Reklama

Codzienność w moim małżeństwie była cicha jak zamknięte drzwi. Łukasz wracał, jadł kolację, a potem znikał w swoim świecie z komputerem. Ja nauczyłam się nie zadawać pytań. Kiedy więc pewnego popołudnia odebrałam bukiet kwiatów z krótką kartką bez podpisu, serce zabiło mi szybciej. Przez chwilę uwierzyłam, że wreszcie zostałam zauważona – i właśnie ta myśl przeraziła mnie najbardziej.

Miałam nadzieję, że się przyzna

Postawiłam kwiaty na stole w kuchni, dokładnie na środku, jakby miały pełnić rolę świadka. Wracałam do nich co kilka minut, poprawiałam wstążkę, dotykałam kartki opuszkami palców. Była krótka, niemal bezosobowa. „Miłego dnia”. Tylko tyle. Bez imienia, bez znaku, który pozwoliłby mi przestać zgadywać.

Kiedy Łukasz wrócił z pracy, specjalnie nie wspomniałam o bukiecie. Chciałam zobaczyć jego reakcję, ten jeden moment zawahania, błysk w oczach. Zdjął kurtkę, spojrzał w stronę stołu i… nic.

Ktoś tu był? – zapytał obojętnie, nalewając sobie wody.

– Nie – odpowiedziałam zbyt szybko. – Tylko kwiaty przyszły.

Spojrzał na nie jeszcze raz, jak na element wystroju, który pojawił się sam.

Ładne – rzucił i usiadł, wyciągając telefon.

To jedno słowo zabolało bardziej, niż gdyby nie powiedział nic. Czekałam, aż doda coś jeszcze. Że pamiętał. Że chciał sprawić mi przyjemność. Zamiast tego usłyszałam tylko dźwięk włączanego laptopa.

Wieczorem leżałam obok niego, plecami do pleców. W głowie układałam historie, w których to on stał w kwiaciarni, niezręcznie wybierając bukiet. Próbowałam dopasować ten gest do mężczyzny, który od miesięcy nie zapytał mnie, jak minął mi dzień.

– Łukasz… – zaczęłam cicho.

– Mhm? – mruknął, nie odrywając wzroku od ściany.

– A, nic – wycofałam się.

Wstydziłam się własnych nadziei. Tego, jak bardzo chciałam wierzyć, że jeden bukiet może coś zmienić. Leżałam w ciemności, słuchając jego równego oddechu, i czułam, jak ekscytacja powoli ustępuje miejsca frustracji. Nadzieja bolała najbardziej, bo rodziła się tam, gdzie od dawna było pusto.

Nie chciałam dopuszczać tej myśli

Spotkałam się z Celiną dwa dni później. Siedziałyśmy w małej kawiarni na rogu, tej samej, do której chodziłyśmy zawsze. Ona wybierała stolik przy oknie, jakby chciała mieć wyjście awaryjne z każdej rozmowy. Ja tym razem mówiłam szybciej niż zwykle, jakbym się bała, że jeśli przestanę, zabraknie mi odwagi.

– I wtedy pomyślałam, że to on – powiedziałam, mieszając łyżeczką w filiżance, choć herbata dawno wystygła. – Że może… no wiesz. Że coś do niego dotarło.

Przyjaciółka nie odpowiedziała od razu. Przyjrzała mi się uważnie, z tym swoim spokojem, który zawsze mnie rozbrajał.

– Patrycja – zaczęła w końcu. – A co on zrobił od tamtej pory?

Wzruszyłam ramionami.

– Nic. Ale nie każdy umie mówić o uczuciach.

– A umie je w ogóle okazywać? – zapytała łagodnie.

To pytanie zawisło między nami. Poczułam, jak coś we mnie się łamie, cienka warstwa ochronna, którą budowałam miesiącami.

Może to był początek – broniłam się słabo. – Może potrzebuje czasu.

Celina sięgnęła po moją dłoń.

A może to nie on – powiedziała cicho.

Zamarłam. Ta myśl była tak oczywista, że aż niewygodna. Zaczęłam odtwarzać w głowie fakty: charakter pisma na kartce, pora dostawy, brak jakiejkolwiek reakcji Łukasza. Za dużo luk. Za dużo dopowiedzeń z mojej strony.

– Wiesz – wyszeptałam. – Nawet jeśli to nie on, to i tak przez chwilę byłam szczęśliwa.

Celina nie zaprzeczyła. Tylko ścisnęła moją dłoń mocniej.

Wracając do domu, zaczęłam dostrzegać drobiazgi, które wcześniej ignorowałam. Zbyt długie spojrzenia na klatce schodowej sąsiada, który zawsze wiedział, kiedy wracam. Uśmiech, który pojawiał się zbyt szybko. Obraz, który sobie stworzyłam, zaczął się zmieniać. A ja po raz pierwszy dopuściłam do siebie myśl, że prawda może być znacznie mniej romantyczna, niż chciałam wierzyć.

Czułam się obserwowana

Zaczęłam go zauważać dopiero wtedy, gdy przestałam szukać znaków u Łukasza. Norbert mieszkał drzwi w drzwi od lat, a jednak wcześniej był dla mnie tylko cieniem na klatce schodowej. Teraz ten cień nabierał kształtów. Zbyt wyraźnych.

Pierwsze spotkanie po rozmowie z Celiną było banalne. Wychodziłam z mieszkania z torbą na zakupy, gdy drzwi obok otworzyły się niemal równocześnie.

Dzień dobry – powiedział, odsuwając się, żebym mogła przejść.

– Dzień dobry – odpowiedziałam automatycznie.

Uśmiechnął się. Ten uśmiech był spokojny, ale coś w nim mnie uwierało, jak źle dopasowany guzik.

Ładne tamte kwiaty – dodał nagle. – Widziałem, jak kurier je przynosił.

Zatrzymałam się na pół kroku.

– Tak? – zapytałam, starając się, by mój głos brzmiał naturalnie.

Wychodziłem akurat chwilę wcześniej – wyjaśnił szybko. – Miły gest. Rzadko się takie rzeczy widzi.

Skinęłam głową i wyszłam, czując na plecach jego spojrzenie. Przez resztę dnia wracałam do tych słów. „Widziałem”. „Wychodziłem akurat”. Zaczęłam liczyć takie drobiazgi. To, że zawsze wiedział, kiedy wracam. Zagadywał mnie tylko wtedy, gdy byłam sama. Pamiętał szczegóły, których nigdy mu nie mówiłam.

Pewnego popołudnia spotkaliśmy się przy skrzynkach na listy.

Pani mąż znów pracuje do późna – rzucił mimochodem.

– Skąd pan wie? – zapytałam, zanim zdążyłam się ugryźć w język.

Wzruszył ramionami.

Często go nie ma. Zauważa się takie rzeczy.

Uśmiechnął się, a mnie przeszedł dreszcz. To nie była uprzejmość. To była obserwacja. Wracałam do mieszkania szybciej niż zwykle, zamykając za sobą drzwi z uczuciem, że coś niewidzialnego zostało po drugiej stronie.

Wieczorem spojrzałam na kwiaty zupełnie inaczej niż pierwszego dnia. Nie jak na obietnicę, ale jak na znak, którego znaczenia bałam się domyślić. Coraz wyraźniej czułam, że ktoś przekroczył granicę, zanim zdążyłam ją w ogóle postawić.

Prawda wyszła na jaw przez paragon

To przyszło do mnie w najbardziej prozaiczny sposób. Bez dramatycznych słów, bez konfrontacji. Po prostu prawda sama się odsłoniła, jakby uznała, że dłużej nie ma sensu się ukrywać. Wracałam z pracy wcześniej niż zwykle. Klatka schodowa była pusta, cicha. Na wycieraczce u sąsiada leżał jakiś papierek. Rozejrzałam się dookoła i się schyliłam. To był paragon z kwiaciarni. Na dokładnie taki bukiet, jak dostałam. Zgadzała się data, godzina dostawy, wszystko. Musiał mu wypaść.

Przez chwilę stałam bez ruchu, jakby ciało zapomniało, do czego służą nogi. W głowie zaczęły przewijać się obrazy: jego spojrzenia, komentarze, wiedza o mojej codzienności. Każdy drobny gest, który wcześniej próbowałam usprawiedliwić, teraz układał się w spójną całość.

Zamknęłam się w mieszkaniu i oparłam plecami o drzwi. Kwiaty wciąż stały na stole. Nagle wydały mi się obce, ciężkie. Nie były już symbolem nadziei, tylko dowodem na to, jak łatwo pozwoliłam komuś wejść do mojego świata bez pytania.

Łukasz wrócił późnym wieczorem.

Coś się stało? – zapytał, widząc moją twarz.

Chciałam mu powiedzieć wszystko. O strachu, o poczuciu naruszenia, o tym, jak bardzo się pomyliłam. Ale słowa ugrzęzły mi w gardle.

Nie, nic – odpowiedziałam cicho. – Jestem tylko zmęczona.

Patrzyłam na niego i wiedziałam już, że największy ból nie wynikał z tego, co zrobił sąsiad. Najbardziej bolało to, że byłam tak spragniona uwagi, że nie zapytałam, skąd ona naprawdę pochodzi. Pozwoliłam sobie wierzyć w coś, co nigdy nie miało prawa być prawdą. Kwiaty wyrzuciłam następnego dnia. A razem z nimi coś jeszcze – resztki złudzeń, które trzymały mnie w miejscu.

Straciłam resztki złudzeń

Po wyrzuceniu kwiatów w mieszkaniu zrobiło się dziwnie pusto. Nie spokojnie – pusto w sposób, który obnaża każdy dźwięk, każdy ruch. Zaczęłam zamykać drzwi na klucz nawet wtedy, gdy byłam w środku. Sprawdzałam wizjer, zanim wyszłam na klatkę. Norberta widywałam rzadziej, jakby nagle zniknął, ale jego nieobecność nie przynosiła ulgi. To, co już zostało we mnie uruchomione, nie dało się wyłączyć.

Z Łukaszem prawie nie rozmawialiśmy. A właściwie – rozmawialiśmy dokładnie tyle samo jak wcześniej, tylko ja już nie potrafiłam udawać, że mi to wystarcza. Kiedy siedział wieczorem na kanapie, zapytałam w końcu:

Czy ty w ogóle mnie jeszcze widzisz?

Spojrzał na mnie z zaskoczeniem, jakby pytanie było zadane w obcym języku.

– Jasne. Przecież jesteśmy tu razem – odpowiedział po chwili.

Wtedy zrozumiałam, że dla niego to było wszystko. A dla mnie – za mało. Nie doszło do wielkiej rozmowy ani dramatycznych decyzji tego samego dnia. Ale coś się we mnie domknęło. Przestałam tłumaczyć cudzą obojętność i własną samotność. Przestałam też obwiniać się za to, że chciałam być ważna. To nie była słabość. Słabością było udawanie, że niczego mi nie brakuje.

Największym zagrożeniem nie był Norbert. On tylko wykorzystał pustkę, którą nosiłam w sobie. Prawdziwym problemem było to, jak bardzo nauczyłam się żyć bez miłości, wmawiając sobie, że to normalne. Dziś wiem, że jeśli kiedykolwiek jeszcze poczuję się niewidzialna, nie będę już czekać na cudze gesty. Zareaguję wcześniej. Dla siebie.

Patrycja, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama