Reklama

Nie potrafię opisać tego uczucia, kiedy ktoś, kogo kochasz i komu ufasz, decyduje się odejść w najmniej oczekiwanym momencie. Myślałam, że Jarek to ten jedyny, ktoś, z kim będę dzielić każdą radość i smutek. Przez ostatnie miesiące powoli uczyłam się ufać mu na nowo po naszych drobnych kryzysach. Wyobrażałam sobie, jak spędzamy walentynki — śmiejąc się, obejmując, być może nawet planując wspólną przyszłość. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że dwa dni przed tym świętem zostanę sama, pogrążona w rozpaczy i niepewności.

Siedząc w naszym wspólnym mieszkaniu, patrzyłam na zostawione przez niego rzeczy i czułam się jak statystka w filmie o własnym życiu. Nie sądziłam, że coś jeszcze będzie mnie w stanie podnieść na duchu, aż zadzwoniła Nina, moja najlepsza przyjaciółka, która miała dla mnie nietypową propozycję.

Słowa ugrzęzły mi w gardle

Dwa dni przed walentynkami wszystko wydawało się iść zwyczajnym torem. Rano Jarek wyszedł do pracy jak zwykle, zostawiając po sobie zapach perfum i niedopitą kawę na blacie. Miałam dziwne przeczucie, ale zrzuciłam to na stres w pracy, o którym wspominał ostatnio coraz częściej. Po południu próbowałam się skupić na obowiązkach zdalnych, ale myśli ciągle krążyły wokół niego. Czekałam na wiadomość, nawet zwykłe „wrócę później”, żeby wiedzieć, że wszystko jest w porządku.

Zadzwonił dopiero wieczorem, kiedy zaczęłam szykować kolację. Mój telefon zadźwięczał nagle, a serce mi zadrżało. Głos miał inny niż zwykle, jakiś obcy, zbyt spokojny.

— Hej, musimy pogadać. Czy mogę wpaść za godzinę?

Zgodziłam się, choć w środku już wiedziałam, że coś jest nie tak. Gdy wszedł, wyglądał jakby dopiero co wyszedł z burzy — mokre włosy, nieobecny wzrok. Nie chciał herbaty, nie usiadł nawet.

— To nie jest dla mnie łatwe, naprawdę. Muszę… muszę to zakończyć. Przepraszam, nie potrafię inaczej.

Stałam, nie wiedząc, czy powinnam płakać, czy go zatrzymać. Słowa ugrzęzły mi w gardle. A on tylko patrzył gdzieś obok mnie.

O świcie zadzwoniła Nina

Gdy drzwi za nim się zamknęły, usiadłam na podłodze, czując, jak cała siła ze mnie ulatuje. Nie miałam siły nawet płakać. Patrzyłam tępo na swoje odbicie w szybie, jakby tam po drugiej stronie siedziała zupełnie obca kobieta. Przez chwilę liczyłam, że Jarek wróci, że usłyszę znajomy szczęk jego kluczy, że powie, że to był kiepski żart. Cisza, która wypełniła mieszkanie, stała się wręcz ogłuszająca.

Przez następne godziny robiłam wszystko automatycznie: zbierałam jego ubrania, oglądałam zdjęcia, potem chowałam je z powrotem do szuflady. Nie potrafiłam uwierzyć, że to koniec. Próbowałam sobie wmówić, że to może chwilowe, że może się rozmyśli, że może do mnie zadzwoni. Głupio czekałam na wiadomość, choć wiedziałam, że jej nie dostanę. Noc była najgorsza. Leżałam w łóżku, wpatrzona w sufit, zadając sobie tysiące pytań. Co zrobiłam źle? Czy nie byłam wystarczająco dobra? Może powinnam zauważyć, że coś się psuje? Co teraz powiem rodzicom, co powiem znajomym, którzy już żartowali z naszych wspólnych planów na walentynki?

O świcie zadzwoniła Nina. Chciałam powiedzieć, że nie mam siły rozmawiać, ale ona już wiedziała.

Nawet trochę się bałam

Telefon od Niny wyrwał mnie z otępienia. Nawet nie zdążyłam wydusić „cześć”, gdy jej głos zalał mnie potokiem słów:

— Wiem już. Widziałam, że Jarek usunął wspólne zdjęcia. Nie pytam, czy żyjesz, bo słyszę, że nie do końca. Słuchaj, pakuj się. Zabieram cię dzisiaj wieczorem.

Nie miałam siły protestować, więc tylko cicho mruknęłam, że nie mam ochoty nigdzie wychodzić.

— Zostawię cię na jeden dzień, a potem będziesz leżeć w tym dresie do końca lutego — rzuciła ostro, ale czułam w jej głosie czułość, której sama sobie nie umiałam dać.

Pół dnia krzątałam się po mieszkaniu jak cień, nie mając nawet energii na łzy. Dopiero, gdy Nina weszła bez pytania z zakupami i winem, poczułam coś na kształt ulgi. Usiadła na podłodze obok mnie, jakbyśmy znowu miały po szesnaście lat i uciekały przed światem w dziecięcych piżamach.

— Jutro są walentynki, a ja mam dla nas coś lepszego niż randka — powiedziała z błyskiem w oku. — Idziemy na event. Nie pytaj, co to. Zaufaj mi, będzie dobrze.

Nie miałam pojęcia, co wymyśliła. Może nawet trochę się bałam, ale w tamtym momencie byłam gotowa chwycić się każdej nadziei.

Na początku byłam spięta

Było już ciemno, gdy Nina wyciągnęła mnie z mieszkania, dosłownie zmuszając do założenia spódnicy i zrobienia lekkiego makijażu. Nie miałam pojęcia, dokąd jedziemy, a ona nie chciała zdradzić szczegółów. Tylko się uśmiechała i powtarzała:

— Zaufaj mi, dziś nie będziesz się czuła jak porzucona dziewczyna.

Wysiadłyśmy w centrum, gdzie światła miasta mieniły się jakby specjalnie dla nas. Weszłyśmy do kameralnego klubu, gdzie już przy wejściu wręczono nam tajemnicze opaski. W środku było pełno ludzi, ale nie czułam się tam obco — atmosfera była ciepła, nieco szalona, pełna śmiechu i życzliwych spojrzeń. Na początku byłam spięta, ciągle miałam ochotę sprawdzać telefon, jakby Jarek mógł nagle napisać. Nina ciągnęła mnie jednak przez tłum, przedstawiała swoim znajomym, śmiała się głośno, a jej energia powoli mi się udzielała. Z czasem sama zaczęłam się otwierać, śmiałam się z żartów, nawet zatańczyłam do jakiegoś hitu z lat 2000.

W pewnym momencie jedna z dziewczyn z eventu, całkiem mi obca, spojrzała mi w oczy i powiedziała:

— On cię nie był wart. Czas na coś nowego.

I choć te słowa padły z ust nieznajomej, poczułam, że być może naprawdę mam jeszcze przed sobą coś nowego.

Otworzyłam się na rozmowy

Kiedy wyszłam na chwilę zaczerpnąć powietrza, wszystko wydawało mi się inne. Powietrze było chłodne, ale pierwszy raz od dawna poczułam, że oddycham naprawdę głęboko. Nina dołączyła do mnie, milcząc przez dłuższą chwilę, jakby wyczuwała, że potrzebuję ciszy.

— Wiesz, że jesteś silniejsza, niż ci się wydaje? — odezwała się nagle, podając mi kubek gorącej herbaty. — Zawsze byłaś.

Nie odpowiedziałam od razu. Patrzyłam na przejeżdżające samochody, światła odbijające się w kałużach, ludzi biegnących na ostatni tramwaj. Przez moment poczułam się częścią tej miejskiej mozaiki, a nie jak ktoś odcięty od reszty świata.

— Myślisz, że kiedyś to przestanie boleć? — zapytałam cicho.

— Tak — odpowiedziała stanowczo Nina. — I będziesz jeszcze szczęśliwa. Może nawet bardziej niż kiedykolwiek.

Wróciłyśmy do klubu, ale coś się zmieniło. Już nie czułam się jak osoba z pustką w środku. Otworzyłam się na rozmowy. Kiedy wymieniałam spostrzeżenia z nowymi ludźmi, śmiałam się i czułam, jakby ktoś zszywał mi serce od środka. Na koniec wieczoru poczułam wdzięczność: za Ninę, za ludzi, którzy wchodzą do naszego życia w najdziwniejszych momentach, i za samą siebie, że się nie poddałam.

Nie rozsypałam się na zawsze

Wróciłam do domu późno, z rozgrzanymi policzkami i zmęczeniem, które było inne niż zwykle. Nie takie ciężkie i przytłaczające, tylko… oczyszczające. W mieszkaniu nadal było cicho, nadal stał kubek po kawie, a na krześle wisiał mój sweter, którego Jarek kiedyś nie znosił, bo „gryzł w oczy”. Nagle to przestało mieć znaczenie. Pierwszy raz od dwóch dni nie miałam potrzeby, żeby wszystko po nim usuwać albo wszystko po nim zostawić. Po prostu byłam.

Nina odprowadziła mnie pod drzwi i przytuliła mocno, tak bez słów, jakby wiedziała, że każde zdanie mogłoby mnie teraz przewrócić.

— Jutro też do ciebie zadzwonię — powiedziała spokojnie. — I pojutrze, jeśli trzeba.

Kiwnęłam głową, czując, że łzy znów podchodzą mi do oczu, tylko tym razem nie były rozpaczą. Były ulgą. W walentynki rano obudziłam się wcześniej. Nie miałam nagle cudownej energii, nie byłam od razu „naprawiona”. Nadal bolało. Nadal miałam w głowie jego głos i to okropne zdanie, że „musi to zakończyć”. Tylko że obok tego pojawiło się coś jeszcze. Myśl, że mogę przeżyć dzień bez niego, że nie rozsypałam się na zawsze. A jeśli coś się we mnie zmieniło, to chyba to, że przestałam prosić los o powrót Jarka. Zaczęłam prosić o powrót siebie.

Iga, 28 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama