„Dostałam w pracy trzynastkę i wszystko wydałam na siebie. Raz w roku mam prawo spełnić wszystkie swoje zachcianki”
„W lustrze zobaczyłam inną kobietę. Wyprostowaną, pewną siebie, elegancką. Nie zmęczoną matkę dwójki dzieci, ale kobietę sukcesu. Spojrzałam na metkę. Cena była absurdalna. Równowartość połowy moich miesięcznych opłat za dom”.

Przez piętnaście lat małżeństwa byłam instytucją finansową, pralnią, firmą cateringową i psychologiem w jednym. Moje konto bankowe zawsze było wspólne, moje potrzeby drugoplanowe, a moje marzenia odkładane na bliżej nieokreślone „kiedyś”.
Nie doceniali mnie
Każdy mój poranek wyglądał tak samo, niczym kadr z filmu o zmęczonej życiem kobiecie w średnim wieku, której nikt nie pyta o samopoczucie. Budzik dzwonił o szóstej rano, a ja, zanim jeszcze otworzyłam oczy, układałam w głowie listę zadań. Kanapki dla Julki bez skórki, dla Michała z podwójnym serem, koszula męża do wyprasowania, bo znów zapomniał zrobić to wieczorem. Wstawałam, zakładałam ten sam zmechacony szlafrok i szłam do kuchni, potykając się o rzucony na środku korytarza plecak syna.
– Mamo, gdzie są moje getry na WF? – krzyczała z łazienki dwunastoletnia Julka, zanim zdążyłam włączyć ekspres do kawy.
– W drugiej szufladzie, tam gdzie zawsze – odpowiadałam mechanicznie, wyciągając z lodówki masło.
Mój mąż, Tomasz, schodził na dół dziesięć minut później, z nosem w telefonie. Nie spojrzał na mnie.
– Cześć – mruknął, sięgając po kubek. – Słuchaj, trzeba będzie zapłacić ubezpieczenie za auto w przyszłym tygodniu. Przyszło pismo. Pamiętasz, że ma być ten przelew z twojej pracy?
Myśleli o sobie
Zamarłam z nożem w ręku nad kajzerką. Nawet nie zapytał, jak mi się spało. Od razu przeszedł do zagospodarowania moich pieniędzy, na które pracowałam w stresie przez ostatnie dwanaście miesięcy, zostając po godzinach i znosząc humory szefa.
– Pamiętam – odpowiedziałam cicho.
– To super. Bo jeszcze myślałem, żeby w końcu kupić ten nowy odkurzacz, ten co sam jeździ. Stary już ledwo ciągnie, a ty ciągle narzekasz na sierść psa.
„Ty narzekasz”. Nie „my mamy problem”. To ja byłam tą, która sprzątała, więc to ja narzekałam. Nowy odkurzacz miał być prezentem dla mnie, ale w rzeczywistości był prezentem dla domu, żebym mogła służyć wydajniej.
Wyszli, trzasnęli drzwiami. Została cisza i sterta brudnych talerzy. Wtedy właśnie telefon zawibrował w kieszeni mojego szlafroka. Powiadomienie z banku. Wynagrodzenie dodatkowe. Kwota była wyższa niż się spodziewałam. Patrzyłam na te cyfry i czułam, jak w gardle rośnie mi gula. Mogłam zapłacić ubezpieczenie. Mogłam kupić ten odkurzacz. Mogłam dołożyć do korepetycji Michała z matematyki. Mogłam zrobić to wszystko, co robiła dobra matka i dobra żona.
Oszukałam go
Ale nagle przypomniałam sobie rozmowę z koleżanką z biura, która jest singielką. Opowiadała mi wczoraj, jak za swoją trzynastkę kupi sobie weekend w SPA i torebkę, na którą chorowała od pół roku. Patrzyłam na nią wtedy z zazdrością, której się wstydziłam. Teraz ta zazdrość wróciła, ale nie była już wstydliwa. Była motywująca. W drodze do pracy podjęłam decyzję. To była chwila szaleństwa. Wybrałam numer do Tomasza. Serce waliło mi jak młotem pneumatycznym.
– Cześć, kochanie – powiedziałam, starając się brzmieć naturalnie.
– Stało się coś? Jestem w korku – rzucił nerwowo.
– Nie, nic. Tylko chciałam ci powiedzieć, że dzwonili z kadr. Wstrzymali wypłaty trzynastek. Jakiś błąd w systemie księgowym, podobno przesuną to na kolejny kwartał albo w ogóle wypłacą w ratach.
Zapadła cisza. Czułam, jak pot spływa mi po plecach. Nigdy nie okłamywałam męża w sprawach finansowych.
– Żartujesz? – jęknął. – Przecież liczyliśmy na tę kasę. Ubezpieczenie…
– Wiem, Tomek. Jakoś to ogarniemy z bieżących. Może weźmiemy z oszczędności na wakacje.
– Nie wierzę… Co za firma. Dobra, pogadamy w domu.
Uwierzył w to
Rozłączył się. Poczułam ukłucie w żołądku, ale zaraz potem zalała mnie fala euforycznej ulgi. Pieniądze były moje. Tylko moje. Nikt o nich nie wiedział. Były niewidzialne dla domowego budżetu, co oznaczało, że mogłam z nimi zrobić absolutnie wszystko.
Zamiast pojechać prosto do biura, wzięłam urlop na żądanie. To był kolejny element mojego buntu. Nigdy tego nie robiłam, zawsze oszczędzałam dni wolne na choroby dzieci albo ferie zimowe. Zadzwoniłam do szefowej, powiedziałam, że pękła rura w łazience i muszę czekać na hydraulika. Kłamstwo przychodziło mi coraz łatwiej, co trochę mnie przerażało, a trochę fascynowało.
Pojechałam do centrum handlowego, do którego zwykle nie zaglądam, bo są tam sklepy, w których ceny ubrań przyprawiają mnie o zawrót głowy. Zaparkowałam auto, wzięłam głęboki oddech i ruszyłam na łowy.
Pierwszym przystankiem był butik z płaszczami. Mijałam jego witrynę setki razy, zawsze w pośpiechu, zawsze z myślą: „To nie dla mnie, za drogie, pobrudzi się w samochodzie, dzieciaki zaraz wymażą czekoladą”. Weszłam do środka. Zapach nowości, miękka wykładzina. Ekspedientka spojrzała na mnie, oceniając mój strój biurowy z sieciówki, ale uśmiechnęła się profesjonalnie.
– W czym mogę pomóc? – zapytała.
– Szukam wełnianego płaszcza. Karmelowego – powiedziałam, sama zaskoczona swoją śmiałością.
Wydawałam na siebie
Przymierzyłam go. Był idealny. Miękki kaszmir otulił mnie jak ciepły koc. W lustrze zobaczyłam inną kobietę. Wyprostowaną, pewną siebie, elegancką. Nie zmęczoną matkę dwójki dzieci, ale kobietę sukcesu. Spojrzałam na metkę. Cena była absurdalna. Równowartość połowy moich miesięcznych opłat za dom. Ręka mi zadrżała, gdy sięgałam po kartę.
– Biorę – powiedziałam twardo.
To był dopiero początek. Kupiłam skórzane botki, które wyglądały obłędnie, choć wiedziałam, że nie nadają się na spacery z psem po błotnistym parku. Kupiłam zestaw kosmetyków, na które zawsze szkoda było mi pieniędzy. W każdym kolejnym sklepie czułam, jak zrzucam z siebie ciężar bycia odpowiedzialną za wszystkich wokół. Wstąpiłam też do salonu fryzjerskiego. Bez umawiania, liczyłam na łut szczęścia. Miałam go.
– Proszę o pełną regenerację i zmianę koloru. Coś odważniejszego – poleciłam fryzjerce.
Przez trzy godziny siedziałam na fotelu, popijając kawę z porcelanowej filiżanki, podczas gdy ktoś masował mi głowę. Nikt nie pytał: „Mamo, gdzie jest mój zeszyt?”, nikt nie marudził, że zupa jest za słona. Byłam w centrum uwagi.
Byłam ważna
Około piętnastej poczułam głód. Zwykle o tej porze jadłam odgrzewany lunch z pudełka przy biurku, jedną ręką odpisując na maile. Tym razem poszłam do restauracji. Wybrałam stolik w rogu, z widokiem na ulicę. Zamówiłam to, co lubię najbardziej, a czego w domu nie robię, bo dzieci nie jedzą owoców morza. Krewetki w tempurze i sałatkę z mango. Do tego świeżo wyciskany sok.
Jadłam powoli, delektując się każdym kęsem. Obserwowałam ludzi za oknem. Kobiety biegnące z siatkami zakupów spożywczych, mężczyzn rozmawiających przez telefon. Czułam się, jakbym była w bańce, poza czasem i przestrzenią moich codziennych obowiązków. Wtedy zadzwoniła moja mama.
– Cześć, córeczko. Dzwonię, bo Tomek mówił, że macie jakieś problemy z tą premią w pracy. Martwił się. Może wam pożyczyć?
Zacisnęłam zęby. Informacja rozeszła się błyskawicznie. Tomasz musiał zadzwonić do niej, żeby ponarzekać.
– Nie, mamo – powiedziałam spokojnie. – Poradzimy sobie. To tylko przejściowe. Nie martw się.
– No dobrze, ale wiesz, że zawsze możecie na nas liczyć. A jak dzieci?
– W szkole. Wszystko dobrze. Muszę kończyć, mam spotkanie – skłamałam po raz kolejny tego dnia.
Musiałam to ukryć
Odłożyłam telefon i poczułam lekkie ukłucie sumienia. Czy byłam złą córką? Złą żoną? Oszukiwałam wszystkich najważniejszych ludzi w moim życiu. Spojrzałam na torby z zakupami ustawione na krześle obok. Nie, nie byłam zła. Byłam po prostu głodna życia. Przez lata oddawałam im wszystko, co miałam. Czas, energię, pieniądze. Ten jeden dzień, ta jedna premia – to była moja tlenoterapia. Żeby móc dalej być dla nich oparciem, musiałam najpierw zadbać o siebie.
Najtrudniejsza część planu nadeszła, gdy musiałam wrócić do domu. Samochód miałam zapakowany torbami z logo drogich marek. Nie mogłam z nimi tak po prostu wejść do przedpokoju. Tomasz od razu by zauważył. Julka zapytałaby, co kupiłam, i chciałaby oglądać.
Zatrzymałam się na stacji benzynowej dwa kilometry przed domem. Otworzyłam bagażnik i zaczęłam operację „kamuflaż”. Nowy płaszcz wyjęłam z eleganckiej torby i włożyłam do starej reklamówki z supermarketu, którą woziłam w bagażniku na wszelki wypadek. Powiesiłam go na samym dnie szafy w garażu, za zimowymi kurtkami, których nikt teraz nie używał. Buty schowałam do pudełka po starych adidasach syna, które miałam wyrzucić. Kosmetyki upchnęłam w głębi mojej torebki i w schowku samochodowym.
Nic nie podejrzewali
Wszystkie paragony podarłam na drobne kawałki i wyrzuciłam do kosza na stacji. Czułam się jak przestępca zacierający ślady, ale jednocześnie adrenalina buzowała w moich żyłach. Podjechałam pod dom o zwykłej porze. Weszłam do środka. Witał mnie ten sam chaos co rano. Plecak syna wciąż leżał na środku korytarza.
– Cześć! – zawołałam, ale mój głos brzmiał inaczej. Był pełniejszy, radośniejszy.
Tomasz wyszedł z kuchni. Wyglądał na zmartwionego.
– Jesteś wreszcie. Słuchaj, sprawdzałem konto oszczędnościowe, jak weźmiemy stamtąd na ubezpieczenie, to na wakacje zostanie nam niewiele. Może zrezygnujemy z tego hotelu w Chorwacji i poszukamy jakiegoś apartamentu dalej od morza?
Spojrzał na mnie i zmarszczył brwi.
– Coś ty zrobiła z włosami?
Uśmiechnęłam się promiennie.
– A, wpadłam do fryzjera przy pracy. Miałam chwilę przerwy. Podoba ci się?
– No… ładnie. Ale to chyba kosztowało? W tej sytuacji finansowej...
– Tomek – przerwałam mu, podchodząc bliżej i kładąc dłoń na jego ramieniu. – Spokojnie. Mam jeszcze jakieś zaskórniaki na swoim koncie, o których zapomniałam. Opłacę ubezpieczenie. Nie rezygnujmy z wakacji.
Jestem szczęśliwa
Jego twarz się rozjaśniła.
– Naprawdę? Uff, kamień z serca. Jesteś niesamowita, wiesz? Zawsze coś wymyślisz.
Pocałował mnie w policzek. Poczułam zapach moich nowych, drogich perfum, ale on go nie skomentował. Dla niego to był po prostu zapach żony. Wieczorem, kiedy dzieci poszły spać, a mąż oglądał mecz, poszłam do garażu. Przyniosłam płaszcz do domu, ukrywając go pod stertą prania.
Schowałam go głęboko w mojej szafie. Będę go zakładać tylko do pracy, wychodząc, gdy oni jeszcze śpią, albo wracając, zanim wrócą. Powiem, że kupiłam go na wyprzedaży w lumpeksie za grosze. Uwierzą. Zawsze wierzą, że oszczędzam. Zamknęłam się w łazience. Wyciągnęłam nowe serum i kremy. Nałożyłam grubą warstwę luksusu na twarz. Patrzyłam w lustro. Widziałam kobietę, która ma tajemnicę. I ta tajemnica sprawiała, że moje oczy błyszczały.
Minął tydzień. Mąż i dzieci nadal nie wiedzą o trzynastce. Ubezpieczenie zapłaciłam z pieniędzy, które zostały mi po zakupach – tak, wydałam większość, ale zostawiłam sobie bufor bezpieczeństwa, o którym też nikomu nie powiedziałam. To była moja żelazna rezerwa. Czy mam wyrzuty sumienia? Czasami, gdy widzę, jak Tomasz przegląda promocje w gazetkach marketów, czuję lekkie ukłucie. Ale potem zakładam mój kaszmirowy płaszcz, spryskuję się perfumami za sześćset złotych i idę do pracy z podniesioną głową.
Zadbałam o siebie
Zauważyłam coś dziwnego. Odkąd zrobiłam to dla siebie, jestem lepsza dla nich. Mam więcej cierpliwości do Julki, chętniej pomagam Michałowi w lekcjach. Nie warczę na męża o brudne skarpetki. Moja frustracja zniknęła, bo przestałam czuć się ofiarą własnego życia. Przestałam czuć się męczennicą, która poświęca wszystko. Dałam sobie prawo do bycia ważną, nawet jeśli musiałam to ukraść z domowego budżetu.
Moja tajemnica stała się moim paliwem. Kiedyś może im powiem. Może za dziesięć lat, przy winie, będę się z tego śmiać. A może zabiorę to do grobu jako mój mały, prywatny akt niepodległości. Wczoraj Julka weszła do łazienki, gdy smarowałam twarz nowym kremem.
– Mamo, ale to ładnie pachnie. Jak w jakimś drogim spa – powiedziała, wąchając słoiczek.
– To tylko próbka, kochanie – odpowiedziałam gładko. – Dostałam w drogerii.
Uśmiechnęła się i wyszła. A ja spojrzałam w lustro i mrugnęłam do samej siebie. Raz w roku mam prawo nie być tylko matką i żoną. I jeśli cena za to jest małym kłamstwem finansowym, to jestem gotowa ją płacić. Bo szczęśliwa matka to szczęśliwy dom, nawet jeśli ten dom jest zbudowany na małym fundamencie tajemnicy.
Agata, 42 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Teściowa wiedziała lepiej, jak powinnam remontować dom. Nie mogłam nawet zdecydować o kafelkach we własnej kuchni”
- „Córka wprowadziła się do mnie na czas remontu mieszkania. Minęło pół roku, a ja nie mogę się pozbyć jej i moich wnuków”
- „Remont u sąsiadów wyciągnął z nas to, co najgorsze. Zaczęło się od wiertarki za ścianą, a skończyło na zdradzie”

