Reklama

Przez większość życia to ja byłam tą, która wszystko ogarniała: piekłam torty, wieszałam girlandy, szykowałam niespodzianki. Dla innych. Aż pewnego dnia, niezauważalnie, przestałam być w centrum tych wszystkich celebracji. Jakby świat zapomniał, że ja też jestem. I może właśnie dlatego przestałam liczyć na cokolwiek. Nie, żebym się użalała. Po prostu pogodziłam się z tym, że z wiekiem człowiek staje się przezroczysty – dla dzieci, dla sąsiadów, nawet dla samego siebie.

Ten dzień był taki jak zwykle: herbata, krzyżówka, radio. Ani cienia emocji, żadnego znaku, że to dzień szczególny. Nawet nie pamiętałam, że to dziś wypada Dzień Babci. Gdybym wiedziała, może ubrałabym się trochę inaczej. Może nie chodziłabym cały dzień w tej rozciągniętej bluzie. Albo przynajmniej umyła włosy. Nie pamiętałam. I może właśnie dzięki temu ten dzień zostanie we mnie na zawsze.

Coś mi nie pasowało

Siedziałam przy kuchennym stole, sączyłam letnią herbatę z malinowym sokiem i udawałam, że rozwiązywanie krzyżówki mnie wciąga. W rzeczywistości miałam już dość tego samego porannego rytuału. Każda odpowiedź w tej krzyżówce była jak echo – coś, co już kiedyś znałam, widziałam, słyszałam. Nic nowego. Nic zaskakującego. Telefon milczał. Nikt nie dzwonił, nikt nie pisał. W radiu leciały jakieś głupoty o promocjach na kołdry i zaproszenia do galerii handlowej, żeby „uczcić babcie”. Serio? Najpierw nas zapraszają, potem nikt nie pomaga z torbami, a na koniec i tak wracasz do pustego mieszkania. Cudowny plan na święto. W pewnym momencie zadzwonił domofon. Tak po prostu – głośny, irytujący dźwięk, jakby wyrwał mnie ze snu.

Kto tam? – zapytałam niepewnie, podchodząc do domofonu.

– Babciu, to ja! – usłyszałam znajomy głos wnuczka, lekko zadyszany.

– Ty? W środę? Co się stało?

– No puść mnie, to ci powiem!

Wcisnęłam przycisk. Coś mi nie pasowało. Wnuczek nigdy nie wpadał bez zapowiedzi. Zawsze trzeba było się z nim umawiać. Jak do lekarza. Chwilę później drzwi się otworzyły i wpadł cały zziajany, z rozwichrzonymi włosami i... jakimś pakunkiem w rękach.

Przecież dziś Dzień Babci – rzucił z uśmiechem. – Myślałem, że mnie zabijesz, jakbym zapomniał!

Stałam w miejscu i gapiłam się na niego, jakby spadł z nieba.

– Dzień Babci…? – powtórzyłam cicho. – To dzisiaj?

– No przecież. Nie mów, że zapomniałaś.

Poczułam, jak coś we mnie drgnęło.

Zerknęłam na niego podejrzliwie

– No nie wierzę – powiedziałam w końcu, opierając się o krzesło. – Zapomniałam, naprawdę zapomniałam...

– Serio, babciu? Ty? – uśmiechnął się, odkładając pakunek na stół. – Przecież co roku sama przypominasz wszystkim, żeby dzwonili do ciotek.

– No dobra, co tam masz? – mruknęłam.

– Najpierw usiądź. I nie kręć nosem – wyciągnął krzesło, jakby był gospodarzem w moim własnym mieszkaniu. – Bo znam cię. Zaraz powiesz, że nie trzeba było.

Bo nie trzeba było – burknęłam, ale i tak usiadłam. – Masz przecież swoje sprawy. Studia, dziewczynę...

– Dziewczyna się nie obrazi, spokojnie. A studia… – wzruszył ramionami. – To zawsze mogą poczekać. Babcie nie.

Patrzyłam na niego. Wysoki, szczupły, z tymi swoimi niesfornymi lokami, które zawsze mu wpadały do oczu. Pamiętałam go jako chłopczyka, który gryzł kredki i uciekał przede mną, bo nie chciał myć rąk. A teraz siedział tu przede mną – dorosły facet z prezentem w rękach. I to takim zapakowanym jak z katalogu.

Otwórz – powiedział cicho, ale stanowczo.

Zerknęłam na niego podejrzliwie, ale już sięgałam po wstążkę.

– Jak to będzie kolejny kubek z napisem „Najlepsza babcia na świecie”, to cię zdzielę gazetą po łbie.

– No to sobie pogratuluj. Już się nie mogę doczekać.

Zaśmiał się i spojrzał na mnie z takim ciepłem, że aż coś mnie ścisnęło w gardle. Rozwiązałam kokardę i rozchyliłam papier. I wtedy… serce mi stanęło.

– Co to jest...? – szepnęłam.

Byłam wzruszona

– No… zobacz dokładnie – powiedział, niecierpliwie kiwając głową. – Musiałem się trochę postarać.

Rozchyliłam papier do końca. W środku leżała mała, drewniana szkatułka. Delikatna, z wypalanym wzorem stokrotek – takich, jakie kiedyś sadziłam w ogródku pod oknem. Już ich dawno nie było. Przykrył je beton.

Sam ją zrobiłeś? – zapytałam, choć odpowiedź znałam.

– No coś ty – zaśmiał się. – Znaczy, nie zrobiłem całkiem sam, ale zaprojektowałem. Poszedłem do tej pracowni stolarskiej na Grochowskiej. Pamiętasz, tam kiedyś dziadek kupił ci taboret do kuchni?

– Pamiętam – przyznałam, głaszcząc wieczko szkatułki. – Ty naprawdę to sam wymyśliłeś?

– Chciałem, żeby było coś, co cię ucieszy. Coś, co nie będzie z internetu. I wiesz co? Zapytałem, czy da się wypalić stokrotki, bo pamiętam, że mówiłaś kiedyś, że to twoje ulubione kwiaty.

– Kiedy ja to mówiłam…?

– Jak miałem z dziesięć lat i nie chciałem iść spać, to mnie wzięłaś na balkon. Było lato. Mówiłaś, że stokrotki są jak ty – drobne, niepozorne, a jednak jak się zadomowią, to trudno się ich pozbyć.

Zaśmiałam się przez łzy.

– No wiesz co, komplement życia. Dzięki bardzo. „Trudno się pozbyć”.

– No przecież to komplement! – parsknął. – Babciu, stokrotki to twardzielki.

Wzięłam szkatułkę do rąk i przez moment nic nie mówiłam. Dłonie mi drżały.

– Wiesz, że sama bym nie pamiętała tego wieczoru?

– A ja pamiętam wszystko – odpowiedział cicho. – Serio.

Ścisnęło mnie w gardle

– No dobra – odezwałam się w końcu, ocierając łzy wierzchem dłoni. – Już mnie masz, ty mały cwaniaczku. A teraz mów: naprawdę sam na to wpadłeś?

– Serio, babciu. Chciałem ci podziękować. Za wszystko.

– A co ja takiego zrobiłam niby?

– No weź, nie udawaj – uniósł brwi. – Gdyby nie ty, to nie wiem, gdzie bym dziś był. Mama pracowała całymi dniami, a ty byłaś zawsze.

– Bo musiałam. Nikt mi za to nie płacił.

– Może i tak. Jednak to był kawał życia. Dla mnie to ty jesteś mamą numer dwa. I nie śmiej się teraz, bo mówię poważnie.

Poczułam, że znowu ścisnęło mnie w gardle. Ile razy kobieta może płakać jednego dnia?

– No dobra – burknęłam, żeby zamaskować wzruszenie. – To, czemu nic nie mówiłeś wcześniej?

– Bo byłem dzieciakiem. A dzieciaki są głupie. Myślą, że wszystko się należy. Że babcia będzie zawsze, że herbata się sama robi, że zupki są z powietrza.

– No nie z powietrza, tylko z proszku. To inna chemia.

Parsknęliśmy śmiechem oboje. W końcu znów zamilkliśmy. Wzięłam szkatułkę do rąk. Otworzyłam ją. W środku był mały łańcuszek z zawieszką – literką „B”. Taką samą, jaką kiedyś nosiłam, dopóki nie zerwał się w pralni i przepadł bez śladu.

– Skąd ty to…?

– Szukałem długo. Pamiętasz, jak kiedyś wspominałaś o nim? Znalazłem podobny na aukcji, tylko trzeba było trochę przerobić. Ta pani jubilerka mówiła, że takiego już się nie robi.

– Bo się już takich babć nie robi – powiedziałam i znów zamilkłam.

Przez chwilę nic nie mówiłam

– Chłopcze – zaczęłam powoli, ważąc słowa – ty wiesz, że ja nie potrzebuję prezentów?

– Wiem – kiwnął głową. – Ale to nie był prezent. To było... przypomnienie.

– Czego niby?

– Że jesteś ważna. I że ktoś o tobie pamięta. Nawet jak ty sama już zapominasz.

Zamilkłam. No bo co miałam powiedzieć? Że ma rację? Że czasem naprawdę się czuję, jakbym zniknęła z tego świata kawałek po kawałku, a ostatnia rzecz, która mnie trzyma, to telewizor i emerytura? On to wszystko wiedział. I właśnie dlatego siedział teraz naprzeciwko mnie.

– Dzień Babci – mruknęłam. – A ja cały dzień w dresie...

– A co, miałem zastać cię z tiarą na głowie?

– Nie byłoby źle, swoją drogą – uśmiechnęłam się krzywo.

– Babciu, ty jesteś jedyna w swoim rodzaju.

– No to współczuję twojej dziewczynie.

Moja dziewczyna mówi, że ma cię za wzór. Bo jesteś twarda, szczera i masz ten swój urok.

– Czyli że jestem stara i zgryźliwa. Dzięki.

– Nie. Jesteś najlepsza – powiedział i ścisnął moją dłoń.

Tyle w tym było siły, że przez chwilę nic nie mówiłam. Tylko gapiłam się na niego i czułam... spokój.

– Zjesz coś? – zapytałam po chwili. – W końcu trzeba czymś uczcić to wyjątkowe święto.

– Tylko nie mów, że masz te swoje kluchy z wczoraj...

– Nie. Dzisiaj wyjątkowo ugotowałam coś innego. Bo przeczuwałam, że coś się wydarzy.

Pokręciłam głową z niedowierzaniem

Usiedliśmy razem przy stole. Wnuk jadł moją pomidorową, aż mu się uszy trzęsły.

– Wiesz, babciu, ta twoja zupa to smak dzieciństwa. Serio.

– Mów dalej, młody, mów dalej – mruknęłam, dolewając mu dokładkę. – I tylko się nie przyzwyczajaj, że będziesz tak codziennie wpadał po obiad.

– Nie mam zamiaru – zaśmiał się. – Ale mogę wpadać po herbatę. Albo po nic. Po prostu pogadać.

– Takie pogadanki to się kiedyś odbywały przy trzepaku – burknęłam z udawaną surowością. – A teraz wnuki potrzebują specjalnej aplikacji, która im przypomni, żeby zadzwonić.

– Może i tak – przyznał, ocierając usta serwetką. – Ale ja mam własną aplikację. Nazywa się: „poczucie przyzwoitości”.

Pokręciłam głową z niedowierzaniem. Mój wnuk. Ten sam, co kiedyś próbował zjeść mydło i zapierał się, że to pianka do bitej śmietany.

– Dobra, dobra. Zanim znowu się rozbeczę, weź tę szkatułkę i połóż na komodzie. I jak tylko mi się coś ważnego przypomni, to będę tam wrzucać.

– Co wrzucać?

– Liściki, wspomnienia, głupoty. Może zdjęcie. Niech to nie będzie tylko pudełko.

– Jasne. Zrobimy z niej skrzynkę na piękne wspomnienia.

Wstał i przytulił mnie mocno, bez słowa. I ja, ta stara „stokrotka”, płakałam znowu. Nie ze smutku. Ze szczęścia. Bo dostałam najpiękniejszy prezent, o jakim nawet nie śniłam. I to w dzień, o którym... kompletnie zapomniałam.

Barbara, 72 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama