„Przez pomyłkę dostałem od żony flakon drogich perfum. Po jednym psiknięciu domyśliłem się, kto jest jej kochankiem”
„Psiknąłem w powietrze, a potem na nadgarstek. I wtedy czas się zatrzymał. Zamiast świeżych, cytrusowych nut, które uwielbiałem i których używałem od dekady, uderzyła mnie fala ciężkiego, duszącego zapachu. Zapach był intensywny, dominujący, wręcz agresywny. Absolutnie nie w moim stylu”.

Trzymałem w dłoni ciężkie, ciemne szkło, a woń, która uniosła się w powietrzu po pierwszym psiknięciu, sprawiła, że żołądek podszedł mi do gardła. To nie była kwestia gustu ani zwykłej pomyłki przy sklepowej półce. To był zapach, który znałem aż za dobrze, choć nigdy go nie używałem. W tamtej sekundzie, patrząc na uśmiechniętą, choć dziwnie nerwową twarz mojej żony, zrozumiałem, że po piętnastu latach małżeństwa stałem się dla niej kimś zupełnie obcym. Albo gorzej – stałem się zastępstwem dla kogoś, kto w jej myślach zajmował o wiele ważniejsze miejsce.
Coś wisiało w powietrzu
Nigdy nie byłem typem zazdrośnika. Uważałem, że zaufanie to fundament, na którym buduje się relację, tak jak betonowe stopy fundamentowe podtrzymują konstrukcje, które projektowałem na co dzień w biurze architektonicznym. Ewa miała swoją przestrzeń, ja miałem swoją. Ona zajmowała się organizacją eventów kulturalnych, co wiązało się z częstymi wyjściami, wernisażami i spotkaniami z ludźmi, których ja określałem mianem „artystycznych dusz”. Ja byłem tym przyziemnym, logicznym, twardo stąpającym po ziemi inżynierem. Ten układ działał. Przynajmniej tak mi się wydawało do dnia moich czterdziestych drugich urodzin.
Ostatnie miesiące były dla nas trudne, choć nie potrafiłem wskazać konkretnej przyczyny. Ewa wydawała się nieobecna. Kiedy do niej mówiłem, jej wzrok błądził gdzieś po ścianach, jakby analizowała strukturę tynku, a nie słuchała opowieści o moim dniu. Częściej siedziała z telefonem, uśmiechając się do ekranu w sposób, którego nie widziałem u niej od lat. Kiedy pytałem, z kim pisze, rzucała zdawkowe: „A, to tylko sprawy organizacyjne z galerii”. Wierzyłem jej. Dlaczego miałbym nie wierzyć?
Tamtego wieczoru wróciłem do domu wcześniej. Ewa przygotowała uroczystą kolację. Na stole paliły się świece, w tle sączył się jazz, którego zazwyczaj nie słuchaliśmy – ja wolałem rocka, ona muzykę klasyczną. To była pierwsza, drobna nuta fałszu, którą zignorowałem. Uznałem, że chciała stworzyć nastrój jak z filmu.
– Wszystkiego najlepszego, kochanie – powiedziała, podając mi niewielkie, elegancko zapakowane pudełko. Jej dłonie lekko drżały, co uznałem za objaw ekscytacji.
Odwzajemniłem uśmiech, czując ciepło w sercu. Mimo tego dystansu ostatnio, wciąż się starała. Sięgnąłem po prezent. Papier był gruby, matowy, przewiązany aksamitną wstążką. Widać było klasę.
Zapach mi coś przypominał
Rozpakowywałem prezent powoli, celebrując moment. Ewa patrzyła na mnie z napięciem, przygryzając dolną wargę. Kiedy uchyliłem wieczko, zobaczyłem flakon. Ciemne szkło, złoty korek, minimalistyczna etykieta z nazwą niszowej marki perfumeryjnej, o której istnieniu wiedziałem tylko dlatego, że Ewa ostatnio zaczęła interesować się branżą beauty.
– Otwórz. Sprawdź, czy ci się podoba – ponagliła mnie.
Wyjąłem butelkę. Była ciężka, solidna. Psiknąłem w powietrze, a potem na nadgarstek. I wtedy czas się zatrzymał. Zamiast świeżych, cytrusowych nut, które uwielbiałem i których używałem od dekady, uderzyła mnie fala ciężkiego, duszącego zapachu. To była mieszanka skóry, tytoniu, agaru i czegoś słodkiego, co przypominało palone drewno. Zapach był intensywny, dominujący, wręcz agresywny. Absolutnie nie w moim stylu. Każdy, kto znał mnie choćby pobieżnie, wiedział, że nienawidzę ciężkich perfum. Dostawałem od nich migreny.
Ale to nie sam zapach był problemem. Problemem było to, z kim mi się kojarzył. Adrian. Współpracownik Ewy, kurator wystaw, człowiek, o którym w naszym domu mówiło się ostatnio zdecydowanie za dużo. Adrian to, Adrian tamto. Adrian ma taką świetną wizję. Adrian uważa, że marnuję się w korporacji. Adrian nosił dokładnie ten zapach. Pamiętam to doskonale, bo kiedyś, gdy odwiedził nas, by odebrać jakieś dokumenty od Ewy, jego perfumy wisiały w naszym przedpokoju jeszcze przez dwie godziny po jego wyjściu. Wtedy nawet zażartowałem: „Twój kolega pachnie jak wnętrze starej cerkwi”. Ewa się wtedy oburzyła, twierdząc, że to zapach luksusu i wyrafinowania.
Teraz ten „zapach luksusu” miałem na własnym nadgarstku.
– I jak? – zapytała Ewa, a w jej głosie usłyszałem nutę niepewności, której wcześniej nie wyłapałem.
Spojrzałem na nią. Czy ona robi sobie ze mnie żarty? Czy to jakaś gra?
– Ewa... – zacząłem powoli, starając się opanować drżenie głosu. – Przecież wiesz, że używam tylko Aqua di Gio. Od lat. Wiesz, że od takich ciężkich zapachów boli mnie głowa.
Jej twarz zmieniła się w ułamku sekundy. Zamiast rozczarowania, zobaczyłem w jej oczach panikę. Prawdziwą, czystą panikę.
– O boże... – szepnęła, zakrywając usta dłonią. – Ja... ja chyba pomyliłam pudełka.
Perfumy kupowała hurtowo
Wstała gwałtownie od stołu, potrącając kieliszek z wodą, który przewrócił się, zalewając obrus. Nie zwróciła na to uwagi. Podbiegła do mnie i spróbowała wyrwać mi flakon z ręki.
– Daj mi to, proszę. To pomyłka. To nie miało być dla ciebie – mówiła szybko, chaotycznie.
Cofnąłem rękę. Instynkt architekta, który każe analizować detale, wziął górę nad emocjami męża.
– Jak to pomyliłaś pudełka? – zapytałem chłodno. – Kupiłaś dwa flakony perfum? Dla kogo jest ten drugi?
Ewa stanęła jak wryta. Jej twarz była blada jak ściana.
– To... to prezent dla Adriana – wydusiła z siebie, unikając mojego wzroku. – Ma urodziny w przyszłym tygodniu. Składaliśmy się w pracy, ja miałam kupić prezent. Musiałam w pośpiechu zapakować oba w ten sam papier i... Boże, Krzysztof, tak mi przykro. Dla ciebie mam zegarek. Jest w sypialni, w szafie.
Brzmiało to logicznie. Nawet bardzo. Składka w pracy, ona kupuje prezent, pośpiech, ten sam papier pakowy. To się zdarza. Mógłbym w to uwierzyć. Chciałem w to uwierzyć. Oddałem jej flakon, a ona chwyciła go tak kurczowo, jakby to był najcenniejszy skarb świata.
– Przyniosę twój prezent – powiedziała i wybiegła z jadalni.
Zostałem sam przy stole, wąchając nadgarstek, który teraz śmierdział Adrianem. I wtedy coś mnie tknęło. Skoro to prezent od „zespołu” z pracy, dlaczego Ewa była tak przerażona? Dlaczego jej reakcja była tak histeryczna? Zwykła pomyłka wywołałaby śmiech, może lekkie zażenowanie. A w jej oczach widziałem strach.
Wstałem i podszedłem do komody, gdzie Ewa położyła pudełko z perfumami, zanim pobiegła po zegarek. Otworzyłem je ponownie. Wyjąłem flakon. Zajrzałem do środka kartonika. Często w takich ekskluzywnych opakowaniach na dnie jest miejsce na dedykację lub certyfikat. Podniosłem welurową wyściółkę. Była tam mała, kremowa koperta. Serce biło mi jak młotem pneumatycznym. Wiedziałem, że nie powinienem tego czytać. Wiedziałem, że to, co tam znajdę, zmieni wszystko. Ale musiałem.
Wyjąłem bilecik. Pismo Ewy. Równe, staranne, z tymi charakterystycznymi zawijasami przy literze „A”.
Adrianie, ten zapach to esencja Ciebie. Jestem uzależniona od niego tak samo, jak od naszych rozmów o świcie. Żebyś zawsze o mnie pamiętał, gdy będziesz go nosił. Twoja E.
„Twoja E.”. „Rozmowy o świcie.” To nie był prezent od kolegów z pracy. To nie była składka. To było wyznanie.
To ja byłem tym drugim
Włożyłem bilecik z powrotem, ułożyłem welur, zamknąłem pudełko. Zdążyłem usiąść przy stole dosłownie sekundę przed tym, jak Ewa wpadła do pokoju, niosąc inne pudełko. Była zdyszana, wciąż blada, ale uśmiechała się szeroko, sztucznie.
– Proszę, kochanie. Wybacz mi, jestem ostatnio taka zakręcona przez ten wernisaż – podała mi prezent.
Otworzyłem. W środku był zegarek. Piękny, klasyczny, taki, o jakim kiedyś wspomniałem. Ale teraz wydawał mi się tylko kawałkiem zimnego metalu. Patrzyłem na niego i nie czułem nic poza rosnącą w gardle gulą.
– Dziękuję – powiedziałem. Mój głos brzmiał obco, jakby dochodził z sąsiedniego pokoju. – Jest wspaniały.
– Cieszę się, że ci się podoba – odetchnęła z ulgą, siadając naprzeciwko. – A te perfumy... Wezmę je jutro do pracy. Chłopaki z działu się ucieszą, że już kupione.
– Jasne – odparłem, patrząc jej prosto w oczy. – Adriana na pewno ucieszy taki prezent. To bardzo... osobisty zapach.
Ewa zamarła na ułamek sekundy, ale szybko odzyskała rezon.
– No wiesz, on lubi takie dziwactwa. Artysta – machnęła ręką, ale widziałem, jak jej palce zaciskają się na serwetce.
Reszta wieczoru była torturą. Jedliśmy w milczeniu, przerywanym moimi zdawkowymi uwagami o jedzeniu. Cały czas czułem na sobie ten zapach. Zapach jej fascynacji innym mężczyzną. Zapach jej zdrady, która – choć może jeszcze nie fizyczna – była dla mnie o wiele bardziej bolesna. „Rozmowy o świcie”? Kiedy? Przecież spała obok mnie. A może nie spała? Może te momenty, gdy wstawała „napić się wody” lub „sprawdzić pocztę”, były właśnie wtedy?
Pora na śledztwo
Następnego dnia wyszedłem do pracy wcześniej niż zwykle. Nie mogłem znieść jej widoku przy porannej kawie. Zamiast do biura, pojechałem jednak w miejsce, którego nigdy nie odwiedzałem – pod galerię, w której pracowała Ewa. Zaparkowałem w bocznej uliczce, skąd miałem widok na wejście. Czułem się żałośnie. Jak bohater taniego kryminału. Dorosły facet, inżynier, szpiegujący własną żonę. Ale musiałem wiedzieć. Musiałem zrozumieć, co kryje się za „Twoją E.”.
Około dziesiątej zobaczyłem Adriana. Wysoki, w nonszalancko zarzuconym szalu, z teczką pod pachą. Wyglądał dokładnie tak, jak go zapamiętałem – pretensjonalnie i pewnie siebie. Chwilę później podjechała Ewa. Wysiadła z samochodu, niosąc to nieszczęsne pudełko z perfumami.
Adrian podszedł do niej. Nie podali sobie rąk. On pochylił się i pocałował ją w policzek, ale trwało to o sekundę za długo, by było zwykłym powitaniem znajomych z pracy. Ewa podała mu torebkę. On zajrzał do środka, uśmiechnął się szeroko – ten uśmiech był intymny, porozumiewawczy – i powiedział coś, co sprawiło, że Ewa zarumieniła się jak nastolatka.
Nie rzucili się sobie w ramiona. Nie poszli do hotelu. Stali na chodniku w centrum miasta, a jednak między nimi była chemia, której nie dało się przeoczyć. To było gorsze niż gdybym przyłapał ich w łóżku. Widziałem więź. Widziałem, że ona daje mu to, czego ja już od dawna nie dostawałem – swoją pełną uwagę, podziw i emocjonalne zaangażowanie.
Tego dnia w pracy nie byłem w stanie narysować prostej kreski. Cały czas miałem przed oczami ten obraz i ten cholerny bilecik. „Esencja Ciebie”.
Gram w otwarte karty
Wieczorem wróciłem do domu z postanowieniem. Nie będę udawał. Nie będę czekał, aż to się rozwinie. Jesteśmy dorośli. Ewa siedziała w salonie, czytając książkę. Wyglądała spokojniej niż wczoraj, jakby wręczenie prezentu Adrianowi zdjęło z niej ciężar.
– Cześć – powiedziała, nie podnosząc wzroku. – Jak w pracy?
Usiadłem w fotelu naprzeciwko niej. Nie zdjąłem marynarki.
– Widziałem, jak dajesz mu prezent – powiedziałem spokojnie.
Ewa opuściła książkę. Jej oczy rozszerzyły się.
– O czym ty mówisz? Śledziłeś mnie?
– Nie musiałem. Po prostu byłem w pobliżu. Wyglądał na zadowolonego. Czytał bilecik przy tobie?
Zapadła cisza. Gęsta, lepka cisza, w której słychać było tykanie zegara w przedpokoju. Ewa pobladła. Wiedziała. Zrozumiała, że ja wiem.
– Przeczytałeś – stwierdziła, nie pytając. To nie było pytanie.
– Tak. „Twoja E.”. „Rozmowy o świcie”. Od kiedy, Ewa?
Próbowała się bronić. Zaczęła mówić o przyjaźni, o porozumieniu dusz, o tym, że Adrian przechodził trudny okres, że ona mu tylko pomagała, że to czysto platoniczne. Że ja ciągle pracuję, że mnie nie ma, że on jej słucha. Klasyczny zestaw wymówek, które słyszy się w takich momentach.
– Nie spałam z nim! – krzyknęła w końcu, jakby to miało zamknąć temat. – Przysięgam, Krzysztof, nigdy cię nie zdradziłam w ten sposób!
Wstałem i podszedłem do okna. Patrzyłem na ciemną ulicę.
– Wiesz, co jest najgorsze? – zapytałem cicho. – Że wczoraj wieczorem, kiedy dałaś mi ten flakon, przez chwilę myślałem, że chcesz, abym pachniał jak on. Że chcesz zamknąć oczy i udawać, że jesteś z nim, a nie ze mną. Że kupiłaś te perfumy dla mnie, żeby zmienić mnie w niego.
– Nie! – zaprzeczyła gwałtownie, podchodząc do mnie. Chwyciła mnie za ramię. – Pomyliłam pudełka, przysięgam! To był tylko głupi błąd w pośpiechu! Kupiłam twój zegarek miesiąc temu, a perfumy dla niego wczoraj. Miałam dwie takie same torby prezentowe w szafie.
Spojrzałem na jej dłoń na moim ramieniu.
– Fizyczna zdrada to jedno, Ewa. Ale ty oddałaś mu swoją intymność. Swoje myśli, swoje świty, swoje emocje. Kupiłaś mu perfumy za tysiąc złotych, pisząc, że jesteś od niego uzależniona. A mi kupiłaś zegarek, bo „stary się zepsuł”. Widzisz różnicę? Tam jest pasja, tu jest obowiązek.
Decyzja, która dojrzewała latami
Puściła moje ramię i cofnęła się o krok. Zrozumiała. Zobaczyłem w jej oczach łzy, ale nie było w nich żalu za to, co zrobiła, tylko żal, że to wszystko wyszło na jaw. Że jej idealny, podwójny świat emocjonalny runął.
– Co teraz? – zapytała szeptem.
– Nie wiem – odpowiedziałem szczerze. – Naprawdę nie wiem.
Przez następne tygodnie żyliśmy obok siebie. Ewa zerwała kontakt z Adrianem – przynajmniej tak twierdziła. Zmieniła pracę, przeniosła się do innej fundacji. Próbowaliśmy terapii. Próbowaliśmy rozmawiać. Ale za każdym razem, gdy się do mnie zbliżała, czułem ten cień. Zastanawiałem się, czy myśląc o mnie, nie tęskni za tamtymi rozmowami.
Zapach perfum, który wypełnił nasz dom tamtego wieczoru, stał się symbolem końca pewnej epoki. Zrozumiałem, że pomyłka z prezentami nie była przypadkiem. Była podświadomym sygnałem, że nasze życia się pomieszały. Ewa próbowała pogodzić dwa światy, które nie mogły istnieć równolegle.
W końcu wyprowadziłem się. Nie było krzyków, nie było trzaskania drzwiami. Spakowałem walizki w spokojne sobotnie popołudnie. Zostawiłem jej zegarek na szafce nocnej. Nie potrzebowałem go, żeby wiedzieć, że mój czas w tym domu dobiegł końca. Dziś mieszkam sam w niewielkim mieszkaniu w centrum. Jestem spokojniejszy.
Krzysztof, 40 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Remont w domu zniszczył nasz związek. Zamiast wybierać kolor ścian i wzór na tapetach, pisałam pozew rozwodowy”
- „Remont domu po dziadkach pochłonął wszystkie moje oszczędności. Jednak nie był to najgorszy problem, który napotkałam”
- „Teściowa wiedziała lepiej, jak powinnam remontować dom. Nie mogłam nawet zdecydować o kafelkach we własnej kuchni”

