Reklama

To miał być zwykły czwartkowy wieczór. Taki, w którym jedynym zmartwieniem jest to, czy zmywarka domyła naczynia, a dzieci odrobiły lekcje. Siedziałam przed laptopem, gotowa, by kliknąć „Potwierdź rezerwację”. Czułam to przyjemne mrowienie w brzuchu – wizję ośnieżonych stoków w Dolomitach, zapach grzanego wina i ten moment, gdy po roku harówki w korporacji wreszcie łapiesz oddech.

Ekscytowałam się

Jesteśmy – a może byliśmy – parą, którą znajomi nazywali „rozsądnymi”. Ja, księgowa z natręctwem planowania wszystkiego w Excelu. On, Maciek, inżynier budownictwa, zawsze stąpający twardo po ziemi. Przynajmniej tak mi się wydawało.

Mieliśmy system. Konto „Na życie”, konto „Opłaty” i to jedno, najważniejsze – „Fundusz Marzeń”. Tam lądowały premie świąteczne, zwroty podatku i te wszystkie końcówki, które zostawały na koniec miesiąca. Przez ostatnie dwa lata zaciskaliśmy pasa. Żadnych drogich wakacji latem, tylko działka pod miastem. Żadnych nowych samochodów. Cel był jeden: dwutygodniowe ferie we Włoszech. Pełen pakiet. Hotel ze SPA, instruktor dla dzieciaków, dobre jedzenie. Chcieliśmy wynagrodzić naszym bliźniakom, Zuzi i Piotrkowi, ten trudny czas.

Zuzia od miesiąca przymierzała kask narciarski przed lustrem. Piotrek oglądał filmiki na YouTube z tras zjazdowych w Val di Fiemme. A ja? Ja po prostu marzyłam, żeby przez czternaście dni nie musieć gotować i martwić się terminami w pracy. Tamtego wieczora, kiedy weszłam na stronę banku, czułam się zwycięzcą. Miałam przelać zaliczkę. Kliknęłam w zakładkę oszczędności. Pusto. Odświeżyłam stronę. Może internet zrywa? Może prace serwisowe? Pusto.

Weszłam w historię operacji. I wtedy to zobaczyłam. Jeden przelew. Jeden, gigantyczny przelew wykonany trzy dni wcześniej. Tytuł: „Inwestycja przyszłości – wkład własny”. Kwota: 42 500 złotych. Wszystko. Do grosza. Myślałam, że dostanę zawału we własnej kuchni.

Wszystko zniknęło

W pierwszej chwili nie czułam złości. Czułam fizyczny ból. Jakby ktoś uderzył mnie pięścią w splot słoneczny. W uszach zaczęło mi szumieć. Czy ktoś nas okradł? Czy Maciek padł ofiarą phishingu? Kliknął w jakiś link? Moja księgowa natura włączyła tryb awaryjny. Muszę zablokować karty, dzwonić na infolinię, zgłosić to na policję! Sięgnęłam po telefon, drżącymi palcami wybierając numer Maćka. Był jeszcze w pracy, miał mieć nadgodziny przy jakimś ważnym projekcie. Przynajmniej tak twierdził.

– Halo? – odebrał po drugim sygnale. W tle nie słyszałam biurowego szumu, tylko… muzykę? Śmiech?

– Maciek, ktoś włamał się nam na konto – wydyszałam, ledwo łapiąc powietrze. – Pieniądze zniknęły. Całe ferie. Czterdzieści tysięcy! Dzwonię do banku!

Zapadła cisza. Taka lepka, nieprzyjemna cisza, która trwa o ułamek sekundy za długo.

– Agata, czekaj – powiedział, a jego głos zmienił się o 180 stopni. Zniknął luz, pojawiło się napięcie. – Nie dzwoń nigdzie. Wyjaśnię ci w domu.

– Co ty mówisz? Ukradli nam pieniądze! Każda minuta się liczy!

– Agata! – krzyknął niemal do słuchawki. – Nikt nic nie ukradł. Ja zrobiłem ten przelew. Porozmawiamy, jak wrócę.

Rozłączył się.

Nic nie rozumiałam

Siedziałam w kuchni, patrząc na ciemny ekran telefonu. W drugim pokoju słyszałam dzieci kłócące się o to, kto pierwszy weźmie prysznic. Były tak beztroskie. A ja czułam, jak mój świat pęka na pół.

Wrócił godzinę później. Słyszałam, jak klucz przekręca się w zamku. Zazwyczaj witałam go w przedpokoju, dzieciaki rzucały mu się na szyję. Tym razem siedziałam przy stole w jadalni, prosta jak struna, z laptopem otwartym na historii transakcji. Wszedł do pokoju. Wyglądał inaczej. Był… pobudzony. Miał błyszczące oczy, rumieńce na twarzy. I pachniał. Nie potem po całym dniu pracy, nie biurem. Pachniał drogim alkoholem i cygarami.

– Kochanie, nie rób takiej miny – zaczął, zanim zdążyłam się odezwać. Próbował przyjąć pozę pewnego siebie samca alfa, ale widziałam, jak drży mu kącik ust. – Wiem, że to wygląda źle, ale musisz spojrzeć na szerszy obrazek.

– Szerszy obrazek? – mój głos był nienaturalnie spokojny, co chyba przeraziło go bardziej niż krzyk. – Szerszy obrazek jest taki, że za dwa tygodnie mieliśmy jechać w Alpy, a ty właśnie przelałeś nasze oszczędności jakiejś firmie krzak.

Usiadł naprzeciwko mnie, próbując złapać mnie za rękę. Cofnęłam ją jak oparzona.

– To nie firma krzak. To okazja życia – powiedział z fanatycznym błyskiem w oku. – Pamiętasz Ryśka? Tego ze studiów?

– Tego, który pożyczył od nas dwa tysiące na start-up z dronami i nigdy nie oddał? – prychnęłam.

– To były błędy młodości! Teraz Rysiek siedzi ma super pomysł na biznes. Ludzie na tym robią miliony w tydzień. On ma cynk. Gwarantowany zwrot trzystu procent w ciągu miesiąca. Rozumiesz? Trzysta procent!

Oddał mu oszczędności

Patrzyłam na niego i nie poznawałam tego człowieka. Mój mąż, inżynier, analityczny umysł, nagle bredził jak nawiedzony akwizytor.

– Wydałeś 40 tysięcy, bo Rysiek ci powiedział, że będziemy bogaci? – zapytałam powoli. – Maciek, to były pieniądze na ferie. Dzieciom obiecaliśmy.

– O to właśnie chodzi! – uderzył ręką w stół. – Ciągle tylko ciułamy, oszczędzamy, odmawiamy sobie wszystkiego. Mam tego dość! Chcę być kimś, Agata. Chcę, żebyśmy nie musieli liczyć każdej złotówki na wyjazd. Za miesiąc wyciągnę z tego sto dwadzieścia tysięcy. Pojedziemy nie do Włoch, ale na Malediwy! Kupię ci ten samochód, o którym marzysz!

– Ja nie marzę o samochodzie. Ja marzę o tym, żeby mój mąż był odpowiedzialny – wstałam, czując, jak w oczach zbierają mi się łzy. – Gdzie byłeś?

– Spotkałem się z Ryśkiem i inwestorami. To elitarne grono. Nie rozumiesz, jak działa wielki biznes.

– Wielki biznes? – roześmiałam się histerycznie. – To brzmi jak hazard, a ty śmierdzisz whisky. Czy ty jesteś pijany?

Byłam wściekła

Tej nocy spał na kanapie. Ja leżałam w sypialni, patrząc w sufit, a każda minuta ciągnęła się jak godziny. Nie chodziło tylko o pieniądze. Pieniądze można zarobić. Chodziło o to, że on podjął tę decyzję sam. W tajemnicy. Za moimi plecami. Ukradł nasze wspólne bezpieczeństwo, żeby nakarmić swoje ego. Czuł się gorszy, bo dostałam awans? Bo w zeszłym roku zarobiłam więcej od niego? Czy to był jakiś żałosny kryzys wieku średniego? Rano przywitała nas cisza. Dzieci wyczuły, że coś jest nie tak. Zuzia jadła płatki ze spuszczoną głową.

– Mamo, a kiedy kupimy te nowe gogle? – zapytał nagle Piotrek.

Serce mi pękło. Spojrzałam na Maćka. Stał przy ekspresie do kawy, tyłem do nas. Jego ramiona były spięte. Czekałam, aż on to powie. Milczał.

– Nie kupimy, Piotruś – powiedziałam cicho. – Tata musi wam coś powiedzieć o feriach.

Maciek odwrócił się gwałtownie. Jego wzrok był wściekły.

– Nie teraz, Agata – syknął.

– Właśnie teraz – odparłam twardo. – Powiedz im.

– Co się stało? – Zuzia zaczęła płakać. – Nie jedziemy?

Maciek kucnął przy nich, ale nie potrafił spojrzeć im w oczy.

– Mamy małe… przejściowe problemy z bankiem. Musimy przełożyć wyjazd. Może na przyszły rok.

– Ale obiecałeś! – krzyknął Piotrek. – Mówiłeś, że będę miał instruktora!

Wtedy wyszłam z kuchni. Nie mogłam patrzeć, jak on kłamie im w żywe oczy, robiąc z siebie ofiarę systemu bankowego, podczas gdy sam wrzucił te pieniądze do ścieku.

Zawiódł nas

Przez następne trzy dni w domu panowała zimna wojna. Maciek unikał mnie jak ognia, wracał późno, zamykał się w gabinecie. Kiedy próbowałam rozmawiać, atakował mnie.

– Ty we mnie nie wierzysz! – krzyczał. – Zawsze podcinałaś mi skrzydła. Zamiast wspierać męża w biznesie, to robisz dramy o głupie narty.

– Głupie narty? To były marzenia twoich dzieci! A ten twój biznes to mrzonka!

W sobotę zadzwoniła moja teściowa. Oczywiście, Maciek już przedstawił jej swoją wersję.

– Agatko, kochanie – zaczęła tym swoim słodko-kwaśnym tonem. – Nie bądź taką materialistką. Maciek chce dla was jak najlepiej. Mężczyzna musi czuć, że ma władzę nad finansami, że inwestuje. Powinnaś być dumna, że ma żyłkę do interesów. Trochę zaufania. Przecież to się zwróci.

– Mamo – przerwałam jej ostro. – On wydał czterdzieści tysięcy na wirtualne obrazki i obietnice kolegi, który jest znany z tego, że oszukuje ludzi. Nie będę dumna z głupoty.

Rozłączyła się bez słowa. Zostałam sama na polu bitwy. A potem nadeszła niedziela. Dzień, w którym bańka pękła ostatecznie. Maciek siedział w salonie przed laptopem. Był blady jak ściana. Ręce mu się trzęsły. Nie musiałam pytać. Wiedziałam. Podeszłam i spojrzałam na ekran.

Został oszukany

Wykres leciał w dół. Pionowo w dół. Ale to nie było najgorsze. Obok otwarty był artykuł na jakimś portalu finansowym: „Twórcy platformy zniknęli z milionami inwestorów. Policja poszukuje podejrzanych”.

– Rysiek nie odbiera telefonu – wyszeptał Maciek. Głos mu się łamał. – Jego numer jest nieaktywny. Agata… strona nie działa. Nie mogę się zalogować.

Stałam nad nim i nie czułam satysfakcji, że miałam rację. Czułam tylko pustkę.

– Ile? – zapytałam.

– Co ile?

– Ile zostało?

– Nic – schował twarz w dłoniach. Zaszlochał, ale ten dźwięk mnie nie ruszył. – Wszystko przepadło. Agata, przepraszam. Boże, co ja narobiłem.

Patrzyłam na tego dorosłego mężczyznę, który płakał nad klawiaturą, i zrozumiałam, że coś umarło bezpowrotnie. Nie chodziło o te czterdzieści tysięcy. Jakoś to odrobimy. Będziemy spłacać debet, weźmiemy nadgodziny. Przeżyjemy. Ale czy przeżyje nasze małżeństwo?

W tej chwili zdałam sobie sprawę, że on nie zdradził mnie z inną kobietą. On zdradził naszą rodzinę z fantazją o byciu kimś lepszym, bogatszym, ważniejszym. Postawił swoje urażone męskie ego ponad bezpieczeństwo Zuzi i Piotrka. Zaryzykował naszą przyszłość, bo kolega przy whisky wcisnął mu bajeczkę o byciu rekinem finansjery.

Podjęłam decyzję

Co gorsza, przez te kilka dni robił ze mnie wariatkę. Manipulował mną, nastawiał matkę przeciwko mnie, okłamywał dzieci. To bolało bardziej niż stracone pieniądze.

– Spakuj się – powiedziałam spokojnie.

Podniósł głowę, patrząc na mnie z niedowierzaniem.

– Co? Gdzie? Agata, nie możesz mnie wyrzucić. To był błąd. Naprawię to!

– Nie wiem, czy to naprawisz. Ale nie chcę cię teraz widzieć. Nie chcę patrzeć na ciebie i myśleć o tym, jak Zuzia płakała, chowając kask do szafy. Jedź do matki. Ona na pewno doceni twoją żyłkę do interesów.

Maciek wyprowadził się dwa tygodnie temu. Cały czas dzwoni, pisze, błaga o wybaczenie. Przynosi kwiaty, obiecuje terapię. Twierdzi, że pójdzie na policję, że odzyska te pieniądze. A ja zostałam z dziećmi. Ferie spędzamy w domu. Chodzimy na spacery do parku, gramy w planszówki. Dzieci są dzielne, choć widzę ten smutek w ich oczach, gdy koledzy wrzucają zdjęcia z gór na Instagrama.

Zrobiłam jedną rzecz. Założyłam nowe konto w banku. Tylko na moje nazwisko. Rozdzielność majątkowa jest już w toku. Może to brzmi cynicznie, może niektórzy powiedzą, że wspieram męża tylko w dobrych chwilach, ale prawda jest taka, że miłość miłością, ale zaufanie to waluta, którą traci się tylko raz.

Agata, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama