Reklama

Zima tamtego roku była cicha i ciężka. Dni skracały się tak bardzo, że czasem miałam wrażenie, iż zmrok zapadał jeszcze zanim zdążyłam naprawdę się obudzić. Siedziałam w naszym mieszkaniu kupionym na kredyt i słuchałam odgłosów z klatki schodowej, jakby każdy krok mógł należeć do Olka. Tłumaczyłam sobie jego nieobecność, choć serce coraz częściej milczało, zamiast wierzyć.

Nudziłam się sama w mieszkaniu

Zimą czas płynął inaczej. Wolniej, ciężej, jakby każdy dzień musiał się przeciskać przez warstwę szarego światła i lodowatego powietrza. Wracałam z pracy, zdejmowałam buty w przedpokoju i przez chwilę stałam nieruchomo, nasłuchując. Cisza była pierwszą rzeczą, która mnie witała. Potem tykanie zegara w kuchni i jednostajny szum kaloryfera.

Olek od stycznia pracował w nowym miejscu. Tak mówił. Nowe obowiązki, odpowiedzialność, nadgodziny. „Kredyt sam się nie spłaci”, powtarzał, a ja kiwałam głową, jakbym była uczennicą rozumiejącą trudną, życiową lekcję. Chciałam być rozsądna. Chciałam być wspierającą żoną, która nie zadaje zbędnych pytań.

Wieczorami robiłam herbatę w dwóch kubkach z przyzwyczajenia. Jeden zawsze stygł.

Nie czekaj na mnie z kolacją – rzucił kiedyś rano, zapinając kurtkę. – Mogę być późno.

– Jasne – odpowiedziałam za szybko. – Pracuj spokojnie.

Zamknęły się drzwi, a ja przez chwilę patrzyłam na ich powierzchnię, jakby mogła mi coś jeszcze dopowiedzieć. Coraz częściej nasze rozmowy były krótkie, techniczne. Kto zapłaci rachunek, kto wyniesie śmieci, jakie wstawić pranie. O nas samych nie mówiliśmy prawie wcale.

Popołudnia spędzałam na kanapie z telefonem w dłoni, przewijając stare wiadomości. Za oknem zapalały się światła w innych mieszkaniach. Myślałam o ludziach, którzy wracali do siebie nawzajem, zdejmowali płaszcze, rozmawiali. U nas było czysto i cicho, jak w pokoju hotelowym. Kiedy Olek wracał, zwykle byłam już zmęczona czekaniem.

Wszystko w porządku? – pytał, odkładając klucze.

– Tak. A u ciebie?

– Normalnie. Dużo roboty.

Uśmiechał się lekko, ale jakby obok mnie. Kładł się spać niemal od razu. Potem leżeliśmy obok siebie, a ja liczyłam jego oddechy, próbując nie myśleć o tym, jak daleko jest ktoś, kto leży tak blisko. Tłumaczyłam sobie tę pustkę. Zima. Stres. Kredyt. Praca. Wszystko miało swoje logiczne miejsce. Tylko ja coraz częściej czułam się w tym mieszkaniu jak gość, który nie wie, kiedy powinien wyjść.

Zignorowałam ten SMS

Pierwsza wiadomość przyszła w zwyczajny wtorek. Pamiętam to dokładnie, bo akurat stałam przy kuchennym blacie, krojąc jabłko na drobne kawałki. Telefon zawibrował krótko, niemal niechętnie. Spojrzałam na ekran bez pośpiechu, pewna, że to Olek albo Lena, moja przyjaciółka. Nie było to żadne z nich. Numer był obcy. Pisał, że mąż mnie zdradza.

Przeczytałam treść raz, potem drugi, jakby za pierwszym razem moje oczy musiały się pomylić. Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy, a po chwili wraca z nagłym, gorącym uderzeniem. Parę sekund później zaśmiałam się głośno, nerwowo, zupełnie niepodobnie do siebie.

Co za głupota – mruknęłam do pustej kuchni.

Usiadłam przy stole, odłożyłam telefon ekranem do dołu, jakby mógł mnie jeszcze czymś urazić. W głowie od razu zaczęły pojawiać się obrazy, które miały mnie uspokoić. Olek śpiący z książką na brzuchu. Olek, który zapomniał o naszej rocznicy, bo zawsze zapominał o datach. Olek, który nie znosił plotek i mówił, że ludzie za dużo dopowiadają sobie rzeczy, których nie ma.

Podniosłam telefon i skasowałam wiadomość. Bez archiwizowania, bez zastanowienia. Jedno przesunięcie palcem i po wszystkim. Tak mi się przynajmniej wydawało. Przez resztę wieczoru chodziłam po mieszkaniu, porządkując rzeczy, które nie wymagały porządków. Przestawiałam poduszki, wycierałam już czyste blaty. Co jakiś czas zerkałam na telefon, jakbym oczekiwała, że sam z siebie zacznie się tłumaczyć.

Kiedy Olek wrócił, byłam aż za spokojna.

Ciężki dzień? – zapytałam, nalewając mu herbaty.

– Jak zwykle – odpowiedział i nawet na mnie nie spojrzał.

Uważnie obserwowałam każdy jego ruch. Zdejmowanie kurtki. Odkładanie telefonu. Nic się nie wyróżniało. Wszystko było dokładnie takie jak zawsze. To mnie uspokoiło i jednocześnie zawstydziło. W nocy leżałam z otwartymi oczami. Powtarzałam sobie w myślach, że to musiała być pomyłka, złośliwy żart albo czyjaś nuda. W końcu obcy numer nie zna prawdy. Prawda była u mnie, w tym łóżku, w tym mieszkaniu. Najgorsze było to, że zanim zasnęłam, złapałam się na myśli, że jeśli jutro nie przyjdzie żadna kolejna wiadomość, odetchnę z ulgą. A jeśli przyjdzie… przynajmniej będę wiedziała, że to nie był przypadek.

Sytuacja się powtórzyła

Następna wiadomość przyszła trzy dni później. Tym razem nie kroiłam jabłek ani nie śmiałam się nerwowo. Siedziałam na kanapie z kocem na kolanach i niemal od razu poczułam znajome ukłucie w żołądku, zanim jeszcze odblokowałam ekran. Ten sam obcy numer. Jakby czekał, aż zapomnę.

Czytałam wolniej. Uważniej. Pojawiły się szczegóły, które trudno było zignorować. Godziny, które zgadzały się z jego późnymi powrotami. Dni tygodnia, w które rzeczywiście bywał nieobecny. To nie były wielkie oskarżenia, raczej drobne sugestie, podsunięte tak, bym sama dopowiedziała resztę.

Odłożyłam telefon i długo patrzyłam w jeden punkt na ścianie. Serce biło mi szybciej, ale głowa wciąż próbowała mnie ratować. Przecież ktoś mógł zgadywać. Przecież Olek nie był jedynym człowiekiem pracującym do późna. Przecież szczegóły bywają przypadkowe. A jednak nie skasowałam tej wiadomości.

Zaczęłam zauważać rzeczy, które wcześniej nie miały dla mnie znaczenia. To, że Olek częściej wychodził z telefonem do łazienki. To, że odpowiadał półsłówkami. To, że czasem uśmiechał się do ekranu, a gdy pytałam dlaczego, mówił tylko:

To tylko żarty z pracy.

Z Leną spotkałam się w małej kawiarni niedaleko biura. Było ciepło, duszno, szyby zaparowane. Przez dłuższą chwilę mówiłyśmy o wszystkim innym, jakby temat sam miał się zmęczyć czekaniem. Potem jej opowiedziałam.

Gdybyś dostała taką wiadomość… – zaczęłam w końcu, obracając filiżankę w dłoniach – to co byś zrobiła?

Przyjaciółka spojrzała na mnie uważnie.

Zapytałabym wprost – odpowiedziała. – A ty co zrobisz?

Wzruszyłam ramionami.

– Nie wiem, czy chcę znać odpowiedź.

Nie powiedziałam jej wszystkiego. Zostawiłam część szczegółów dla siebie, jakby dzięki temu miały mniejszą moc. W drodze do domu sprawdzałam telefon co kilka minut. Każde powiadomienie przyspieszało mi oddech.

Wieczorami wracałam do zapisanych wiadomości. Porównywałam je z kalendarzem, z datami przelewów, z jego nieobecnościami. Wstydziłam się tego, że to robię, i jednocześnie czułam ulgę, że mam czym się zająć. Obsesja była lepsza niż bezradność.

Najbardziej bolało mnie poczucie winy. Że w ogóle dopuszczam taką myśl. Jakbym to ja go zdradzała w głowie, zanim on zdążył zdradzić mnie. Tylko że z każdym kolejnym SMS-em coraz trudniej było mi oddzielić rozsądek od intuicji. A intuicja, raz obudzona, nie chciała już zasnąć.

Bałam się prawdy

W pewnym momencie przestałam pytać Olka o cokolwiek, co nie było konieczne. Nie dlatego, że nie chciałam odpowiedzi, ale dlatego, że bałam się tonu, w jakim mógłby je wypowiedzieć. Każde jego słowo mogło coś potwierdzić albo coś zniszczyć, a ja nie byłam gotowa ani na jedno, ani na drugie.

Zamiast rozmów zaczęłam obserwować. Nauczyłam się jego rytmu, jakby był obcym lokatorem, a nie mężem. Wiedziałam, o której wychodzi, kiedy wraca, w które dni jest bardziej zmęczony. Zauważałam drobiazgi, które wcześniej umykały. Paragon w kieszeni kurtki. Zmienione hasło do telefonu. Krótkie spojrzenia w bok, gdy odbierał połączenie.

Rano siedzieliśmy przy stole naprzeciwko siebie.

Dziś znowu późno wrócę – powiedział, smarując kanapkę.

– Wiem – odpowiedziałam i sama zdziwiłam się, że to prawda.

Zaufanie cicho gasło, bez jednej wyraźnej chwili. Rozsypywało się powoli. Wciąż robiliśmy to, co zawsze. Wspólne poranki, szybkie kolacje, pytania o zakupy. Tylko że to wszystko było jak dekoracja. Zaczęłam przeglądać nasze wspólne sprawy. Konto, raty, harmonogramy. Wizyta u doradcy kredytowego wróciła do mnie nagle, zupełnie nieproszona. Siedział wtedy naprzeciwko nas, mówił o liczbach i stabilności, a Olek przytakiwał z tym swoim spokojem, który kiedyś mnie uspokajał. Teraz liczby stały się dla mnie kolejnym dowodem na to, że coś się wymyka. Że żyjemy obok siebie, połączeni tylko umową i nazwiskiem.

Te SMS-y przychodziły regularnie. Zaczęłam na nie czekać, choć nienawidziłam siebie za to. Gdy telefon milczał zbyt długo, czułam niepokój. Gdy w końcu się odzywał, serce biło mi szybciej, a ręce lekko drżały. Czytałam i analizowałam każde słowo, każdy przecinek.

Nie konfrontowałam się z Olkiem. Bałam się, że jeśli zapytam wprost, usłyszę coś, czego nie będę w stanie unieść. Albo przeciwnie – że zaprzeczy tak przekonująco, iż stracę ostatni punkt odniesienia. Byłam sama w tym śledztwie. Lena dzwoniła, pytała, czy wszystko w porządku. Odpowiadałam, że tak. To było łatwiejsze. Najtrudniejsze było to, co powtarzałam samej sobie: że jeszcze nad tym panuję.

To było o wiele gorsze niż zdrada

Stało się to przypadkiem, w jeden z tych wieczorów, kiedy nie szuka się już niczego konkretnego, tylko potwierdzenia własnego zmęczenia. Olek zostawił odblokowany telefon na stole w salonie. Pierwszy raz od dawna. Ekran zaświecił się na moment, krótkie powiadomienie, które zniknęło, zanim zdążyłam przeczytać treść. Zobaczyłam tylko fragment numeru. Zbyt znajomy, bym mogła go zignorować.

Usiadłam powoli, jakby gwałtowny ruch mógł coś spłoszyć. Wzięłam telefon do ręki i poczułam, jak robi mi się gorąco. Nie chciałam tego robić. Każda rozsądna myśl krzyczała, żebym odłożyła go na miejsce. A jednak palce same zaczęły się poruszać. W historii wiadomości zobaczyłam coś, czego nie powinnam była zobaczyć. Wysłane. Okno rozmowy, ten sam obcy numer. Jego nowy numer. Moje gardło ścisnęło się tak mocno, że przez chwilę nie mogłam złapać oddechu.

– To niemożliwe – powiedziałam szeptem do samej siebie.

Sprawdziłam raz jeszcze. Potem jeszcze raz. Data, godzina. Wszystko zaczęło się składać w jeden obraz, którego nie chciałam oglądać. Zrobiło mi się słabo, musiałam oprzeć się o oparcie krzesła. Kiedy Olek wszedł do salonu, trzymałam już telefon w obu dłoniach.

– Możesz mi wytłumaczyć, co to jest? – zapytałam, a mój głos zabrzmiał obco, jakby należał do kogoś innego.

Zatrzymał się. Spojrzał na mnie, potem na ekran. Przez krótką chwilę widziałam w jego oczach coś, czego wcześniej nie znałam. Ulgę zmieszaną ze strachem.

Kamila, posłuchaj… – zaczął, ale uciszyłam go ruchem ręki.

– Nie. Teraz ty posłuchaj.

W jednej sekundzie wróciły do mnie wszystkie zimowe wieczory, cała ta cisza, każda wiadomość czytana po kryjomu. Zrozumiałam, że nie chodziło o zdradę, o inną osobę. Chodziło o mnie. O to, żebym przestała wierzyć, żebym sama odeszła.

Poczułam złość, ale jeszcze silniejsze było upokorzenie. Mój strach, moja samotność, moje wątpliwości były dla niego narzędziem. Czymś wygodnym, bo nie wymagało odwagi ani szczerości. Stałam w naszym salonie i wiedziałam, że nawet jeśli fizycznie nic się nie wydarzyło, to coś we mnie zostało złamane na zawsze. Nie da się tego już złożyć z powrotem.

Wciąż trudno mi go zrozumieć

Zakończenie przyszło szybciej, niż się spodziewałam, ale wolniej, niż bym chciała. Olek próbował coś mówić. Tłumaczyć się słowami, które brzmiały jak źle dobrane elementy układanki.

Ja nie umiałem inaczej… – powiedział cicho, siadając na brzegu fotela. – Bałem się, że jeśli powiem wprost, znienawidzisz mnie. Myślałem, że jak sama dojdziesz do wniosku, że to koniec…

Nie krzyczałam. To go chyba zaskoczyło najbardziej. Siedziałam naprzeciwko niego i czułam w sobie pustkę, jakiej wcześniej nie znałam. Nie było tam miejsca ani na histerię, ani na ulgę. Tylko świadomość, że ktoś, komu ufałam, zaplanował moją samotność krok po kroku.

– Wiesz, co jest najgorsze? – zapytałam po chwili. – Że uwierzyłam obcym wiadomościom, bo łatwiej było, niż uwierzyć tobie. Ty już dawno przestałeś być kimś, komu można wierzyć.

Nie odpowiedział. Patrzył w podłogę, jakby tam miała znajdować się jakaś podpowiedź. Zrozumiałam, że nasz problem nie zaczął się od SMS-ów. One tylko obnażyły coś, co gniło od dawna – brak odwagi do rozmowy, do przyznania się do własnych uczuć, do odejścia w uczciwy sposób.

Przez kolejne dni mieszkaliśmy obok siebie jak dwie obce osoby. Bez kłótni, bez dramatycznych scen. Pakował swoje rzeczy powoli, ostrożnie, jakby bał się zrobić hałas. Ja porządkowałam myśli, siedząc wieczorami w tym samym miejscu na kanapie, gdzie kiedyś czekałam na jego powroty.

Nie poczułam ulgi, gdy wyszedł. Raczej coś w rodzaju ciężkiego spokoju. Wiedziałam, że to nie koniec formalny, że przed nami decyzje, rozmowy, być może rozwód. Nie wrócę już do tamtej osoby, która tłumaczyła ciszę rozsądkiem i myliła lojalność z rezygnacją z siebie.

Zostałam sama. Nie tylko w mieszkaniu, ale też w prawdzie, która bolała bardziej niż domysły. Wstydziłam się swojej naiwności, ale wiedziałam, że to pierwszy krok do odzyskania kontroli. Nie nad małżeństwem. Nad własnym życiem.

Kamila, 33 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama