeszcze nie ostygła, a ja już byłam rozwódką”
- „Wstydzę się wnuków, bo są rozpuszczone i niewychowane. Czasy mamy inne, ale szacunek do babci ma być niezmienny”

