Reklama

To miał być tydzień sielanki. Śnieg, sanki, domowe ciasto i zapach drewna w kominku. Kiedy pakowałam walizki Zuzi i Antka, czułam nawet lekkie ukłucie zazdrości, że sama muszę zostać w mieście i pracować, podczas gdy oni będą beztrosko spędzać czas u babci. Nie miałam pojęcia, że zamiast na zimowisko, wysyłam własne dzieci do piekła, które zgotowała im kobieta mająca na ustach wyłącznie słowa o miłosierdziu. Kiedy wrócili, nie poznałam ich. W ich oczach nie było radości, był tylko strach.

Miało być idealnie

Zawsze uważałam, że relacje z teściami to gra dyplomatyczna. Jadwiga, moja teściowa, była kobietą specyficzną – mocno wierząca, surowa, z tym rodzajem chłodu w spojrzeniu, który sprawiał, że człowiek odruchowo prostował plecy. Jednak przez lata udawało nam się zachować kruchy rozejm. My nie komentowaliśmy jej dewocjonaliów wiszących w każdym kącie domu, ona nie wtrącała się w to, że żyjemy nowocześnie i nie prowadzamy dzieci co niedzielę do pierwszej ławki w kościele.

Tegoroczne ferie były logistycznym koszmarem. Opiekunka złamała nogę, a my z Pawłem tonęliśmy w projektach. Propozycja teściowej: „Przywieźcie wnuki na wieś, niech pooddychają zdrowym powietrzem”, wydawała się darem od losu.

– Jesteś pewna? – zapytałam męża, układając ciepłe swetry w walizce ośmioletniego Antka.

– Daj spokój, Marlena. To tylko tydzień – Paweł machnął ręką. – Będą lepić bałwany i jeść pierogi. Mama obiecała, że nie będzie ich ciągnąć na Roraty o szóstej rano.

Uwierzyłam. Spakowałam im ulubione zabawki: klocki Lego z serii Harry Potter dla Antka i ukochaną lalkę Zuzi. Dorzuciłam tablet „na czarną godzinę”. Odwożąc ich, czułam ulgę. Dom teściowej pachniał woskiem i pastą do podłóg. Przywitała nas herbatą i uśmiechem, który wtedy wydał mi się szczery. Gdybym wiedziała, co kryje się za tym gestem, nigdy nie puściłabym ręki mojej córeczki.

Cisza, która powinna krzyczeć

Pierwsze dni mijały w błogim spokoju, ale rozmowy telefoniczne były dziwnie krótkie.

– Jak tam, skarby? Lepiliście bałwana? – pytałam we wtorek.

– Tak, mamo – odpowiedział Antek głosem wypranym z emocji. Brzmiał jak automat.

– A co teraz robicie?

Babcia czyta nam historie – wtrąciła się sześcioletnia Zuzia.

– Bajki?

– O tym, co się dzieje z niegrzecznymi dziećmi – szepnęła, ale telefon natychmiast przejęła teściowa, ucinając temat i zapewniając, że są „grzeczni jak aniołki”.

Sygnał alarmowy zignorowałam w czwartek. Zuzia płakała do słuchawki, mówiąc, że boi się ciemności, bo „wtedy przychodzą oni”. Kiedy zapytałam kto, teściowaznów wyrwała telefon, tłumacząc to bujną wyobraźnią i wiejskimi legendami. Paweł uspokajał mnie, że dzieciom po prostu brakuje telewizora i miejskiego hałasu. Chciałam mu wierzyć. Chciałam wierzyć, że moja teściowa jest po prostu starszą panią z różańcem, a nie kimś, kto systematycznie pierze mózgi moim dzieciom.

Nie poznałam własnych dzieci

Nadeszła niedziela. Już od progu uderzyła mnie nienaturalna atmosfera. Zwykle dzieci rzucały się nam na szyję. Tym razem siedziały przy stole w kuchni, wyprostowane jak struny, z dłońmi ułożonymi płasko na blacie. Były ubrane inaczej – Zuzia w gryzącą, wełnianą sukienkę i ciasny warkocz, Antek w koszuli zapiętej pod szyję. Wyglądali jak mali, smutni staruszkowie.

Zuzia spojrzała na mnie, potem błyskawicznie zerknęła na babcię, jakby pytała o pozwolenie. Dopiero po skinieniu głowy Jadwigi, podeszła. Nie przytuliła się. Stanęła obok. W drodze powrotnej panowała grobowa cisza. Kiedy włączyłam radio, Zuzia zatkała uszy i zaczęła krzyczeć.

– Nie! Proszę, wyłącz to! To muzyka szatana!

Zahamowałam gwałtownie.

Co ty mówisz, kochanie? To tylko piosenka.

– Babcia mówiła, że w radiu słychać diabła – Antek powiedział to z przerażającą powagą, patrząc tępo w szybę. – I że ci, którzy jej słuchają, będą smażyć się w oleju.

Co ona narobiła?

Prawdziwy wstrząs nastąpił w domu. Dzieci bały się wejść do swoich pokoi, twierdząc, że są tam „przedmioty grzechu”. Zostawiłam je z Pawłem i poszłam rozpakować walizki. W torbie Antka, zamiast brudnych ubrań, znalazłam broszury z tytułami dla nieposłusznych dzieci. Okładki przedstawiały jakieś dziwne stworzenia. Przeszukałam bagaż do dna. Brakowało klocków, tabletu i lalki.

– Gdzie są zabawki? Zostawiliście u babci? – zapytałam, wchodząc do salonu.

Zuzia zaczęła płakać. Antek, blady jak ściana, wydusił z siebie:

– Babcia je wyrzuciła.

Zamarłam.

– Powiedziała, że nie nadają się dla grzecznych dzieci – kontynuował syn drżącym głosem. – A lalka Zuzi… babcia powiedziała, że wygląda jak grzesznica.

– Tablet też zabrała – dodała cicho Zuzia. – Mówiła, że to czarne lustro, przez które zło patrzy na nas.

Koniec z tym

Paweł nie wytrzymał. Wybrał numer matki i włączył głośnomówiący.

– Mamo, co ty do cholery wyprawiasz?! – ryknął. – Spaliłaś ich zabawki?! Wmawiałaś im, że pójdziemy do piekła?!

– Zrobiłam to, co konieczne – odpowiedziała chłodno, głosem pełnym natchnienia. – Ratuję ich dusze, skoro wy o to nie dbacie. Te zabawki były przeklęte. Widziałam, z jaką fascynacją Zuzia czesała lalkę. To próżność. Musiałam interweniować.

– To są małe dzieci! Nastraszyłaś je tak, że boją się własnego cienia!

– Boją się grzechu. I słusznie. Żyjecie w świecie materialnym, bez Boga. Oczyściłam je. Powinniście mi dziękować.

Jej pewność siebie była przerażająca. Nie czuła winy, czuła się misjonarką we własnej rodzinie.

– Nie zobaczysz ich więcej dopóki się nie opamiętasz. Rozumiesz?

– Ja mam wiarę. Zobaczymy, kto lepiej na tym wyjdzie na Sądzie Ostatecznym – rzuciła i rozłączyła się.

Długa droga do normalności

Tej nocy spaliśmy wszyscy w jednym łóżku. Dzieci budziły się z krzykiem, sprawdzając, czy nie ma przy nich „złych duchów”. Musieliśmy tulić je na siłę, przełamując ich opór, szeptając, że są bezpieczni, że nikt ich nie skrzywdzi.

Minęły trzy miesiące. Zuzia powoli przestaje pytać, czy jej nowa lalka obraża niebo. Antek wciąż ma momenty, gdy zastyga w bezruchu, bojąc się, że zrobił coś „nieczystego”, ale coraz częściej bawi się nowymi klockami. Z teściową nie mamy kontaktu. Jej listy pełne cytatów o karze za nieposłuszeństwo lądują w niszczarce...

Czasami mam wyrzuty sumienia, że zbagatelizowałam sygnały. Że dla tygodnia spokoju w pracy naraziłam dzieci na nieprzyjemności. Wczoraj Zuzia podeszła do mnie, gdy słuchałam muzyki.

– Mamo? Ta piosenka jest ładna. Nie słyszę tam diabła – powiedziała nieśmiało.

Przytuliłam ją mocno.

– Bo go tam nie ma, córeczko. Jest tylko muzyka.

Odzyskujemy nasze życie, kawałek po kawałku. Ale wiem jedno – nigdy więcej nie pozwolę, by ktoś próbował podpalić świat moich dzieci w imię swojej chorej wizji.

Marlena, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama