„Dzieci chodziły w dziurawych butach, bo mąż kazał zaciskać pasa. Aż odkryłam, na co od roku przelewał okrągłe sumki”
„Marek był coraz mniej obecny. Fizycznie – i finansowo. I ta jego obsesja na punkcie oszczędzania, jakbyśmy byli o krok od bankructwa. Zalogowałam się na jego konto i znalazłam regularne przelewy. Poczułam, jak robi mi się gorąco. Wynajmował mieszkanie, od prawie roku. Tylko... po co? Dla kogo?”.

- Redakcja
Mam na imię Agnieszka. Trzydzieści cztery lata, dwoje dzieci i praca na etacie. Moje życie to niekońćzące się obowiązki i wieczne pytania: „Co dziś na obiad?”, „Gdzie są moje spodnie?”, „Kiedy wracasz z pracy?”. Marek, mój mąż, rzadko odpowiadał na te pytania. Ostatnio miał jeden, uniwersalny komunikat:
– Musimy oszczędzać.
Słyszałam to już tyle razy, że miałam dość. Oszczędzać na czym? Na jedzeniu? Na dzieciach? Na mnie? Remont łazienki? „Nie teraz”. Wakacje? „Może w przyszłym roku”. Nowe buty dla Zuzi? „Zobaczymy, może jeszcze da się połatać te stare”.
Ale najgorsze nie były odmowy. Najgorsza była jego obojętność. Zawsze taki zapracowany, niedostępny. Gdy pytałam, jak mu minął dzień, wzruszał ramionami albo odpalał mecz. Czasem nawet nie udawał zainteresowania. Zaczęłam czuć się jak część wyposażenia tego domu – przydatna, ale mało istotna.
A jednak tłumaczyłam go. Może jest zmęczony, może czuje się wypalony. Może to presja w pracy. Czasem było mi głupio, że w ogóle mam pretensje. Przecież żyjemy, dzieci zdrowe, rachunki opłacone. Ale w środku... W środku czułam się, jakbym traciła w tym wszystkim siebie.
Ostatnio złapałam się na tym, że wieczorami wychodzę na balkon tylko po to, by mieć piętnaście minut spokoju. Patrzę na światła sąsiadów i zastanawiam się, czy inni wciąż rozmawiają ze sobą jak dawniej. Czy gdzieś indziej mężczyzna całuje żonę, a nie tylko burczy „dzień dobry” z nosem w telefonie. Chyba zaczęłam się domyślać, że coś jest nie tak. Ale jeszcze nie wiedziałam, że to coś będzie aż tak... okrutne.
Coś zaczynało śmierdzieć
– Marek, dzieci potrzebują nowych butów. Zuzia ma dziurę w podeszwie, Kuba chodzi w starych trzewikach. Ile można cerować i doklejać? – stanęłam w progu kuchni, trzymając w ręce bucik z przetartą podeszwą.
Mąż siedział przy stole, pił kawę, patrząc przez okno. Nawet nie odwrócił głowy.
– Mówiłem już, że trzeba oszczędzać. Nie teraz – mruknął, odkładając kubek.
– Oszczędzać?! – nie wytrzymałam. – Na czym? Na dzieciach? One mają chodzić w dziurawych butach, bo ty masz obsesję na punkcie pieniędzy?
Wreszcie spojrzał na mnie. Ale zamiast złości, zobaczyłam w jego oczach... chłód.
– Agnieszka, nie przesadzaj. Poradzą sobie bez nowych butów. Kiedyś też się tak żyło.
– Tylko że „kiedyś” nie kosztowało wszystko tyle, co teraz! – podniosłam głos. – Ty naprawdę nie widzisz, co się dzieje? Dzieciom jest wstyd. Zuzia płakała, bo koleżanka się z niej śmiała w szatni!
– Nie dramatyzuj – rzucił przez zęby. – I nie rób ze mnie potwora. Po prostu nie mamy teraz na to środków.
– A na co mamy?! Bo czasem mam wrażenie, że wolisz wydawać pieniądze gdzie indziej. Tylko nie w tym domu!
Zapadła cisza. Patrzył na mnie przez sekundę, może dwie, i wtedy... zbladł. Tak po prostu. Jakby na moment zapomniał, jak się oddycha.
– Co... co ty sugerujesz? – spytał zbyt cicho.
– Nic – powiedziałam równie cicho. – Po prostu stwierdzam fakt.
Odszedł bez słowa, zostawiając kubek i mnie w tej ciszy. I choć udawałam, że nic nie wiem – wtedy pierwszy raz poczułam to naprawdę. Coś się tu nie zgadzało. Coś zaczynało śmierdzieć.
Odkryłam jego kłamstwa
– Mówiłaś, że Marek znowu się wykręca z wydatków? – zapytała Basia, podając mi kawę w swojej kuchni. – Agnieszka, on coś kręci. Nie chcę siać paniki, ale może powinnaś zajrzeć na jego konto?
– Co ty gadasz? – prychnęłam, ale od razu poczułam ukłucie w brzuchu. – Myślisz, że co? Że coś ukrywa?
– Nie mówię, że cię zdradza. Ale może ma jakieś długi, może w coś inwstuje, może... nie wiem. Tylko zastanów się. Kiedy ostatnio kupił coś do domu? Albo dał dzieciom kasę na wycieczkę? Przecież nawet, jak Zuzia miała urodziny, to ty wszystko ogarniałaś. On tylko był.
Westchnęłam. Faktycznie, Marek był coraz mniej obecny. Fizycznie – i finansowo. Tylko ta jego obsesja na punkcie oszczędzania. Jakbyśmy byli o krok od bankructwa, a ja nic o tym nie wiedziałam.
Wieczorem długo krążyłam po mieszkaniu, zanim w końcu usiadłam do komputera. Zalogowałam się na jego konto. Znałam hasło – nigdy go nie zmieniał. Zwykłe rachunki, zakupy, raty. Nic podejrzanego… do czasu. Regularne przelewy – zawsze tego samego dnia miesiąca – do jakiejś firmy. Sprawdziłam nazwę, agencja nieruchomości.
Otworzyłam kolejne transakcje. Czynsz, kaucja. Przelew z tytułem „wynajem – styczeń”. „Luty”. „Marzec”. Poczułam, jak robi mi się gorąco. Marek wynajmował mieszkanie. Co miesiąc, od prawie roku. Tylko... po co? Dla kogo? Nie spałam tej nocy. W głowie już tlił się plan.
Wiedziałam, że to koniec
Czekałam na ten dzień dwa tygodnie. Długo, ale musiałam być pewna, że Marek będzie wracał późno – jak zwykle w czwartki. Mówił, że ma wtedy „spotkanie zarządu, po godzinach”. O siedemnastej wsiadłam do auta i podjechałam pod siedzibę jego firmy. Wiedziałam, że nie mogę działać impulsywnie. Miałam już zapisany adres z przelewów. Chciałam tylko dowodu. Bo nadal była we mnie jakaś idiotyczna iskra nadziei, że to tylko jakiś podnajem, inwestycja, błąd... cokolwiek.
Zobaczyłam go po chwili. Wyszedł z budynku bez teczki, bez stresu. Uśmiechał się do telefonu. Szłam za nim w bezpiecznej odległości. Serce biło jak szalone. Zatrzymał się przed kamienicą na Pradze. Nowa elewacja, klimatyczne klatki schodowe – miejsce bardziej romantyczne niż praktyczne. Nie zadzwonił domofonem, tylko wsunął klucz do zamka.
Spojrzałam przez okno na klatce i wtedy ją zobaczyłam. Otworzyła drzwi. Młoda, szczupła, blondynka w dresie. Śmiała się, a potem go pocałowała. W usta, na progu, jakby był jej facetem. Bo widocznie był. Zamarłam. Cofałam się, patrząc, jak znikają za drzwiami. Jakby mnie nigdy nie było.
Tego wieczoru Marek wrócił do domu jak zwykle – zmęczony, cichy, z torbą z laptopem. Poszedł pod prysznic, zjadł kolację. I wtedy, leżąc już w łóżku, usłyszałam go, jak rozmawia za ścianą.
– Dobranoc, Karolina. Ja też. Już tęsknię.
Wstałam, poszłam do kuchni.
– Kim jest Karolina?
Zamarł. Telefon wypadł mu z ręki. Widziałam w jego oczach przerażenie. I wiedziałam, że to koniec. Nie naszej rozmowy, tylko nas.
Byłam na niego wściekła
– Agnieszka... To nie tak, jak myślisz – Marek usiadł na łóżku, jakby nagle odjęło mu wszystkie siły.
– A jak? – nie podniosłam głosu. Byłam zimna. Lodowata. Bo właśnie wszystko we mnie zamarło. – Może to ja się przesłyszałam? Może nie widziałam, jak ją całujesz przed jej mieszkaniem?
Zbladł, ale nie zaprzeczył.
– Od kiedy?
– Od... prawie roku – odpowiedział po chwili. Bez wstydu, bez skruchy. Jakby mówił o pogodzie.
Zakręciło mi się w głowie. Rok. Dwanaście miesięcy. Dwanaście miesięcy, kiedy liczyliśmy każdy grosz, dzieci chodziły w za małych butach, a ja... ja próbowałam ratować nasze małżeństwo.
– I co? Wynająłeś jej mieszkanie, żeby mieć gdzie się zabawiać, kiedy ja siedzę w domu i „oszczędzam”? – głos mi zadrżał, ale nie z bólu. Ze wściekłości.
– To nie było tylko to... Karolina dała mi coś, czego nie miałem w domu. Spokój, bliskość. Zrozumienie. – Każde jego słowo wżynało się jak nóż.
– Bliskość?! – parsknęłam. – To dlatego oddalałeś się ode mnie? Bo szukałeś bliskości... gdzie indziej?
– Ty ciągle miałaś pretensje. Dom, dzieci, rachunki. Nie zauważałaś mnie już. Czułem się zbędny.
– A ja czułam się jak służąca! Ale nie poszłam z tym do kogoś innego! – wrzasnęłam w końcu, łamiąc się, bo łzy napłynęły do oczu.
Marek milczał. Może pierwszy raz zrozumiał, ile kosztuje prawda, kiedy nie da się jej już cofnąć. Nie krzyczałam dalej. Wybiegłam z mieszkania, zanim coś we mnie pękło do końca.
Nie mogę mu wybaczyć
Drzwi otworzyła Basia. Nie musiałam nic mówić. Wystarczyło, że na mnie spojrzała.
– Wejdź.
Objęła mnie, a ja po prostu się rozpłakałam. Tak, jak nie płakałam nigdy. Ani przy porodach, ani przy pogrzebie mamy, ani gdy Marek wracał coraz później – zawsze twarda, silna, poskładana. A teraz... nie było już czego składać.
– Rok, Basia. Rok! On wynajmował dla niej mieszkanie, a ja dzieciom liczyłam grosze na śniadanie. A jak pytałam, czemu ciągle brakuje, to mówił, że „mamy za dużo wydatków” – mówiłam przez łzy. – Wiesz, że on się nawet nie tłumaczył? Po prostu przyznał. Jakby to było coś zwyczajnego.
Basia podała mi chusteczkę i herbatę, jakby sama nie wiedziała, co bardziej mi pomoże. A prawda była taka, że nic nie mogło.
– On do mnie pisał dzisiaj. Chce rozmawiać – mruknęłam po dłuższej ciszy. – Mówi, że kocha dzieci, że „nie chciał nas skrzywdzić”. Że nie wie, co dalej.
– A ty wiesz? – Basia spojrzała na mnie ostrożnie.
– Nie – odpowiedziałam szczerze. – Nie wiem, czy chcę go wyrzucić. Nie wiem, czy umiałabym z nim być. Ale wiem, że to już nie będzie nigdy to samo.
Wieczorem wróciłam do domu. Marek siedział z dziećmi w salonie. Zuzia wtulona w jego bok, Kuba coś mu pokazywał na tablecie. Przez chwilę chciałam zniknąć albo cofnąć czas. Ale czas nie ma przycisku „cofnij”. Usłyszał mnie.
– Możemy porozmawiać?
Skinęłam głową i poszliśmy do kuchni. Patrzył na mnie jak ktoś, kto dopiero teraz widzi, co naprawdę stracił.
– Nie wiem, czy da się to naprawić – powiedział cicho. – Ale kocham dzieci. I ciebie też... choć zawaliłem.
– To nie tylko zdrada – odparłam. – To było odebranie nam godności. Przez ciebie dzieci wstydziły się chodzić w szkole. Ja... Ja już nie wiem, kim jesteśmy.
Nie odpowiedział. Bo nie było odpowiedzi. Była tylko cisza. I w tym momencie wiedziałam, że nigdy nie będę w stanie wybaczyć mu tego, co zrobić.
Agnieszka, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mój Nowy Rok zaczął się od przymrozku w sercu. Nie zapomnę tego, co w sylwestra zrobił mój mąż”
- „Teściowa ostrzegała, żeby nie prać przed sylwestrem. Nie posłuchałam jej i żałuję, bo nowy rok zaczął się pechowo”
- „Kiedy teściowa złożyła mi życzenia noworoczne, chciało mi się płakać. W 2026 roku jej noga nie postanie w moim domu”

