„Dni mijały mi w samotności i rozmowach z telewizorem. Jedno spotkanie sprawiło, że znów poczułam jakikolwiek sens”
„Samotność była teraz inna – wypełniona planami. Zastanawiałam się, czy kawałek granatowego weluru wystarczy na spódnicę, o której marzyła Maja. Telewizor wrócił z naprawy, ale włączałam go rzadziej. Szkoda mi było czasu na cudze życie, gdy moje własne znowu nabrało barw”.

Byłam pewna, że mój czas już minął, a rola w teatrze życia ogranicza się do bycia niemym widzem we własnym fotelu. Cisza w mieszkaniu stała się tak gęsta, że momentami miałam wrażenie, iż mogę ją kroić nożem, a jedynym głosem, który odpowiadał na moje „dzień dobry”, był spiker z porannego serwisu informacyjnego. Wydawało mi się, że jestem skazana na powolne znikanie, aż do tamtego czwartkowego popołudnia, kiedy zwykły spacer do parku zburzył mój mur obojętności.
Cisza, która dzwoni w uszach
Moje życie od kilku lat przypominało zdartą płytę. Każdy dzień wyglądał identycznie, jakby ktoś skopiował go na kserokopiarce, a potem zapomniał dodać tuszu. Wstawałam o siódmej rano, choć nie miałam ku temu żadnego konkretnego powodu. Nikt na mnie nie czekał. Mój mąż, Henryk, odszedł pięć lat temu, zabierając ze sobą gwar i poczucie bezpieczeństwa. Dzieci? Rozjechały się po świecie.
Córka mieszkała w Londynie, syn w Krakowie. Dzwonili raz w tygodniu, w niedzielę, odbywając ten sam rytualny taniec słowny. Pytali o zdrowie, ja odpowiadałam, że jakoś leci, oni mówili o pracy i korkach, a potem szybko kończyli, bo stygł obiad. Zostałam więc ja i telewizor. Stał w centralnym punkcie salonu, wielki, czarny ołtarz mojej samotności. Traktowałam prezenterów jak domowników.
Kłóciłam się z politykami, odpowiadałam na pytania w teleturniejach, czasem nawet głośno komentowałam pogodę. To było żałosne, zdawałam sobie z tego sprawę, ale alternatywą była cisza. A ciszy bałam się najbardziej. W ciszy przychodziły wspomnienia i pytania o sens tego trwania. Mieszkanie lśniło czystością, bo co innego miałam robić? Wycierałam kurze, które nie zdążyły jeszcze osiąść i układałam serwetki pod linijkę. Czułam się jak wydmuszka – z zewnątrz idealna, w środku pusta.
Uprzejmości bez znaczenia
Czasami wychodziłam z domu, żeby nie zwariować. Najgorzej było spotkać na klatce panią Krysię z drugiego piętra. Krysia była kobietą, która żywiła się narzekaniem. Gdy tylko mnie widziała, jej twarz przybierała wyraz cierpiętnicy.
– Pani Jadziu, widziała pani, co ci młodzi wyprawiają pod blokiem? – zaczepiała mnie, blokując przejście wózkiem na zakupy. – Śmieci rzucają, hałasują. A ta z piątki? Znowu paczki zamawia, kurierzy biegają, spać nie można.
Słuchałam jej, kiwałam głową, ale w duchu marzyłam o ucieczce. Krysia przypominała mi o tym, czym sama mogłam się stać – zgorzkniałą staruszką, która nienawidzi świata tylko dlatego, że ten przestał zwracać na nią uwagę. Wolałam moją samotność z telewizorem niż jad sączący się z ust sąsiadki.
Tamtego czwartku wyszłam z domu wcześniej niż zwykle. Telewizor zepsuł się rano – obraz zaczął migotać, aż w końcu zgasł całkowicie. To była katastrofa. Mój jedyny przyjaciel zamilkł. Serwis wyznaczył termin naprawy dopiero na poniedziałek. Cztery dni sam na sam z ciszą. Musiałam wyjść do ludzi, nawet jeśli oni mnie nie dostrzegali.
Ławka w parku nie była pusta
Ruszyłam do parku. Zwykle siadałam na ławce przy stawie, ale tego dnia moje stałe miejsce było zajęte. Siedziała na nim dziewczyna. Na oko siedemnastolatka w za dużej, wojskowej kurtce, z włosami pofarbowanymi na wściekły róż, który gryzł się z otaczającą nas zielenią. Zawahałam się. Unikałam młodzieży, wydawali mi się głośni i roszczeniowi. Ale nogi mnie bolały, więc podeszłam powoli i usiadłam na drugim końcu ławki, zachowując bezpieczny dystans.
Dziewczyna nawet na mnie nie spojrzała. Siedziała pochylona nad wielkim brulionem, kreśląc coś ołówkiem z taką furią, jakby chciała przebić papier. Czułam od niej dziwną energię – mieszankę smutku i złości. Nie patrzyła w telefon. Rysowała. Siedziałyśmy tak w milczeniu, gdy nagle zerwał się wiatr. Wyrwał z jej brulionu luźną kartkę i pchnął ją prosto na moją twarz. Złapałam papier instynktownie.
– Ojej, przepraszam! – krzyknęła dziewczyna. W jej głosie nie było arogancji, lecz strach.
Spojrzałam na kartkę. To nie były bazgroły. To był projekt sukni. Niezwykłej, skomplikowanej, z asymetrycznym dołem i gorsetem przypominającym pancerz. Rysunek był świetny technicznie, ale coś w nim zgrzytało.
– Proszę oddać, to nic takiego – powiedziała szybko, wyciągając rękę z obgryzionymi paznokciami. Oddałam jej rysunek, ale zanim zdążyłam ugryźć się w język, odezwała się we mnie moja dawna natura.
– Ten materiał na dole... – wskazałam palcem. – Jeśli to ma być jedwab, to nie może się tak układać przy tym cięciu. Będzie się ciągnął. Musiałabyś dać tam fiszbinę albo zmienić tkaninę na taftę.
Dziewczyna zamarła. Spojrzała na rysunek, potem na mnie. Różowe włosy opadły jej na czoło. – Skąd pani... skąd pani to wie? – zapytała cicho. Uśmiechnęłam się smutno.
– Przez czterdzieści lat byłam konstruktorką odzieży w zakładach „Elegancja”. Zanim to wszystko zamknęli i zamienili w galerię handlową, ubrałam pół miasta. Jej oczy, wcześniej matowe, nagle błysnęły.
– Naprawdę? Konstruktorką? Czyli umie pani robić wykroje?
– Umiem o wiele więcej, moje dziecko. Ale to było dawno.
Zrozumiałam swój błąd
Tak poznałam Maję. Nie uciekła, nie wyśmiała mnie. Przysunęła się bliżej. Okazało się, że ten brulion to jej cały świat. Marzyła o projektowaniu mody, ale jej rodzice – prawnicy – uważali to za fanaberię i chcieli, by zdobyła poważny zawód. Maja czuła się w domu tak jak ja w moim mieszkaniu – niewidzialna i niesłuchana.
Rozmawiałyśmy przez dwie godziny. O tkaninach, proporcjach, o tym, jak moda zmieniała się na przestrzeni lat. Ta dziewczyna z różowymi włosami, którą jeszcze godzinę temu oceniłabym jako trudną, miała w sobie pasję, jakiej nie widziałam od lat.
– Mogę... mogę przyjść tu jutro? – zapytała, gdy słońce zaczęło zachodzić.
– Mam problem z rękawem w innym projekcie. Nie wiem, jak go narysować, żeby wyglądał na bufiasty, ale nie teatralny. Serce zabiło mi mocniej. Ktoś mnie potrzebował. Nie z litości czy grzeczności, ale dla mojej wiedzy.
– Będę tu – powiedziałam. – I przynieś miękki ołówek, tym twardym tylko dziurawisz papier.
Wróciłam do domu odmieniona. Cisza już mnie nie przerażała. Zamiast włączyć radio, zaczęłam grzebać w szafach. Na dnie komody znalazłam moje skarby – pożółkłe magazyny, próbki materiałów, stare podręczniki. Dotykałam ich z czułością, przypominając sobie, że kiedyś byłam mistrzynią w swoim fachu.
Mój kalendarz przestał być pusty
Spotkania z Mają stały się nowym rytuałem. Przychodziła do parku prawie codziennie. Gdy otwierała szkicownik, wchodziłyśmy w inny świat. Zaczęłam przynosić jej nie tylko wiedzę, ale i wyzwania.
– Rysowanie to jedno, dziecko – powiedziałam pewnego razu, krytycznie patrząc na jej projekt płaszcza. – Ale musisz wiedzieć, jak to działa w trójwymiarze. Masz maszynę?
– Mam starą, po babci. Ale nie umiem jej nawet nawlec – przyznała ze wstydem.
– To przynieś ją. Nie tutaj, do mnie. Mieszkam niedaleko.
Zaproszenie obcej nastolatki do domu wydawało się szaleństwem, ale instynkt mnie nie zawiódł. Maja nie skrzywiła się na widok meblościanki z PRL-u. Zachwyciła się za to moimi starymi nożycami krawieckimi. Przez kolejne tygodnie mój salon zamienił się w pracownię. Odsunęłyśmy stół, wyciągnęłam z pawlacza bele materiałów chomikowane na czarną godzinę.
Uczyłam ją szyć i uczyłam cierpliwości. Tłumaczyłam, że błąd to nie koniec świata, tylko lekcja. A ona uczyła mnie życia na nowo. Pokazała mi, jak szukać inspiracji w internecie, puszczała muzykę, która dodawała energii przy fastrygowaniu.
– Pani Jadziu, pani ma niesamowite oko – powiedziała kiedyś. – Dlaczego pani przestała szyć?
– Bo myślałam, że nikt już nie potrzebuje starych krawcowych. Teraz wszystko kupuje się w sieciówkach.
– To nieprawda. Ludzie szukają unikatów. Pani jest skarbem.
Słowa „Pani jest skarbem” dźwięczały mi w uszach wieczorami. Samotność była teraz inna – wypełniona planami. Zastanawiałam się, czy kawałek granatowego weluru wystarczy na spódnicę, o której marzyła Maja. Telewizor wrócił z naprawy, ale włączałam go rzadziej. Szkoda mi było czasu na cudze życie, gdy moje własne znowu nabrało barw.
Wszystko wisiało na włosku
Sielanka trwała dwa miesiące. Maja przygotowywała się do konkursu dla młodych projektantów. To była jej szansa, by udowodnić rodzicom, że to nie tylko hobby. Pracowałyśmy nad finałową suknią – połączeniem klasycznej elegancji z jej młodzieńczym pazurem. I wtedy nadszedł ten feralny piątek. Maja miała przyjść o szesnastej. Czekałam z herbatą i ciastem drożdżowym. Godzina minęła. Potem kolejna. Telefon milczał, włączała się tylko poczta głosowa. Zaczął mnie ogarniać lęk. Może coś jej się stało? A może znudziła się towarzystwem starej baby i znalazła ciekawszych znajomych?
Wątpliwości wróciły ze zdwojoną siłą. Spojrzałam na niedokończoną sukienkę na manekinie. Wyglądała jak duch. Poczułam się potwornie głupio. Co ja sobie wyobrażałam? Że jestem dla niej ważna? Byłam tylko darmowym kursem szycia. Narzędziem. Weekend minął w milczeniu. W niedzielę, gdy zadzwoniła córka, skłamałam, że u mnie stara bieda. Wstydziłam się przyznać do bólu, jaki sprawiło mi milczenie obcej dziewczyny. Wróciłam przed telewizor, znów stając się tylko widzem.
W poniedziałek rano usłyszałam dzwonek do drzwi. Podeszłam bez entuzjazmu, spodziewając się listonosza. Otworzyłam. Na wycieraczce stała Maja. Wyglądała okropnie – podkrążone oczy, włosy w nieładzie. Ale w rękach trzymała ogromny bukiet polnych kwiatów.
– Przepraszam! – wybuchnęła płaczem. – Najmocniej przepraszam, pani Jadziu! Zabrali mi telefon. Rodzice... Zobaczyli oceny z matematyki i zrobili awanturę. Szlaban na wszystko. Nie mogłam wyjść, nie mogłam zadzwonić. Dopiero dzisiaj uciekłam przed lekcjami.
Kamień spadł mi z serca. Nie odrzuciła mnie. To była tylko matematyka.
– Wejdź, dziecko – powiedziałam ze ściśniętym gardłem. – Wejdź, bo ciasto czerstwieje, a sukienka sama się nie skończy. Maja rzuciła mi się na szyję. Pachniała wiatrem i tanimi perfumami. W tym uścisku nie było litości dla staruszki. Była wdzięczność i przyjaźń.
To dopiero początek
Konkurs odbył się dwa tygodnie później. Nie mogłam tam pojechać przez chore stawy, ale siedziałam w domu, ściskając kciuki. Telewizor był wyłączony. Czekałam na telefon. Zadzwoniła wieczorem.
– Drugie miejsce! – krzyczała do słuchawki. – Pani Jadziu, drugie miejsce! I wyróżnienie za konstrukcję! Sędziowie powiedzieli, że krawiectwo jest na poziomie mistrzowskim!
Rozpłakałam się. Ja, która myślałam, że już nigdy nie uronię łzy ze szczęścia.
– To twoja zasługa, Maju. Twój talent.
– Nie – zaprzeczyła stanowczo. – To nasza zasługa. Powiedziałam o pani w wywiadzie dla szkolnej gazetki. I wie pani co? Moja mama... ona zobaczyła tę sukienkę na wybiegu. I chyba pierwszy raz spojrzała na mnie z dumą. Powiedziała, że chce poznać tę panią, która mnie tak musztruje.
Odłożyłam słuchawkę i podeszłam do okna. W odbiciu w szybie nie widziałam już szarej, przezroczystej staruszki. Widziałam kobietę, która ma jeszcze coś do zaoferowania. Następnego dnia, gdy córka zadzwoniła z Anglii, nasza rozmowa wyglądała inaczej.
– Co u ciebie, mamo? – zapytała rutynowo.
– Wiesz, Ewo, mam mnóstwo pracy – odpowiedziałam energicznie. – Pomagam w przygotowaniach do kolejnego pokazu. A wczoraj znalazłam świetny sposób na wszywanie zamków krytych, muszę ci o tym opowiedzieć...
Rozmawiałyśmy godzinę. Pierwszy raz od lat słyszałam w głosie córki autentyczne zainteresowanie, a nie tylko poczucie obowiązku.
Jadwiga, 64 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż pomagał młodej sąsiadce w remoncie. Układanie paneli i malowanie ścian skończyło się jego przeprowadzką”
- „Żona zaplanowała idealną kolację walentynkową, a ja wszystko zepsułem. Gdy wręczyłem jej prezent, było jeszcze gorzej”
- „Nie dostałam od męża żadnego prezentu walentynkowego. Nawet w jeden, wyjątkowy dzień w roku nie mógł się postarać”

