„Dopiero co przeszłam na emeryturę, a syn już każe mi pisać testament. Mam wybić sobie z głowy wymarzone podróże”
„– Myśleliśmy nawet, że można by przepisać mieszkanie na mnie już teraz – powiedział, udając swobodę. – Oczywiście z dożywotnim użytkowaniem dla ciebie. To czysta formalność. – Formalność? – powtórzyłam, czując, jak serce bije mi szybciej. – To mój dom”.

Kiedy wróciłam do domu ostatniego dnia pracy, zamiast smutku czułam coś na kształt młodzieńczej ekscytacji. Wreszcie czas tylko dla mnie. Przez lata liczyłam cudze pieniądze jako księgowa, odkładając własne marzenia na później. Teraz w notesie zapisałam: Lizbona, fiordy w Norwegii, może Włochy. Nie przypuszczałam, że dla mojego syna moja emerytura będzie początkiem końca.
Miałam swoje plany
Obiad z okazji mojej emerytury miał być świętem. Upiekłam sernik, Wiktor przyniósł kwiaty, Patrycja elegancko zapakowaną świecę o zapachu wanilii. Siedzieliśmy przy stole jak dawniej, tylko rozmowa nie miała w sobie dawnej lekkości.
– No i co teraz, mamo? – zapytał Wiktor, krojąc mięso na równe kawałki. – Masz jakiś plan?
– Oczywiście – uśmiechnęłam się. – Chcę trochę świata zobaczyć. Zawsze marzyłam o Portugalii. I o fiordach w Norwegii. Wyobrażasz sobie, jak tam musi być pięknie?
Spojrzał na mnie uważnie, jakby oceniał, czy żartuję.
– Podróże są fajne, ale trzeba myśleć przyszłościowo.
To zdanie zawisło nad stołem cięższe niż porcelanowy półmisek.
– Przyszłościowo? – powtórzyłam. – Właśnie o tym mówię.
– Chodzi mi o zabezpieczenie. Testament, ubezpieczenie. Lepiej uporządkować sprawy wcześniej, żeby potem nie było problemów.
Patrycja skinęła głową.
– To takie odpowiedzialne – dodała. – Wiesz, różnie bywa.
Przez chwilę patrzyłam na nich oboje. Wiktor mówił rzeczowo, spokojnie, jak podczas prezentacji w pracy. Nie było w tym ciepła, tylko kalkulacja. Jakby omawiał plan inwestycyjny, nie życie własnej matki.
– Wiktor, ja dopiero zaczynam nowy etap – powiedziałam lżej, niż czułam. – Nie wybieram jeszcze trumny.
Skrzywił się lekko.
– Mamo, przesadzasz. To formalności. Każdy rozsądny człowiek to robi.
Słowo „rozsądny” zabolało mnie bardziej, niż chciałam przyznać. Czy moje marzenia były nierozsądne?
Syn czekał na testament
Od tamtego dnia odwiedzał mnie częściej. Zawsze z tym samym tematem. Siadał przy stole w kuchni, wyciągał telefon, coś notował.
– Mieszkanie jest własnościowe, prawda? – upewniał się. – A działka po dziadku? Masz wszystkie dokumenty?
– Mam – odpowiadałam krótko.
– To warto by było to jakoś spisać. Żeby uniknąć nieporozumień.
– Jakich nieporozumień? – zapytałam któregoś popołudnia ostrzej.
– No… między mną a Patrycją, w przyszłości. Lepiej wszystko jasno określić.
W jego oczach widziałam coś, czego wcześniej nie dostrzegałam – zniecierpliwienie. Jakby mój brak entuzjazmu wobec testamentu był dziecięcym uporem.
– Wiktorze, czy ty myślisz, że ja zaraz… – urwałam.
– Nie o to chodzi – wszedł mi w słowo. – Po prostu w twoim wieku trzeba być przygotowanym.
Wróciły do mnie obrazy sprzed lat. Mały Wiktor w gorączce, siedzący na moich kolanach. Ja, biegnąca po nocach do apteki. Ja, licząca każdy grosz, żeby miał lepsze studia. Nigdy nie myślałam o sobie, zawsze o nim. Teraz siedział naprzeciwko mnie jak dorosły mężczyzna, który już wszystko poukładał. Tylko mnie próbował ustawić w odpowiedniej szufladzie.
– A jeśli chcę wydać część oszczędności na podróże? – zapytałam pewnego dnia.
Westchnął.
– Mamo, to nie jest najlepszy moment na takie wydatki.
– A jaki będzie najlepszy? – spojrzałam mu prosto w oczy.
Nie odpowiedział od razu.
– Po prostu uważam, że powinnaś myśleć odpowiedzialnie.
– Dziękuję za troskę – powiedziałam chłodno. – Ale o swoje życie jeszcze potrafię zadbać.
Kiedy wyszedł, mieszkanie wydawało się nagle zbyt ciche. Usiadłam na kanapie i patrzyłam na ścianę. Po raz pierwszy od lat poczułam się nie jak matka, lecz jak problem do rozwiązania. I to uczucie było upokarzające.
Nie liczyli się ze mną
Patrycja zawsze była uprzejma. Uśmiechnięta, nienagannie ubrana, z tym swoim spokojnym tonem, który sprawiał, że trudno było jej odmówić. Dopiero teraz zaczęłam dostrzegać, jak wiele w jej uprzejmości było chłodnej kalkulacji.
Któregoś popołudnia przyszli razem. Przynieśli ciasto z cukierni i nową herbatę „na uspokojenie”. Patrycja rozejrzała się po salonie dłużej niż zwykle. Jej wzrok zatrzymał się na kredensie po mojej mamie.
– Piękny mebel – powiedziała, przesuwając palcem po drewnie. – Takich już się nie robi.
– To pamiątka – odpowiedziałam krótko.
Usiedliśmy przy stole.
– Mamo, wracając do naszej rozmowy – zaczął Wiktor – my naprawdę chcemy ci pomóc.
– Pomóc w czym? – zapytałam.
Patrycja pochyliła się lekko w moją stronę.
– W uporządkowaniu spraw. Wiesz, koszty leczenia, opieki… Lepiej, żebyśmy wiedzieli, jak to będzie wyglądać. Żebyś nie musiała się martwić.
Zastanowiło mnie to „żebyśmy wiedzieli”. Nie „żebyś ty była spokojna”, tylko oni.
– Na razie czuję się dobrze – odpowiedziałam. – I zamierzam z tego korzystać.
Wiktor spojrzał na żonę, jakby dawał jej znak.
– Myśleliśmy nawet, że można by przepisać mieszkanie na mnie już teraz – powiedział, udając swobodę. – Oczywiście z dożywotnim użytkowaniem dla ciebie. To czysta formalność.
– Formalność? – powtórzyłam, czując, jak serce bije mi szybciej. – To mój dom.
– I nadal by nim był – wtrąciła Patrycja łagodnie. – Po prostu uniknęlibyśmy komplikacji.
Zrobiło mi się duszno. Przez chwilę miałam wrażenie, że siedzę przy stole z obcymi ludźmi. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że jeśli teraz się ugnę, już zawsze będę traktowana jak ktoś, kogo trzeba „zabezpieczyć”. Jak mebel, który trzeba odpowiednio ustawić. I po raz pierwszy pojawiła się we mnie myśl, że może powinnam zrobić coś tylko dla siebie.
Wyżaliłam się koleżance
Z Elżbietą znałyśmy się od trzydziestu lat. Pracowałyśmy kiedyś w jednym biurze, potem nasze drogi się rozeszły, ale przyjaźń została. Spotkałyśmy się na herbatę.
– Wyglądasz, jakbyś miała jakieś problemy – powiedziała od razu, zanim jeszcze zdążyłam zamówić herbatę.
Nie owijałam w bawełnę. Opowiedziałam jej o rozmowach z Wiktorem, o testamencie, o mieszkaniu. Elżbieta słuchała w milczeniu, mieszając łyżeczką w filiżance.
– Wiesz, co usłyszałam od swojej córki po śmierci Marka? – zapytała nagle. – „Mamo, może sprzedasz dom i zamieszkasz bliżej nas, będzie prościej”. Prościej dla kogo? – uniosła brwi. – Dla nich.
– Myślisz, że to tylko wygoda? – zapytałam cicho.
– Myślę, że dzieci często mylą troskę z kontrolą. A kontrolę z odpowiedzialnością.
Patrzyłam na nią, próbując poukładać w głowie te słowa.
– Może przesadzam – westchnęłam. – Może on naprawdę chce dobrze.
– A ty czego chcesz? – przerwała mi.
Zamilkłam. Nikt nie zadał mi tego pytania od dawna.
– Chcę zobaczyć ocean – powiedziałam w końcu. – Chcę usiąść gdzieś daleko i pomyśleć, że jeszcze mogę.
Elżbieta uśmiechnęła się szeroko.
– To jedź.
– Sama? – poczułam nagły ścisk w żołądku.
– A dlaczego nie? Czekasz na pozwolenie?
To zdanie zabolało mnie swoją prostotą. Czy rzeczywiście czekałam? Na aprobatę syna? Na jego zgodę?
– Boję się – przyznałam szczerze.
– Ja też się bałam, kiedy pierwszy raz po śmierci Marka pojechałam w góry sama – powiedziała cicho. – Ale wiesz, co było gorsze? Zostać w domu i czekać, aż ktoś zdecyduje za mnie.
Siedziałyśmy chwilę w ciszy. W kawiarni gwar narastał, ktoś się śmiał przy sąsiednim stoliku. Poczułam nagle, że moje życie nie jest jeszcze zamkniętym rozdziałem. Że mam prawo do decyzji. Tego samego wieczoru usiadłam przy komputerze. Długo wpatrywałam się w ekran. W końcu wpisałam „Lizbona”. Serce biło mi jak przed jakimś egzaminem. Kiedy kliknęłam „rezerwuj”, poczułam mieszankę strachu i ekscytacji. Nie powiedziałam Wiktorowi. Nie chciałam kolejnej dyskusji o odpowiedzialności. To była moja decyzja. Po raz pierwszy od wielu tygodni poczułam coś więcej niż gorycz. Poczułam bunt.
Syn mnie zdenerwował
Nie planowałam tej rozmowy na konkretny dzień, ale Wiktor mnie uprzedził. Przyszedł w sobotę rano, elegancki jak do pracy, z teczką pod pachą. Już od progu wiedziałam, że nie będzie to zwykła wizyta.
– Mamo, mam coś dla ciebie – powiedział, siadając przy stole.
Wyjął plik dokumentów i starannie rozłożył je przede mną.
– To wzór testamentu. Rozmawiałem z notariuszem. Możemy umówić się w przyszłym tygodniu.
Patrzyłam na białe kartki, jakby były czymś obcym. Moje imię i nazwisko wydrukowane czarną czcionką. Daty. Paragrafy. Mój majątek rozpisany na punkty.
– Szybko działasz – powiedziałam spokojnie.
– Bo to trzeba zrobić porządnie – odparł. – Nie chcę, żeby potem były komplikacje.
– Potem – powtórzyłam. – Czyli kiedy?
Wiktor westchnął.
– Mamo, nie dramatyzuj. W twoim wieku trzeba pogodzić się z pewnymi ograniczeniami.
– Ograniczenia? – spojrzałam mu w oczy. – Czy ty wiesz, o czym marzę?
– Marzenia są dobre, ale trzeba być realistą.
Wstałam. Podeszłam do okna, żeby złapać oddech.
– Realizm to dla ciebie planowanie mojego pogrzebu? – zapytałam cicho.
– Nie przesadzaj – podniósł głos po raz pierwszy. – Myślę odpowiedzialnie. Ty powinnaś też.
Odwróciłam się do niego.
– Jestem odpowiedzialna całe życie. Za ciebie, za dom, za wszystko. Teraz chcę być odpowiedzialna za siebie.
Zamilkł, zaskoczony moim tonem.
– Wykupiłam wycieczkę do Lizbony – powiedziałam wyraźnie. – Wyjeżdżam na miesiąc.
– Co? – w jego oczach pojawiło się niedowierzanie. – Sama?
– Tak. Sama.
– To nierozsądne.
– Nierozsądne jest udawanie, że już mnie nie ma – odpowiedziałam.
Cisza była gęsta. Wiktor zebrał dokumenty z blatu.
– Robisz błąd – powiedział chłodno. – A potem nie mów, że cię nie ostrzegałem.
– A ty nie mów, że mnie chroniłeś – odpowiedziałam spokojnie. – Bo ja nie potrzebuję ochrony przed życiem.
Wyszedł bez pożegnania. Kilka dni później stałam na lotnisku z walizką i z biletem w dłoni. I byłam szczęśliwa jak nigdy.
Halina, 64 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zamieszkaliśmy z teściową, żeby zaoszczędzić na kredycie. Miałam więcej pieniędzy, ale mniej szacunku do siebie”
- „Mam dziecko, bo matka ciągle mnie o nie męczyła, a ja chciałam tylko spokoju. Teraz wszyscy są szczęśliwi, tylko nie ja”
- „Każda wizyta u teściowej była stąpaniem po cienkim lodzie. Aż w końcu przy niedzielnym obiedzie wygarnęłam jej wszystko”

