Reklama

To miała być zwykła środa, szara i deszczowa, idealnie pasująca do mojego nowego życia, które mozolnie układałem z rozsypanych kawałków. Nie spodziewałem się żadnych emocji, a już na pewno nie trzęsienia ziemi wywołanego kawałkiem papieru. Kiedy zobaczyłem tę kopertę wciśniętą w szparę drzwi, serce podeszło mi do gardła. Wiedziałem, kto to napisał, zanim jeszcze zobaczyłem charakterystyczne, pochyłe pismo. To był test. Najtrudniejszy egzamin z asertywności, jaki przyszło mi zdawać. Stałem w przedpokoju, ściskając w dłoni walentynkowy list od kobiety, która przez lata była moją największą miłością i najgorszym koszmarem, i po raz pierwszy w życiu czułem, że cisza może być głośniejsza niż krzyk.

Odłożyłem list na komodę

Mieszkanie pachniało świeżo mieloną kawą i werniksem. To był zapach mojej nowej rzeczywistości, do której wciąż nie mogłem przywyknąć. Przez ostatnie dziesięć lat mój dom pachniał drogimi perfumami Marii, przypalonymi tostami, a czasem duszną atmosferą awantury, która wisiała w powietrzu przez wiele dni. Teraz, trzy miesiące po sfinalizowaniu rozwodu, uczyłem się oddychać innym powietrzem.

Stojąc w przedpokoju z tą nieszczęsną różową kopertą w dłoni, czułem, jak wracają demony. Nie było na niej znaczka. To oznaczało, że Maria była tutaj osobiście. Może stała pod moimi drzwiami godzinę temu? Może nasłuchiwała, czy jestem w środku? Ta myśl sprawiła, że włoski na karku stanęły mi dęba. Przez lata interpretowałbym to jako romantyczny gest — dowód na to, jak bardzo jej zależy. Dziś widziałem w tym naruszenie moich granic, tych wątłych murów obronnych, które wznosiłem z pomocą terapeuty i siostry.

Odłożyłem list na komodę, jakby parzył w dłonie. Nie otworzyłem go od razu. Zamiast tego poszedłem do kuchni. Musiałem zająć czymś ręce. Włączyłem ekspres, patrząc, jak ciemny płyn kapie do filiżanki. Moje dłonie drżały. To było żałosne, pomyślałem. Mam czterdzieści dwa lata, prowadzę własną pracownię renowacji mebli, potrafię naprawić dębowy stół z XIX wieku, a trzęsę się na widok jednej koperty bez adresu zwrotnego.

Zadzwonił telefon. Podskoczyłem, wylewając odrobinę kawy na blat. To była Agata, moja siostra.

— Cześć, braciszku. — Jej głos był nienaturalnie radosny. — Jak się trzymasz? Pamiętasz, jaki dziś dzień?

— Środa — odpowiedziałem sucho, wycierając blat ścierką.

— I czternasty lutego — dodała znacząco. — Dzwonię profilaktycznie. Wiem, że to pierwsze walentynki od... no wiesz. Od czasu, gdy jesteś wolnym człowiekiem.

— Jest w porządku, Agata. Naprawdę. Mam dużo pracy w warsztacie. Ten fotel uszak dla pani Ewy musi być gotowy na jutro.

— To dobrze. Praca jest dobra. Tylko... — Zawiesiła głos. — Gdyby ona próbowała się kontaktować, pamiętaj o zasadzie trzech dni. Nie reaguj impulsywnie.

— Nie próbowała — skłamałem. Nie chciałem, żeby Agata się martwiła. Przeszła ze mną przez piekło mojego małżeństwa, zbierając mnie z podłogi po każdym rozstaniu i powrocie. Nie miałem serca mówić jej, że ona nie tylko próbowała, ale fizycznie była pod moimi drzwiami.

Odetchnąłem z ulgą

Zszedłem do piwnicy, którą zaadaptowałem na pracownię. To było moje sanktuarium. Tutaj czas płynął inaczej. Wśród zapachu trocin, politury i kleju kostnego czułem się bezpiecznie. Na środku stał fotel pani Ewy — piękny mebel z lat sześćdziesiątych, ale potwornie zaniedbany. Poprzedni właściciel próbował go naprawiać domowymi sposobami, wbijając gwoździe tam, gdzie powinno być delikatne czopowanie.

Gładząc dłonią drewniany podłokietnik, myślałem o Marii. Nasz związek przypominał ten mebel. Z zewnątrz, dla postronnych obserwatorów, byliśmy parą idealną. Maria — piękna, charyzmatyczna, dusza towarzystwa. Ja — spokojny rzemieślnik, jej stabilna przystań. Ale pod tapicerką uśmiechów wszystko gniło. Maria działała w cyklach. Najpierw była euforia, wielka miłość, plany podboju świata. Potem przychodził drobiazg — moje spóźnienie o pięć minut, złe spojrzenie, zapomniane zakupy, i wybuchała bomba. Dni milczenia, lodowate spojrzenia, albo wręcz przeciwnie — awantury, podczas których latały talerze. A na koniec wielkie przeprosiny. Listy, prezenty, obietnice poprawy.

Ten list na górze był właśnie tym — fazą wielkiego powrotu. Zacząłem szlifować nogę fotela. Drewno odsłaniało swoją prawdziwą strukturę pod warstwą starego, popękanego lakieru. Pani Ewa, moja klientka, była przeciwieństwem Marii. Kiedy przyniosła ten fotel, powiedziała po prostu: Proszę zrobić to tak, żeby zachować jego duszę, ale żeby dało się na nim siedzieć bez strachu, że się zawali. Była konkretna, spokojna. Kiedy tydzień temu omawialiśmy dobór tkaniny, złapałem się na tym, że obserwuję jej dłonie. Nie gestykulowała gwałtownie. Był w niej jakiś kojący spokój.

— Panie Wiktorze? — usłyszałem głos z góry. Drzwi do klatki były otwarte, bo wietrzyłem opary lakieru.

Serce znów zabiło mi mocniej. Czy to Maria wróciła? Wychyliłem się z piwnicy. Na schodach stała Ewa. W rękach trzymała papierową torebkę.

— Dzień dobry. — Uśmiechnęła się nieśmiało. — Przepraszam, że tak bez zapowiedzi. Przechodziłam obok piekarni i pomyślałam, że przyda się panu pączek do kawy. Wiem, że to walentynki, ale pączki są dobre na każdą okazję, prawda?

Odetchnąłem z ulgą tak wielką, że aż zakręciło mi się w głowie.

— Pączki są zawsze mile widziane — powiedziałem, wycierając ręce w roboczy fartuch. — Zapraszam. Właśnie pracuję nad pani fotelem.

Ona mi wybacza?

Ewa została tylko na chwilę. Zjadła pączka na stojąco, zachwyciła się postępem prac nad fotelem i wyszła, zostawiając po sobie zapach wanilii i normalności. Ta krótka wizyta była jak haust tlenu. Kiedy drzwi się za nią zamknęły, znów zostałem sam z listem leżącym na komodzie. Wiedziałem, że muszę go otworzyć. Niepewność była gorsza niż najgorsza prawda. Wziąłem kopertę i usiadłem w salonie. Słońce przedzierało się przez chmury, oświetlając kurz wirujący w powietrzu. Rozerwałem papier.

W środku była kartka wyrwana z notesu. Maria nigdy nie dbała o formę — liczyła się treść. Jej pismo było rozedrgane, pełne pętli i zawijasów. „Mój Wiktorze” — zaczęła. Już to „mój” sprawiło, że zacisnąłem zęby. Nadal uważała mnie za swoją własność.

„Wiem, że myślisz, iż to koniec. Sędzia stuknął młotkiem, papiery podpisane. Ale czy papier może przekreślić dziesięć lat? Dziś walentynki. Pamiętasz nasz wyjazd w Bieszczady? Kiedy zgubiliśmy się na szlaku i musieliśmy nocować w tym starym szałasie? Powiedziałeś wtedy, że dopóki jesteśmy razem, nic nam nie grozi. Brakuje mi Ciebie. Brakuje mi Twojego spokoju, nawet jeśli czasem mnie denerwował. Wiem, że popełniłam błędy. Byłam okropna. Ale Ty też nie byłeś święty, Wiktorze. Odszedłeś, gdy najbardziej Cię potrzebowałam. Ale wybaczam Ci. Czekam dziś wieczorem w naszej ulubionej restauracji o 20:00. Jeśli przyjdziesz, zaczniemy od nowa. Bez prawników, bez rodziny, tylko my. Kocham Cię. Twoja M”.

Odłożyłem list na stół. Przez chwilę w mojej głowie trwała bitwa. Mózg podsuwał mi obrazy z Bieszczad. Rzeczywiście, to był magiczny czas. Pamięć jest zdradliwa — wymazuje to, co złe, a poleruje to, co dobre. Przez ułamek sekundy poczułem to znajome ciepło w brzuchu, tę nadzieję, że może tym razem ona naprawdę zrozumiała. Że może się zmieniła. „Wybaczam Ci” — to zdanie zadziałało jednak jak kubeł zimnej wody. Ona mi wybacza? To, że uciekłem, by ratować swoje zdrowie psychiczne? To, że nie pozwoliłem się dłużej niszczyć jej zazdrością i zaborczością?

Manipulacja była mistrzowska. W jednym akapicie przyznała się do błędu, by natychmiast zrzucić winę na mnie i ustawić się w pozycji osoby wielkodusznej. Wstałem i podszedłem do okna. Na ulicy ludzie spieszyli się z kwiatami i balonami w kształcie serc. Świat celebrował miłość. A ja patrzyłem na list, który był zaproszeniem do piekła.

Czułem fizyczny ból

Sięgnąłem po telefon. Kciuk zawisł nad jej imieniem w kontaktach. Nie usunąłem go. Zmieniłem tylko nazwę z „Myszka” na „Maria”. Wystarczyłoby jedno zdanie: „Nie przyjdę”. Albo: „Daj mi spokój”. Albo nawet: „Dziękuję za list”. Każda z tych odpowiedzi byłaby dla niej pożywką. Każda reakcja byłaby paliwem. Maria żywiła się emocjami — obojętnie jakimi. Miłością, nienawiścią, złością. Tylko obojętność była dla niej niezrozumiała.

Przypomniałem sobie ostatnią wigilię. Maria wpadła w szał, bo kupiłem, jej zdaniem, niewłaściwy prezent dla jej matki. Krzyczała tak głośno, że sąsiedzi walili w rury. Potem płakała w łazience, grożąc, że sobie coś zrobi. Spędziłem święta pod drzwiami łazienki, błagając, żeby wyszła. Następnego dnia zachowywała się, jakby nic się nie stało, a ja czułem się jak wyżęta szmata.

Spojrzałem na zegar. Była siedemnasta. Do spotkania zostały trzy godziny. Czułem fizyczny ból. To było jak odstawienie narkotyku. Mój organizm był przyzwyczajony do kortyzolu i adrenaliny, które dostarczała mi Maria. Spokój wydawał mi się nudny, pusty. Kusiło mnie, żeby tam pójść. Tylko zobaczyć. Sprawdzić, czy ma nową fryzurę. Zobaczyć ten błysk w jej oku, gdy zauważy, że przyszedłem.

Wtedy mój wzrok padł na mały, drewniany klocek leżący na parapecie. To był fragment nogi od fotela pani Ewy, który musiałem wymienić. Drewno było spróchniałe w środku, choć z zewnątrz wyglądało na solidne.

— Nie da się budować na zgniliźnie — powiedziałem na głos do pustego pokoju.

Zrozumiałem, że jeśli tam pójdę albo chociaż odpiszę, zresetuję licznik. Wrócę do punktu wyjścia. Zmarnuję te miesiące terapii, te wszystkie wieczory, kiedy uczyłem się zasypiać bez lęku, że obudzi mnie awantura.

Wybrałem siebie

Wziąłem list. Nie podarłem go. Nie spaliłem w kominku w jakimś dramatycznym geście rodem z taniego romansu. To by oznaczało, że ten list ma nade mną władzę, że wywołuje we mnie gwałtowne emocje. Podszedłem do szafki w przedpokoju, gdzie trzymałem dokumenty — gwarancje na sprzęt, instrukcje obsługi, stare rachunki. Wsunąłem list Marii między instrukcję obsługi pralki a gwarancję na odkurzacz. To było jego miejsce. Wśród rzeczy martwych, technicznych, mało istotnych. Nie w sercu, nie w głowie, ale w szafce z papierami.

Nie odpisałem. Nie zadzwoniłem. Ubrałem się i wyszedłem z domu. Nie w stronę restauracji, ale w przeciwnym kierunku. Poszedłem do parku. Było zimno, deszcz siąpił, ale powietrze było rześkie. Mijałem pary trzymające się za ręce. Zamiast zazdrości, czułem ulgę. Nikt na mnie nie krzyczał, nikt nie wymagał ode mnie czytania w myślach, nikt nie analizował każdego mojego kroku. W kieszeni wibrował telefon. Raz, drugi, trzeci. Wiedziałem, że to ona. Godzina dwudziesta zbliżała się nieuchronnie. Wyjąłem telefon i bez patrzenia na ekran, wyciszyłem go.
Po chwili wibracje ustały.

Usiadłem na mokrej ławce. Byłem sam. I po raz pierwszy od bardzo dawna, samotność nie wydawała mi się przerażająca. Wydawała się... czysta. Wróciłem do domu po dwudziestej pierwszej. Telefon milczał. Maria musiała zrozumieć. A jeśli nie zrozumiała dziś, zrozumie jutro. Albo za miesiąc. To już nie był mój problem. Zrobiłem sobie herbatę i zszedłem do warsztatu. Fotel pani Ewy czekał. Przesunąłem dłonią po gładkim, oszlifowanym drewnie. To była dobra robota. Solidna. Trwała.

Tego wieczoru nie wydarzyło się nic spektakularnego. Nie było fajerwerków, wielkich wyznań ani dramatycznych zwrotów akcji. I właśnie to było w tym wszystkim najpiękniejsze. Wybrałem nudę. Wybrałem ciszę. Wybrałem siebie. Gdy kładłem się spać, spojrzałem na pustą poduszkę obok. Kiedyś ten widok by mnie przerażał. Dziś pomyślałem, że to po prostu miejsce, które czeka na kogoś, kto nie będzie bał się ciszy. Może na kogoś takiego jak Ewa? A może po prostu na mnie, żebym mógł się wreszcie wygodnie rozciągnąć. Zasnąłem bez problemów.

Wiktor, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama