Reklama

Poranek po walentynkach niczym nie różnił się od innych. Kawa stała na blacie zbyt długo, a cisza w mieszkaniu była gęsta i lepka. Byłam zmęczona, bardziej niż zwykle. Gdy zobaczyłam bukiet róż, poczułam krótkie zdziwienie, a zaraz potem coś, co trudno było nazwać radością. Kwiaty były świeże, aż nazbyt. Paweł rzucił tylko, że „tak wyszło”. I wtedy zrozumiałam, że najbardziej boli nie brak gestów, ale moment, w którym się pojawiają.

Mąż się tłumaczył

Róże stały w wazonie, który wyciągnęłam z szafki. Był z tych, których używa się rzadko, na specjalne okazje. Obracałam go w dłoniach, zanim nalałam wody, jakby szkło mogło mi coś podpowiedzieć. Kwiaty były idealne. Właśnie to mnie niepokoiło najbardziej.

Paweł krzątał się po kuchni, zbyt cicho jak na siebie. Otwierał i zamykał szafki, choć nie wyciągał z nich niczego konkretnego. Czułam jego obecność za plecami, ale nie odwracałam się.

– Ładne – rzuciłam w końcu, bardziej do róż niż do niego.

– Pomyślałem, że ci się spodobają – odpowiedział szybko. Za szybko. – Wczoraj nie było kiedy.

Wczoraj. To słowo zawisło między nami ciężkie i niewygodne. Walentynki, które minęły bez kolacji, bez wspólnego wieczoru, bez nawet głupiego „wszystkiego dobrego”. Tłumaczył się zmęczeniem, ja skinęłam głową. Zawsze skinęłam.

– Bez kartki? – zapytałam, udając obojętność.

– Zapomniałem – powiedział i odchrząknął. – Przecież wiesz, że nie jestem dobry w takie rzeczy.

Wiedziałam. Zbyt dobrze. Wiedziałam też, że kiedyś się starał. Że potrafił zostawiać krótkie zdania na lodówce, wysyłać wiadomości bez okazji. To wszystko zniknęło powoli.

Pochyliłam się nad wazonem. Zapach był intensywny, niemal nachalny. Róże wyglądały, jakby miały swoją historię, tylko nie byłam pewna, czy ja byłam jej częścią.

– Nie musiałeś – powiedziałam w końcu.

– Chciałem, bo przecież były walentynki – odparł, ale nie spojrzał mi w oczy.

To było jak drobny zgrzyt, ledwo słyszalny, a jednak nie do zignorowania. Przypomniałam sobie inne momenty: niedokończone rozmowy, odkładane obietnice, wieczory, kiedy siedzieliśmy obok siebie, ale jakby w różnych światach. Wtedy jeszcze tłumaczyłam to pracą, stresem, dorosłym życiem.

Teraz patrzyłam na bukiet i czułam, że coś się nie zgadza. Jakby ktoś próbował dopasować gest do daty, która już minęła. A ja nie wiedziałam, czy bardziej boli mnie myśl, że Paweł zapomniał o wczoraj, czy że przypomniał sobie dopiero dziś.

Analizowałam walentynki

Wróciłam myślami do wczorajszego. Czternasty lutego był zwyczajny aż do bólu. Paweł był w pracy i napisał krótko, że zostanie dłużej, bo „coś się przeciągnęło”. Odpisałam, że w porządku. Nawet dodałam uśmiech, choć nie było mi do śmiechu.

W mieszkaniu było cicho. W telefonie oglądałam zdjęcia cudzych kolacji, bukietów, świec. Przesuwałam je bez zazdrości, raczej z poczuciem, że oglądam coś z innego świata. Tłumaczyłam Pawła w myślach. Że jest ambitny. Że odpowiedzialny. Że to tylko data. Przecież byliśmy dorośli. Przecież miłość nie potrzebuje kalendarza. Powtarzałam to sobie kilka razy.

Gdy wrócił, było już późno. Zdjął kurtkę, pocałował mnie w policzek.

– Padam z nóg – powiedział. – Przepraszam.

– Nic się nie stało – odpowiedziałam automatycznie.

Usiadł obok mnie, ale po chwili sięgnął po telefon. Ekran rozświetlił jego twarz. Zobaczyłam na niej coś, czego nie potrafiłam wtedy nazwać. Skupienie? Ulgę? Uśmiech, który pojawił się i zniknął zbyt szybko.

– Ktoś z pracy? – zapytałam.

– Tak – odparł krótko. – Klara. Musimy jeszcze coś domknąć.

Klara. Imię zabrzmiało zwyczajnie, a jednak poczułam lekkie ukłucie. Znałam ją tylko z opowieści. Zbyt częstych, jak na kogoś, kto miał być tylko współpracownicą. Odsunęłam tę myśl. Nie chciałam psuć wieczoru, który i tak był już pusty. Poszliśmy spać wcześnie, każdy po swojej stronie łóżka. Leżałam długo z otwartymi oczami, słuchając jego oddechu. Próbowałam zasnąć, wmówić sobie, że to tylko zmęczenie, że jutro będzie normalnie.

Dziś wiedziałam, że tamtego wieczoru byłam sama bardziej niż kiedykolwiek. I że już wtedy coś we mnie zaczęło podejrzewać, choć jeszcze nie miało odwagi wypowiedzieć tego na głos.

Byłam podejrzliwa

Przez kolejne dni zauważyłam, że mąż co chwilę ukradkiem zerkał na telefon. Odkładał go ekranem do dołu, potem znów brał do ręki, jakby sprawdzał godzinę, choć zegar wisiał dokładnie naprzeciwko.

– Zrobię obiad – powiedział nagle. – Ty usiądź, odpocznij.

Nigdy nie mówił tego w taki sposób. Zwykle dzieliliśmy się obowiązkami bez słów. Teraz jego uprzejmość była przesadna, jakby starał się wyrównać niewidzialny bilans.

Usiadłam przy stole i obserwowałam go, udając, że czytam wiadomości. Kroił warzywa zbyt szybko, dłonie miał napięte. Kiedy nóż stuknął głośniej o deskę, drgnął.

– Wszystko okej? – zapytałam.

– Jasne – odpowiedział bez wahania. – Czemu pytasz?

Wzruszyłam ramionami. Nie chciałam jeszcze mówić. Milczenie wydawało się bezpieczniejsze, dawało mi czas. W nim mogłam łączyć fakty, przypominać sobie drobne zmiany: późniejsze powroty, poranki bez rozmów, jego myślami nieobecnymi nawet wtedy, gdy siedział obok.

Klara pojawiała się w tych wspomnieniach zbyt często. W zdaniach zaczynających się od „Klara uważa” albo „Klara też tak miała”. Nie była winna sama w sobie, a jednak stała się punktem odniesienia, którego wcześniej nie było.

Paweł podał obiad, zapytał, czy mi smakuje. Skinęłam głową. Jadłam mechanicznie, nie czując smaku. On unikał mojego wzroku, jak mówił więcej niż zwykle, a jednocześnie nie mówił niczego ważnego. Wieczorem zostałam sama w salonie. Paweł zamknął się w sypialni, tłumacząc, że musi jeszcze coś sprawdzić. Nie zapytałam co. Już nie chciałam znać odpowiedzi. Patrzyłam na róże, które nadal wyglądały świeżo. Przestały być znakiem czegokolwiek dobrego.

Przypomniałam sobie jego spóźniony powrót w walentynki. Uśmiech, który zniknął, gdy zapytałam o telefon. Nadmierną uprzejmość następnego dnia. Już domyśliłam się, że praca z Klarą na pewno była czymś więcej wtedy i każdego dnia. Ja byłam już tylko opcją, planem B. Spojrzałam na zamknięte drzwi sypialni i rozpłakałam się.

Irena, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama