Reklama

Od rana krzątam się między komputerem, pralką a kuchenką, przerywając pracę, by pomóc Poli znaleźć misia, a Stasiowi zawiązać buty. Wieczorem padam na kanapę z nadzieją, że choć przez dziesięć minut nikt mnie o nic nie poprosi.

Chciałam odpocząć

Marzyłam, że w te ferie chociaż chwilę odpocznę, że wyjedziemy gdzieś sami, tylko nasza czwórka. Będzie śnieg, sanki, może spokojne wieczory przy planszówkach. Dzień po Nowym Roku, kiedy zmywałam po kolacji, mój mąż Piotrek przyszedł z „rozwiązaniem idealnym”.

– Znalazłem pensjonat w Zakopanem – rzucił niby mimochodem. – Ładne miejsce, niedaleko wyciągu. Spodoba ci się.

– Brzmi dobrze – przyznałam

– Dzieci mówiły, że chciałyby pojechać z babcią. To niezły pomysł, mama przypilnuje dzieciaków, a my będziemy mieli trochę czasu dla siebie – powiedział.

– Czyli co? Jedziemy z twoją mamą? – upewniłam się.

– No… tak by było najlepiej. Wiesz, dzieci się ucieszą, a mama już dawno nigdzie nie była.

Nie miałam nic do gadania. Wyjechaliśmy parę dni później o szóstej rano. Plan był taki, żeby dzieci jeszcze dospały w aucie, a my dotrzemy do Zakopanego przed południem. W teorii. W praktyce Pola zaczęła jęczeć już na wjeździe na obwodnicę, a Staś obudził się po kwadransie i spytał, czy już jesteśmy.

Byłam cierpliwa

Padał śnieg, droga ślimaczyła się przez remonty, a korek pod Nowym Targiem wyglądał jak scenografia z filmu katastroficznego. Teściowa siedziała na siedzeniu pasażera i co jakiś czas komentowała sytuację.

– Kiedyś to człowiek jechał PKS-em i w trzy godziny był na miejscu. Żadnych korków, żadnych nawigacji.

Próbowałam się nie odzywać. Liczyłam do dziesięciu, potem do pięćdziesięciu, ale z każdą minutą traciłam cierpliwość. Dzieci wierciły się z tyłu, Staś kopnął Polę, a ona zaczęła płakać. Piotrek ściszył radio, ale nie odezwał się ani słowem.

– Piotrek, zatrzymaj się gdzieś – powiedziałam w końcu. – Dzieci muszą iść do toalety. I ja też.

– Zaraz znajdę stację – burknął, nerwowo patrząc na mapę.

– Kiedyś to wystarczyło się zatrzymać przy drzewie i nie było problemu – westchnęła teściowa. – Teraz to się robi z wszystkiego aferę.

Wszystko komentowała

Odwróciłam się do dzieci i zaczęłam je ubierać. W tym czasie Piotrek próbował zjechać w jakąś boczną drogę i prawie wpadł w zaspę. Zaparowało szyby, samochód się zakopał, a teściowa jęknęła teatralnie.

– Tylko żebyśmy nie utknęli tu na dobre, bo jeszcze będą nas wyciągać helikopterem.

– Może chcesz prowadzić? – syknęłam w jej stronę, ale cicho, bardziej do siebie.

Piotrek wysiadł, obejrzał ślady kół, wrócił i bez słowa ruszył. Nic się nie odezwałam. Wiedziałam, że jesteśmy na granicy wybuchu. Godzinę później udało nam się zatrzymać na stacji benzynowej. Gdy weszliśmy do środka, teściowa usiadła na plastikowym krześle i stwierdziła:

– Kiedyś to człowiek miał w termosie herbatę, bułkę z serem i nikt nie narzekał, a teraz wszyscy wybredni.

Uśmiechnęłam się sztucznie. Oparłam się o ladę i poprosiłam o dwie kawy. Jedna była dla mnie.

Miałam jej dosyć

Drugą trzymałam dla męża, nie wiedząc, czy nią nie rzucę w teściową. Na miejscu byliśmy przed siedemnastą. Padał śnieg. Pensjonat wyglądał… nieco inaczej niż na zdjęciach. Fasada obdrapana, a w środku zimno jak w lodówce.

– No cóż, przynajmniej jest górski klimat – rzucił Piotrek, jakby to miało mnie pocieszyć.

Pokój był ciasny, z dwoma wąskimi łóżkami, na których mieliśmy spać we czwórkę. Teściowa miała własny pokój obok i natychmiast zauważyła, że kaloryfery są letnie.

– Kiedyś to człowiek spał w kożuchu i nie narzekał – skwitowała, rozpakowując swoją torbę.

W nocy nie spałam prawie wcale. Pola kręciła się i marudziła, Staś zrzucał kołdrę, z pokoju obok niosło się donośne chrapanie. O czwartej nad ranem wyszłam na korytarz, żeby nie oszaleć. Wróciłam do łóżka zmarznięta, bo na korytarzu wiało przez drzwi balkonowe. Rano zeszliśmy na śniadanie. Dwa plasterki sera, jajko na twardo i chleb, który ledwo dało się gryźć. Kiedy spojrzałam na rachunek – czterdzieści osiem złotych od osoby – zaniemówiłam.

– Kiedyś to za pięć złotych człowiek miał obiad jak trzeba – skomentowała teściowa.

– To czemu nie pojechałaś w te swoje cudowne czasy, skoro tam było tak świetnie? – wyrwało mi się ostro.

Byłam wściekła

Zapadła cisza. Piotrek spojrzał na mnie zaskoczony, teściowa uniosła brwi.

– Nie wiedziałam, że aż tak ci się nie podoba moje towarzystwo – powiedziała chłodno.

– Ja tylko mówię, że nie wszystko było lepsze kiedyś – dodałam, próbując nie krzyczeć.

Trzeciego dnia pogoda się pogorszyła. Zaczął wiać i wiatr, który wciskał się za kołnierz. Zamiast kuligu, na który dzieci liczyły od tygodni, wylądowaliśmy na Krupówkach, gdzie stało się w kolejce po oscypki i gorącą czekoladę. Dzieci marudziły od pierwszej minuty.

– Mamo, boli mnie nos – poskarżyła się Pola.

– Chcę do domu – rzucił Staś, który znów zgubił rękawiczkę i teraz chował rękę w kieszeni kurtki.

Teściowa, niewzruszona, pchała się do straganu z pamiątkami.

– O, patrzcie, jaki piękny magnes. Taki sam mieliśmy z Januszem w ’87.

Zacisnęłam zęby i starałam się oddychać spokojnie. Później poszliśmy do karczmy. Dzieci marudziły przy barszczu, teściowa wyjęła własne kanapki, a Piotrek zniknął gdzieś przy barze.

Załamałam się

Poszłam do toalety i tam, między papierem toaletowym a cieknącym kranem, po prostu się rozkleiłam. Stałam oparta o zimne kafelki i płakałam po cichu, żeby nikt nie usłyszał. Po chwili drzwi się uchyliły. To był Piotrek.

– Zosiu… co się dzieje?

– Ty się pytasz, co się dzieje? – spojrzałam na niego. – Ty masz swoją mamusię, a ja mam dość.

Pochylił się, objął mnie lekko.

– Wiem, że jest ciężko.

– Naprawdę? Bo jakoś nic z tym nie robisz – wyrwałam się.

Milczał. Próbował mnie objąć znowu, ale odsunęłam się.

– Ja tu przyjechałam przetrwać, nie wypocząć.

Gdy wróciliśmy do stolika, teściowa rzuciła w stronę dzieci:

– Coś dziś mama nie w humorze, co?

Staś spojrzał na mnie niepewnie. Uśmiechnęłam się krzywo.

– Mama trochę zmęczona – powiedziałam i znów zamilkłam.

Postawiłam warunek

Kolejne dni ciągnęły się jak guma do żucia. Wciąż padał śnieg, dzieci miały katar i ciągle się kłóciły. Teściowa przestała się odzywać. Piotrek udawał, że dobrze się bawi, a ja przestałam liczyć, który to dzień wyjazdu. Budziłam się i zasypiałam w tym samym stanie – bez siły, bez słów, bez złudzeń. Pewnego popołudnia uciekłam na chwilę z pensjonatu i usiadłam w małej kawiarni. Cicho, ciepło. Zamówiłam herbatę z miodem i przymknęłam oczy. Pomyślałam, że przyjechałam to z nadzieją, że będzie normalnie, że odpocznę. Co za naiwność.

Wieczorem, gdy dzieci już spały, usiadłam z Piotrkiem na korytarzu, owinięta w polarowy koc. Przez chwilę było cicho, tylko z pokoju obok dobiegało chrapanie teściowej.

– Nigdy więcej ferii z twoją matką – powiedziałam spokojnie.

Nie odpowiedział. W jego milczeniu było coś między rezygnacją a zgodą.

Zofia, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama