„Do ołtarza szłam w białej sukni, ale z obcym nasionkiem w brzuchu. Mojemu mężowi powiem dopiero po nocy poślubnej”
„Ślub odbył się tydzień później, zgodnie z planem. W białej sukni, z rękami lekko drżącymi na bukiecie, wypowiedziałam słowa przysięgi. Michał patrzył na mnie jak na cud. A ja... odwzajemniałam spojrzenie, próbując nie myśleć o tym, co zrobiłam”.

Tydzień przed ślubem powinien być jak sen. Powinnam była skakać z radości, przymierzać suknię po raz setny i wybierać idealny odcień różu na paznokcie. W pewnym sensie tak było. Ślub z Michałem miał być zwieńczeniem wszystkiego, co dobre i spokojne w moim życiu. Był czuły, stabilny, obecny. Kochał mnie tak, jak zawsze chciałam być kochana – bezpiecznie. A jednak… co noc budziłam się z mokrym karkiem i uczuciem, że coś mi się wymyka z rąk. Śnił mi się zapach dymu. Szorstkie dłonie. Rudawe włosy i spojrzenie, które wbijało się we mnie jak gwóźdź. Bartek.
Pojawił się trzy dni temu w piekarni. Stał przede mną w kolejce, jakby nic się nie stało. Jakby pięć lat temu nie zostawił mnie z walizką na klatce i SMS-em: „Muszę zniknąć”. Odwrócił się, powiedział „cześć”, uśmiechnął się tym swoim krzywym uśmiechem i od razu wiedziałam, że wszystko wraca.
– Nie rób sobie tego – powiedziała Magda, moja przyjaciółka, gdy jej opowiedziałam. – On cię zniszczył.
– Wiem – odpowiedziałam cicho. – A mimo to nie mogę przestać myśleć, jakby… jakaś część mnie wciąż należała do niego.
Wtedy po raz pierwszy poczułam ten lęk. Nie przed ślubem. Przed tym, że może kocham Michała, ale nie potrafię zapomnieć Bartka.
Znalazłam go bez wysiłku
Zobaczyłam go znowu dwa dni później. Tym razem nie było to przypadkiem. Wyszłam z pracy wcześniej. Nogi same mnie poniosły w stronę tamtego baru przy starym kinie. Tego, do którego chodziliśmy, zanim wszystko się posypało. Wiedziałam, że tam będzie – Bartek był przewidywalny tylko w jednym: powroty zawsze zaczynał od miejsc, w których nas coś łączyło.
Siedział przy barze, z drinkiem w dłoni, w tej samej czerwonej koszuli, w której kiedyś pojechaliśmy nad jezioro, rzucając wszystko. Zauważył mnie, ale się nie zdziwił. Jakby wiedział, że przyjdę.
– Usunęłaś mnie ze znajomych – rzucił z przekąsem, gdy usiadłam obok.
– Myślałam, że tak trzeba – odpowiedziałam chłodno, choć serce waliło mi jak młot.
– Pewnie tak. Tylko... dziwne, że przez pięć lat się nie odezwałaś.
Prychnęłam.
– To ty odszedłeś, pamiętasz?
Spojrzał na mnie z tym swoim półuśmiechem. Wiedział, jak na mnie działa. Zawsze wiedział.
– Chciałem cię ochronić.
– Przed czym? – wysyczałam. – Przed sobą?
Nie odpowiedział. Zamiast tego skinął na barmana.
– Dwa takie same, jak kiedyś?
Zamknęłam oczy. Kiedyś to była tequila i sok pomarańczowy. Teraz to brzmiało jak błąd. Skończyło się jak zawsze. W jego mieszkaniu, które znałam jak własne. Ciała mówiły do siebie więcej niż słowa. Gdy leżałam potem obok, czułam, że zrobiłam coś, czego nie cofnę.
– Nadal pachniesz tak samo – szepnął, muskając moje ramię.
Zamarłam. Pomyślałam sobie, że teraz pachniałam zdradą.
Chciałam cofnąć czas
Ślub odbył się tydzień później, zgodnie z planem. W białej sukni, z rękami lekko drżącymi na bukiecie eustomy i frezji, wypowiedziałam słowa przysięgi. Michał patrzył na mnie jak na cud. A ja... odwzajemniałam spojrzenie, próbując nie myśleć o tym, co zrobiłam.
Magda trzymała mnie za rękę w drodze do kościoła. Milczała. Wiedziała. Nie musiała pytać.
– Zrobisz, co uznasz za słuszne – powiedziała tylko rano, podając mi kawę. – Ale nie udawaj, że nic się nie stało.
Stało się. To wszystko we mnie siedziało. Każdy uśmiech do Michała był połowiczny. Każde „kocham cię” smakowało jak kłamstwo, choć chciałam, by było prawdziwe.
Wesele było piękne. Goście tańczyli do białego rana. Michał tulił mnie do romantycznych ballad, a ja myślałam, że w tym jednym ułamku sekundy chcę być tylko jego. Chciałam w to wierzyć. Potem przyszedł miesiąc miodowy – małe miasteczko w Toskanii, winnice, śniadania na tarasie. Michał był rozanielony. Przynosił mi figi na talerzyku, całował w skroń, mówił, że nigdy nie był tak szczęśliwy.
– Wiesz… nie mogę się doczekać, aż będziemy mieli dziecko – powiedział pewnego wieczoru, gdy siedzieliśmy przytuleni pod kocem.
Zamarłam. Uśmiechnęłam się, ale coś we mnie się spięło.
– Naprawdę? – szepnęłam.
– Tak. Chciałbym, żebyś była mamą. Jesteś do tego stworzona.
Zamiast odpowiedzieć, przytuliłam się mocniej. Wiedziałam, że gdy przyjdzie dzień prawdy, ta wizja rodziny rozpadnie się jak dom z kart.
Powiedziałam tylko pół prawdy
Dwa tygodnie po powrocie z Toskanii obudziłam się z dziwnym przeczuciem. Coś było nie tak. Mdłości, zawroty głowy… najpierw uznałam to za zmęczenie. Potem za stres. Jednak cichy głos w głowie nie dawał mi spokoju. Wrócił jak mantra: „A jeśli…?”.
Test ciążowy leżał w szufladzie od dawna. Kupiłam go kiedyś z czystej przezorności. Teraz ręce trzęsły mi się, gdy go otwierałam. Trzy minuty. Wieczność. Przeszłość i przyszłość zamknięte w plastikowym pasku. Pojawiły się dwie kreski. Opadłam na kafelki w łazience. Tylko na chwilę. Potem się podniosłam i wyrzuciłam test do kosza, zakrywając go papierem. Michał jeszcze spał. Wyszedł chwilę później, jak zwykle roześmiany.
– Kochanie, coś nie tak? Blada jesteś – zauważył, gdy robiłam śniadanie.
– Źle spałam. Pewnie to zmiana pogody – rzuciłam szybko.
Tego samego wieczoru powiedziałam mu.
– Michał… jestem w ciąży.
Zamilkł, a potem jego twarz się rozjaśniła. Podszedł do mnie, przytulił, objął, jakby właśnie wygrał los na loterii.
– To cud, rozumiesz? Od razu się udało! Natalia… jesteś najwspanialsza na świecie.
Zamknęłam oczy. Nie mogłam nic powiedzieć. Nie umiałam. Nie wiedziałam, czyje dziecko noszę. W nocy nie spałam. Przewracałam się z boku na bok, czując, jak lęk rozlewa się po ciele. Co ja zrobiłam? Co ze mnie za człowiek? W głowie słyszałam tylko jedno słowo, powtarzane w kółko: „Kłamstwo”.
Bałam się konsekwencji
– To jego dziecko? – zapytała Magda, kiedy tylko powiedziałam jej, że jestem w ciąży.
Nie odpowiedziałam od razu. Usiadłam na jej sofie, skuliłam się. Znała mnie za dobrze, by czekać na potwierdzenie.
– Natalia… musisz mu powiedzieć.
– Nie mogę – powiedziałam cicho, zbyt cicho.
– Dlaczego?
Wstałam, zaczęłam chodzić w kółko, jakbym w ten sposób mogła uciec od tej rozmowy.
– Bo on już to dziecko kocha, Magda. Już widzi naszą trójkę. Mówi o wózku, o imieniu. Widzę w jego oczach, że to dla niego spełnienie marzeń.
– Ale to nie jest jego dziecko, Natalia. On żyje w kłamstwie. A ty razem z nim.
Usiadłam z powrotem, znów skulona. Wbiłam wzrok w podłogę.
– Gdybym tylko mogła cofnąć czas. Gdybym tamtej nocy… gdybym się zatrzymała.
– Ale się nie zatrzymałaś. I teraz to jest twoja rzeczywistość.
Wzięłam głęboki oddech. Poczułam, jak coś ściska mnie w środku. Może to było sumienie, a może zwykły strach. Bałam się stracić Michała. Bałam się samotności. Bałam się… Bartka.
– Nie wiem, co robić.
Magda przez chwilę milczała, po czym podeszła i położyła mi rękę na ramieniu.
– Masz dwie opcje. Albo mu powiesz i zaryzykujesz, że odejdzie. Albo będziesz udawać, że wszystko jest dobrze. Tylko pamiętaj – kiedyś to wyjdzie na jaw. Zawsze wychodzi.
Patrzyłam na nią, niezdolna do odpowiedzi. W głowie miałam tylko jedną myśl: nie wiem, ile jeszcze tego udźwignę.
Nie dawał za wygraną
Spotkaliśmy się przypadkiem, a może to nie był przypadek. Stałam przy przejściu dla pieszych. Deszcz lekko siąpił, a ja gapiłam się w czerwone światło, nie do końca wiedząc, gdzie idę. Nagle go zobaczyłam. Bartek. Wysiadł z auta, zamknął drzwi z rozmachem i ruszył w moją stronę. Zamarłam.
Zatrzymał się przede mną, spojrzał na mój brzuch. Jeszcze nie był bardzo widoczny, ale wystarczająco, by się czegoś domyślić.
– To moje dziecko, prawda?
Zacisnęłam palce na parasolu.
– To nie jest takie proste.
– Z tobą nigdy nie było. Zawsze wszystko musiało być cholernie poplątane – westchnął. – Ale może teraz czas coś zrobić dobrze.
– Bartek… ja mam męża.
– Wiem. Widziałem was. Zresztą… widzę, jak patrzysz, gdy o nim mówisz. Ale to nie zmienia faktu, że może to dziecko jest moje. Jeśli tak… to chcę to wiedzieć. Chcę być częścią jego życia.
– Czemu teraz? Czemu dopiero teraz się zjawiasz i robisz z siebie bohatera?
– Kiedy cię spotkałem wtedy w tej piekarni, zrozumiałem, że nie zamknąłem tej historii. Nadal cię kocham, nawet jeśli to najgorszy możliwy moment.
Spojrzałam mu w oczy. Był tam ten sam błysk. Ten, którego się bałam.
– Nic nie mów – dodał cicho. – Po prostu… daj znać, jeśli będę potrzebny.
Odwrócił się i odszedł. Zostałam sama. Z sercem, które znowu biło nie tak, jak trzeba.
Cały czas się boję
Dni płyną. Codzienność wtłacza mnie w rytm, który na pozór wygląda jak szczęście. Michał wraca z pracy z rogalikami, całuje mnie w czoło, mówi, że kocha coraz mocniej, odkąd jestem w ciąży. Wybiera kolory do pokoju dziecka, rozważa, czy łóżeczko powinno być w kolorze drewna czy białe. Ja przytakuję, uśmiecham się. Gram rolę kobiety, która niczego nie ukrywa. Czasem sama wierzę, że nią jestem.
A potem budzę się w nocy z myślą: „Kiedy to runie?”. Wiem o tym. Wystarczy chwila – przypadkowe słowo, nieprzemyślany komentarz, może spojrzenie Michała, które zbyt głęboko zajrzy w moje oczy i znajdzie tam prawdę.
Czasem patrzę na niego i wyobrażam sobie ten dzień. Widzę, jak odkłada widelec, jak jego twarz gaśnie, jak milknie. Wiem, że nie zada żadnego dramatycznego pytania. On po prostu się wycofa. Z jego spojrzenia zniknie to, co było najczystsze. Zaufanie.
Nie wiem, czy kiedyś znajdę w sobie odwagę, by powiedzieć mu cała prawdę. Nie wiem, czy to dziecko będzie miało jego oczy. Jeśli nie – wymyślę jakąś historię. Będę ją powtarzać tak długo, aż sama w nią uwierzę. Na razie wciąż mam wszystko i z każdym dniem bardziej się boję, że stracę to jednym słowem.
Natalia, 30 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż upierał się, że nie stać nas na dziecko. W końcu odkryłam, gdzie znika znaczna część jego wypłaty”
- „Mój mąż chciał być sprytny i żył na 2 fronty. Biedaczek wpadł jednak, przez własną głupotę i durną pomyłkę”
- „Po firmowej integracji w górach rosło we mnie nasionko. Mąż nie chciał dzieci, ale postawiłam go przed faktem dokonanym”

