Reklama

Każdy mój dzień zaczynał się i kończył myślą o nim. O tym, czy wstał, czy zjadł, czy ma plan, choćby na jutro. Kiedyś byłam kobietą, żoną, matką dwójki dzieci. Teraz byłam głównie matką jednego dorosłego syna, który wrócił „na chwilę”. Pamiętam tamten dzień wyraźnie: stał w progu z torbą, wzrok miał wbity w podłogę, a ja bez wahania pościeliłam mu łóżko. Wtedy jeszcze wierzyłam, że to tylko przystanek. Nie zauważyłam momentu, w którym ta chwila rozciągnęła się na dziesięć lat.

Musiałam pomóc synowi

Kiedy Łukasz zadzwonił, byłam akurat w kuchni. Obierałam ziemniaki, a radio grało cicho, jakby bało się przerwać spokój. Jego głos był zachrypnięty, niepewny. Powiedział, że coś mu nie wyszło, że musi wrócić na chwilę, tylko się pozbiera i pójdzie dalej. Słuchałam i już wtedy wiedziałam, że odpowiem tak, jak każda matka, która nie potrafi odwrócić się plecami.

Mamo, to naprawdę na krótko – dodał szybko, jakby bał się mojej ciszy.

– Wiem, synku – powiedziałam. – Przyjedź. Poradzimy sobie.

Wieczorem rozmawiałam o tym z Wiktorem. Siedział przy stole, dłonie miał splecione, wzrok utkwiony w blacie. Zawsze tak robił, gdy coś go uwierało, ale nie umiał tego nazwać.

– A jeśli to potrwa dłużej? – zapytał w końcu.

– To nasz syn – odpowiedziałam zbyt szybko. – Przecież nie zostawimy go samego.

Wiktor westchnął, ale nie zaprzeczył. To milczenie uznałam za zgodę, choć dziś wiem, że było raczej rezygnacją. Ja natomiast poczułam ulgę. Nagle znów byłam potrzebna. Ktoś na mnie liczył, ktoś mnie potrzebował bardziej niż ja jego.

Kiedy Łukasz przyjechał, wyglądał na mniejszego, jakby życie zabrało mu część pewności. Wniosłam mu herbatę do pokoju, poprawiłam koc, zapytałam, czy jest głodny. Uśmiechnął się blado.

– Dzięki, mamo. Tylko parę tygodni, zobaczysz.

Przytaknęłam, choć w środku coś mi drgnęło. Może strach, a może wstyd, że cieszę się z jego powrotu bardziej, niż powinnam. Zaczęłam go usprawiedliwiać – przed Wiktorem, przed sąsiadkami, a najbardziej przed sobą. Mówiłam, że ma trudny czas, że każdy może się potknąć. Nie zauważyłam, kiedy opieka zamieniła się w obowiązek, a obowiązek w sens mojego dnia. Każda moja zgoda była małym krokiem, po którym coraz trudniej było się cofnąć.

Nie widziałam, że jest leniem

Na początku wszystko miało swój porządek. Wstawałam wcześnie, robiłam śniadanie, potem każdy rozchodził się w swoją stronę. Tyle że z czasem tych „stron” zostało coraz mniej. Łukasz spał dłużej, dzień zaczynał wtedy, gdy ja miałam już za sobą pół obowiązków. Zauważyłam, że kupuję inne pieczywo, bo takie lubił, że gotuję zupy, których wcześniej nie robiłam. Mówiłam sobie, że to drobiazgi.

Mamo, nie ma już kawy? – zapytał pewnego ranka, stojąc w drzwiach kuchni.

– Jest, tylko muszę zaparzyć – odpowiedziałam, odkładając to, co robiłam.

– Aha… bo myślałem, że już będzie.

Nie powiedział tego z pretensją, ale poczułam się tak, jakbym czegoś nie dopilnowała. Wiktor siedział przy stole i jadł w ciszy. Od kilku miesięcy jadał szybciej, jakby chciał jak najszybciej wyjść z kuchni.

– Może byś dziś poszedł coś załatwić? – rzucił nagle, nie patrząc na syna.

– Co konkretnie? – Łukasz wzruszył ramionami.

– Cokolwiek. Pracy poszukać, zapytać…

Tato, mówiłem, że to nie takie proste.

Zapadła cisza, gęsta i lepka. Postawiłam przed Łukaszem kubek.

– Zostawmy to – powiedziałam szybko. – Nie przy stole.

Wiktor wstał, odsunął krzesło zbyt gwałtownie.

– My nigdy o tym nie rozmawiamy – mruknął i wyszedł z kuchni.

Zostałam z synem sama. Uśmiechnął się do mnie krzywo.

– On zawsze się czepiał.

Nie zaprzeczyłam. Zamiast tego zaczęłam opowiadać o promocjach w sklepie, o pogodzie, o wszystkim, co nie bolało. Coraz częściej rezygnowałam z własnych planów, bo „Łukasz może będzie czegoś potrzebował”. Wiktor przestał pytać, dokąd idę. Przestał też mówić, co go martwi.

Wieczorami siadałam w fotelu i słuchałam kroków syna w pokoju obok. Każdy dźwięk był przypomnieniem, że dom, który kiedyś był schronieniem, stał się polem cichego napięcia. Nikt nie krzyczał. Wszyscy tylko coraz bardziej milczeli. I tak mijały lata.

Ciągle go tłumaczyłam

Monika wpadła w niedzielę, bez zapowiedzi. Stała w progu z torbą na ramieniu, pewna siebie, jak zawsze. Ucałowała mnie w policzek, skinęła głową do ojca i spojrzała w głąb mieszkania.

– On jeszcze śpi? – zapytała bez cienia zdziwienia.

Wczoraj długo siedział – odpowiedziałam odruchowo. – Musi odpocząć.

Usiadłyśmy w kuchni. Zrobiłam herbatę, taką jak lubiła. Wiktor czytał gazetę, ale widziałam, że nie przewraca stron. Monika bawiła się łyżeczką, aż w końcu odłożyła ją z cichym brzękiem.

– Mamo, to trwa dziesięć lat – powiedziała spokojnie. – To już nie jest „chwila”.

Poczułam, jak coś ściska mnie w środku.

– Nie każdy idzie tą samą drogą – odparłam. – On jeszcze szuka siebie.

– A ty? – zapytała cicho. – Kiedy pomyślałaś o sobie?

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Zamiast tego zaczęłam sprzątać blat, choć był czysty.

– Łukasz ma trudniej – ciągnęłam, jakbym recytowała znaną formułkę. – Teraz czasy są inne.

– Czasy zawsze są inne – przerwała. – Ale on ma tu wszystko. Ty i tata żyjecie jakby wokół niego.

Wiktor chrząknął, ale nic nie dodał. Monika wstała.

Nie mówię tego ze złośliwości – powiedziała już przy drzwiach. – Po prostu się boję, że kiedyś obudzisz się bardzo zmęczona.

Kiedy wyszła, długo siedziałam sama. Słowa córki krążyły mi w głowie, a ja próbowałam je od siebie odsunąć. Przecież Łukasz coś planował. Mówił o kursach, o pomysłach, o tym, że „na razie się rozgląda”. Chciałam w to wierzyć, bo bez tej wiary musiałabym przyznać, że najbardziej boję się ciszy w pustym domu.

Gdy Łukasz w końcu wyszedł z pokoju, uśmiechnął się jak dawniej.

– Monika była?

– Była – odpowiedziałam. – Pytała, jak sobie radzisz.

Wzruszył ramionami.

– Jakoś leci.

Przytaknęłam, choć poczułam ukłucie. Bo coraz częściej zastanawiałam się, dokąd właściwie to „jakoś” prowadzi.

Mąż nie wytrzymał

Stało się to zwyczajnego popołudnia, bez zapowiedzi. Zupa stygnęła na kuchence, a ja składałam pranie, kiedy usłyszałam podniesione głosy. Wiktor i Łukasz stali w przedpokoju, naprzeciwko siebie. Jeden blady, drugi obojętny.

– Ile jeszcze? – zapytał Wiktor. – Powiedz mi, ile jeszcze mamy czekać.

Łukasz oparł się o ścianę, ręce schował do kieszeni.

– Na co?
– Na to, aż zaczniesz żyć na własny rachunek – odpowiedział Wiktor. – My nie jesteśmy wieczni.

Weszłam między nich niemal automatycznie.

– Przestańcie – powiedziałam. – To nie jest dobry moment.

– A kiedy będzie? – Wiktor spojrzał na mnie po raz pierwszy. – Helena, ja już nie mam siły udawać.

Łukasz wzruszył ramionami.

– Zawsze mogę się wyprowadzić, skoro wam przeszkadzam.

Zabolało mnie to bardziej, niż się spodziewałam.

– Nikt tak nie mówi – zaprzeczyłam szybko. – Przecież wiesz, że możesz tu być.

Wiktor zaśmiał się krótko, bez radości.

– Właśnie o to chodzi. On zawsze może, a my zawsze musimy.

Zapadła cisza. Czułam, jak coś we mnie pęka, jakby przez lata zbierane napięcie nagle nie miało już gdzie się podziać. Spojrzałam na syna. Nie widziałam w nim chłopca, którego kiedyś tuliłam, tylko dorosłego mężczyznę, który nie zamierzał się tłumaczyć.

– Idę do siebie – rzucił i zamknął drzwi pokoju.

Wiktor usiadł ciężko na krześle.

Ja już nie wiem, kim tu jestem – powiedział cicho. – Ojcem czy tylko dodatkiem do jego życia.

Nie znalazłam odpowiedzi. Po raz pierwszy dotarło do mnie, że moja miłość stała się wygodnym schronieniem dla cudzej bierności. I że, próbując chronić syna, zostawiłam męża i samą siebie bez ochrony.

Coś się musi zmienić

Tego wieczoru nie zapytałam Łukasza, na co ma ochotę na kolację. Zrobiłam coś prostego, dla siebie i Wiktora. Jedliśmy w ciszy, ale była inna niż zwykle. Mniej napięta, bardziej czujna. Syn wyszedł ze swojego pokoju później, spojrzał na garnek.

– Już po? – zapytał.

– Tak – odpowiedziałam spokojnie. – Zostało trochę w lodówce.

Skinął głową i nic nie powiedział. Zaskoczyło mnie, jak bardzo drżały mi ręce, kiedy myłam naczynia. Bałam się jego reakcji, obrazy, pretensji. Nic z tego nie przyszło. Zamiast burzy była cisza, a w tej ciszy poczułam coś nowego. Ulgę zmieszaną z lękiem.

W nocy długo nie mogłam zasnąć. Myślałam o wszystkich latach, w których myliłam miłość z poświęceniem. O tym, jak łatwo usprawiedliwiałam cudzą bezczynność, bo bałam się pustki. Zrozumiałam, że zatrzymałam syna nie z troski, ale z własnego strachu przed byciem nikomu niepotrzebną.

Nie wiem jeszcze, co zrobię jutro. Nie wiem, czy znajdę w sobie odwagę, by postawić granice i ich pilnować. Wiem tylko, że pierwszy raz od dawna poczułam, że mam wybór. A bycie dobrą matką nie powinno oznaczać znikania.

Helena, 68 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama