Reklama

Przez długi czas byłam przekonana, że mam wszystko pod kontrolą. W moim życiu nie było wielkich uniesień ani dramatów, za to był spokój, który brałam za dojrzałą miłość. Pierścionek na palcu przypominał mi, że zostałam wybrana, że ktoś widzi we mnie przyszłość. Walentynki miały być tylko potwierdzeniem tego, co już wiedziałam – że jesteśmy stabilni, pewni, gotowi na kolejne kroki.

Nic nie zapowiadało katastrofy

Z Julianem byliśmy razem cztery lata. Mówiliśmy o kredycie, o większym mieszkaniu, o tym, że kiedyś może pojawi się dziecko. Nie byliśmy parą, która wstawia zdjęcia z każdym śniadaniem do sieci. Nasza bliskość była cicha. Wspólna kawa w niedzielny poranek, lista zakupów przyklejona magnesem do lodówki, jego kurtka zawsze niedbale rzucona na oparcie krzesła.

Znowu ją tu zostawiłeś – mówiłam z udawaną surowością.

– Wiem, wiem. Bez niej mieszkanie nie byłoby moje – odpowiadał z uśmiechem.

Naprawdę lubiłam tę zwyczajność. Wydawało mi się, że jeśli ktoś potrafi być obok mnie w ciszy, to znaczy, że naprawdę chce zostać.

Pierścionek dostałam rok wcześniej. Nie było klękania w restauracji ani oklasków. Byliśmy w domu, w dresach. Julian wyjął małe pudełko z kieszeni bluzy.

Pomyślałem, że już czas – powiedział wtedy.

Brzmiało to jak decyzja podjęta przy planowaniu budżetu, a nie jak wyznanie, ale uznałam, że taka jest jego natura. Spokojny, wyważony, bez fajerwerków. Wmawiałam sobie, że to zaleta.

Każde walentynki traktowałam jako symbol. Nie chodziło o kwiaty czy prezenty. Chciałam usłyszeć: „Dobrze, że jesteś”. Byłam pewna, że teraz też to usłyszę. Nie widziałam powodów do niepokoju. Kiedy koleżanki opowiadały o zazdrości czy kłótniach, kiwałam głową z pobłażaniem. My się nie kłóciliśmy. My rozmawialiśmy. A przynajmniej tak mi się wydawało.

Dostałam od niego dziwny SMS

Wiadomość przyszła dwa dni przed walentynkami, kiedy siedziałam w biurze nad raportem. Telefon zawibrował krótko, dyskretnie. Uśmiechnęłam się, bo zawsze cieszyło mnie, gdy Julek pisał w ciągu dnia. „14.02, godz. 19:30. Restauracja Oranżeria, stolik przy oknie”. Tylko tyle. Przeczytałam raz. Potem drugi. Brakowało serduszka, żartu, choćby „nie spóźnij się”. Przez chwilę wpatrywałam się w ekran, jakbym miała znaleźć między literami ukryty ton.

Odpisałam: „Brzmi tajemniczo. Mam się wystroić?”. Odpowiedź przyszła po kilku minutach. „Tak. Bądź punktualnie”. Zamiast ciepła poczułam lekkie ukłucie, jakby coś było nie na miejscu. To jakaś gra? Julian rzadko bywał tak oszczędny w słowach, kiedy chodziło o nas. Nawet w zwykły wtorek potrafił napisać: „Tęsknię za tobą” albo „Co dziś na kolację, przyszła żono?”. Tym razem było sucho, konkretnie, niemal służbowo.

Próbowałam się z tego śmiać. Może planuje niespodziankę. Może chce mnie zaskoczyć. W końcu ta restauracja była miejscem, do którego chodziliśmy tylko na rocznice. Wieczorem, gdy wrócił z pracy, zapytałam niby mimochodem:

– Dużo teraz projektów u was?

– Standard – odpowiedział, zdejmując buty. – Trochę zamieszania przed końcem kwartału.

Patrzyłam, jak odkłada telefon na komodę. Ekran mignął powiadomieniem, ale odwrócił go szybko.

– Wszystko w porządku? – zapytałam.

– Jasne. A czemu pytasz?

– Tak po prostu.

Uśmiechnął się, ale to był uśmiech jak z fotografii do dowodu – poprawny, niekoniecznie szczery.

Przez kolejne dni wmawiałam sobie, że przesadzam. Kiedy mierzyłam sukienkę przed lustrem, myślałam o tym, jak bardzo chcę, by ten wieczór był piękny. Gładziłam palcem pierścionek, który lśnił na mojej dłoni.

– Zobaczysz – powiedziałam do swojego odbicia. – To będzie nasz dzień.

A jednak gdzieś pod skórą narastał niepokój. Nie umiałam go nazwać. To nie była zazdrość. Raczej przeczucie, że coś wymyka mi się spod kontroli.

W walentynkowy poranek Julian wyszedł wcześniej niż zwykle.

– Do zobaczenia – rzucił w drzwiach.

Nie spóźnij się – odpowiedziałam żartobliwie.

– Jasne.

Zostałam sama w mieszkaniu, które nagle wydało mi się dziwnie ciche. Jakby ściany czekały na coś razem ze mną.

Spodziewał się kogoś innego

Do restauracji dotarłam dziesięć minut przed czasem. Mróz szczypał w policzki, ale w środku było ciepło, pachniało cytrusami i świecami. Zdjęłam płaszcz, poprawiłam włosy i rozejrzałam się za stolikiem przy oknie. Siedział tam. Przez sekundę poczułam ulgę. Wszystko było na swoim miejscu. Biała koszula, ta sama, którą zakładał na rodzinne uroczystości. Nerwowo obracał w dłoniach telefon.

Uśmiechnęłam się i podeszłam bliżej.

Jestem punktualnie – powiedziałam lekko.

Podniósł wzrok. W jego oczach zobaczyłam coś, czego się nie spodziewałam. Zaskoczenie. Nie radość. Nie czułość. Czyste zdziwienie. Niemal szok.

Ula? – wymsknęło mu się.

Zatrzymałam się przy stoliku.

– No tak… Ula. Twoja narzeczona – spróbowałam zażartować.

Rozejrzał się odruchowo po sali, jakby kogoś szukał. Ten gest trwał ułamek sekundy, ale zdążyłam go zauważyć.

– Ale... Co ty tu robisz? – zapytał ciszej.

Serce zaczęło mi bić szybciej.

Dostałam od ciebie wiadomość – odpowiedziałam i wyjęłam telefon. – Czternasty, dziewiętnasta trzydzieści, stolik przy oknie.

Podałam mu ekran. Patrzył na niego dłużej, niż powinien.

– To… – zawahał się. – To jakaś pomyłka.

– Pomyłka? – powtórzyłam, czując suchość gardle. – Wysłałeś mi dokładny adres i godzinę. No to jesteśmy tutaj.

Musiałem się pomylić przy wysyłaniu – powiedział szybko, jakby do siebie. – To… nie było do ciebie.

Te słowa zawisły między nami jak ciężka zasłona. Nie było w nich ani skruchy, ani paniki. Raczej irytacja, że coś poszło nie tak.

Nie do mnie? – zapytałam cicho.

– Ula, to sprawy z pracy. Spotkanie. Nic wielkiego.

W walentynki? – spojrzałam na niego uważnie.

Nie odpowiedział od razu. Przesunął dłonią po włosach, jak robił zawsze, gdy nie wiedział, co powiedzieć.

To tylko kolacja biznesowa – dodał w końcu.

Zrozumiałam, że nie chodzi o to, co mówi, tylko jak to mówi. Nie było w nim próby uspokojenia mnie. Nie sięgnął po moją rękę. Nie powiedział: „Przepraszam, wyjaśnię ci wszystko”. Zamiast tego patrzył w stronę wejścia.

Czekasz na kogoś jeszcze? – zapytałam.

– Nie.

Kłamstwo przyszło zbyt szybko. W tamtej chwili coś we mnie się przełamało. Jeszcze nie wiedziałam co, ale już czułam, że jestem tu niemile widziana. Byłam pomyłką. Przeszkodą.

Kelner podszedł do stolika.

– Czy mogę już wziąć zamówienie?

Julian spojrzał na mnie bezradnie.

– My… chyba jednak zrezygnujemy – powiedziałam, zanim zdążył odpowiedzieć.

W jego oczach mignęła ulga. To zabolało najbardziej.

Tłumaczył się mętnie

Wyszliśmy przed restaurację. Powietrze było ostre, ale ja prawie go nie czułam. Stałam naprzeciw Juliana i patrzyłam na człowieka, z którym planowałam resztę życia. Nagle wydawał mi się kimś zupełnie obcym.

– Ula, nie rób z tego sceny – powiedział cicho.

– Ja? – uniosłam brwi. – To ja wysyłam wiadomości nie do tej osoby?

Westchnął ciężko, jakbym to ja była problemem.

– Mówiłem ci, to sprawy z pracy. Nina potrzebowała omówić projekt. Wysłałem wiadomość w pośpiechu i…

– Nina? – powtórzyłam, zanim zdążyłam się powstrzymać.

Odwrócił wzrok. To był ten moment, w którym chciałam, żeby zaprzeczył z przekonaniem, żeby się oburzył, żeby powiedział, że to nie tak. Zamiast tego milczał.

– To tylko kolacja służbowa – powtórzył, ale tym razem brzmiało to słabiej.

W walentynki? Przy stoliku przy oknie. O dziewiętnastej trzydzieści – wyliczałam spokojnie. – I zapomniałeś mi o tym wspomnieć?

– Nie chciałem, żebyś źle to odebrała.

Zaśmiałam się krótko.

– Czyli wiedziałeś, że mogę to źle odebrać.

Milczenie znów między nami zapadło. Przez chwilę słyszeliśmy tylko odgłosy miasta i czyjeś kroki na chodniku. Czułam, jak narasta we mnie coś ciężkiego, mieszanina wstydu i złości.

– Ula, to nic takiego – próbował jeszcze. – Rozmawiamy, dobrze nam się współpracuje. Może trochę się zagalopowałem z formą spotkania, ale to nie jest…

Nie dokończył.

– Nie jest czym? – zapytałam. – Nie jest zdradą? Nie jest kłamstwem?

– Nie przesadzaj.

To słowo zabolało bardziej niż wszystko inne. Przesadzam. Jakbym wymyślała historię, której nie było. W tamtej chwili przypomniałam sobie drobiazgi z ostatnich miesięcy. Dłuższe zostawanie w pracy. Telefon odkładany ekranem w dół. Odpowiedzi udzielane półgłosem. Wszystko układało się w całość, której wcześniej nie chciałam zobaczyć.

Czy ona wie o mnie? – zapytałam nagle.

– Oczywiście, że tak.

– I mimo to umówiłeś się z nią tutaj?

Zacisnął usta. Nie odpowiedział. Zrozumiałam, że nie chodzi o jedną kolację. Chodziło o to, że w jego planie ja przestałam być pierwsza. Może nawet przestałam być ważna w ogóle. Stałam w walentynkowy wieczór przed restauracją z pierścionkiem na palcu, który nagle ciążył bardziej niż kiedykolwiek.

Tych słów już nie dało się cofnąć

Patrzyłam na niego i czułam, że jeśli teraz odwrócę wzrok, to już zawsze będę odwracać go od rzeczy, które bolą.

– Ula, to się skomplikowało – powiedział w końcu, jakby tym jednym zdaniem mógł wszystko wyjaśnić.

– Skomplikowało? – powtórzyłam spokojnie. – To powiedz mi wprost. Umówiłeś się tu z Niną?

Przytaknął ledwie zauważalnie.

– Tak. Ale to nie jest tak, jak myślisz.

Te słowa zabrzmiały jak gotowa formułka.

– To jak jest? – zapytałam.

Westchnął, jakby miał do przekazania coś bardzo trudnego.

– Ostatnio… dużo rozmawialiśmy. Ona mnie rozumie. W pracy spędzamy ze sobą mnóstwo czasu. To się jakoś naturalnie potoczyło.

– Naturalnie – powtórzyłam. – A ja? Ze mną co się potoczyło?

Nie odpowiedział od razu.

Ty jesteś… stała – powiedział w końcu. – Pewna. Z tobą wszystko jest zaplanowane.

Zrozumiałam, że w jego ustach to nie był komplement.

Czyli wygodna – doprecyzowałam.

– Nie tak to chciałem ująć.

– Ale tak jest.

W jego spojrzeniu zobaczyłam coś, czego wcześniej nie dostrzegałam – ulgę, że nie musi już udawać. Jakby przypadkowo wysłany SMS zdjął z niego ciężar decyzji. Czułam, jak twarz mi sztywnieje. Łzy napływały do oczu, ale nie chciałam, by je zobaczył. Nie chciałam dać mu tej satysfakcji, że wciąż ma nade mną władzę.

Od kiedy? – zapytałam.

– Kilka miesięcy.

W tym czasie wybieraliśmy kolor ścian do sypialni. Rozmawialiśmy o wakacjach. Mówił do mnie „żono” z uśmiechem. Poczułam, jak coś we mnie opada. Nie nagle, nie dramatycznie. Raczej jak coś, co przestaje zasłaniać prawdę.

Pozbyłam się tego balastu

Zdjęłam rękawiczkę. Spojrzałam na pierścionek. Jeszcze rano wydawał mi się symbolem bezpieczeństwa. Teraz był dowodem na to, że uwierzyłam w coś, co istniało tylko w mojej głowie.

– Najgorsze jest to, że pozwoliłeś mi wierzyć, że wszystko jest w porządku.

Wyciągnęłam rękę i zdjęłam pierścionek. Palec nagle zrobił się lekki. Julian patrzył na mnie w milczeniu.

– Ula, nie podejmuj decyzji pod wpływem emocji.

To nie są emocje – odpowiedziałam spokojnie. – To jasność.

Włożyłam pierścionek w jego dłoń. Zamknął palce odruchowo.

Nie chcę być czyjąś pewną opcją – dodałam. – Jeśli potrzebujesz kogoś, kto daje ci wrażenie nowości, to znaczy, że ze mną już jej nie widzisz.

– Możemy to naprawić – spróbował jeszcze.

Pokręciłam głową.

– Nie naprawia się czegoś, co zniszczyło się z braku odwagi.

Odwróciłam się i ruszyłam przed siebie. Za plecami nie usłyszałam kroku. Nie próbował mnie zatrzymać. Szłam bez celu, zmarznięta, z sercem ściśniętym bólem. A jednak pod tym bólem była też ulga. Jakby ktoś w końcu zdjął mi z oczu opaskę.

W te walentynki zostałam singielką. Nie dlatego, że ktoś mnie zostawił. Dlatego, że przestałam zgadzać się na bycie tą drugą w czyimś planie. Miłość nie powinna być spokojem za wszelką cenę. Nie powinna być wygodą. Jeśli mam kiedyś znów nosić pierścionek, to tylko taki, który będzie symbolem wyboru każdego dnia, a nie przyzwyczajenia.

Wróciłam do mieszkania, spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy i wyszłam do przyjaciółki. Płakałam długo, ale wiedziałam, że zrobiłam jedyną rzecz, która pozwoli mi spojrzeć sobie w oczy bez wstydu. Straciłam narzeczonego. Odzyskałam siebie.

Urszula, 31 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama