Reklama

Nie wiem, kiedy dokładnie świat uznał, że się zestarzałem. Może wtedy, gdy zacząłem słyszeć „proszę usiąść” w tramwaju. Albo kiedy wnuki przestały wierzyć, że kiedyś potrafiłem jeździć bez trzymanki na rowerze, a nie tylko poprawiać koc na kolanach. Życie po sześćdziesiątce to podobno czas odpoczynku, ale nikt nie uprzedził, że od odpoczynku do znudzenia jest jeden krok — krótki, niemrawy krok w kapciach. Dni ciągnęły się jak seriale w telewizji, których końca nie mogłem się doczekać, mimo że z braku laku oglądałem każdy odcinek.

W rodzinie miałem przydzieloną rolę: dziadek, co zawsze coś pokruszy na stole i nie nadąża z obsługą telefonu. Było mi z tą łatką wygodnie, nawet jeśli trochę uwierała w dumę. Zrezygnowałem z prób udowadniania, że jeszcze się nadaję do czegoś więcej niż podlewanie pelargonii i opowiadanie tych samych anegdot na każdej Wigilii. Nikt już nie oczekiwał ode mnie niespodzianek. Nawet ja sam.

A potem pojawiła się Ona. Nie, nie z hukiem, nie jak huragan. Raczej jak przeciąg, który uchylił długo zamknięte okno i przypomniał, że powietrze może pachnieć czymś więcej niż kapuśniakiem i kurzem.

Spojrzała na mnie z ukosa

Zauważyłem ją przy śmietniku. Trzymała w ręku karton po jakimś blenderze, a jej mina pasowała mi do kogoś, kto wie, że za chwilę i tak coś się rozsypie. Nie wyglądała na zagubioną — raczej na irytującą, pewną siebie kobietę, która wie, gdzie jej miejsce, ale z jakiegoś powodu wylądowała obok moich kubłów.

— Nie tak łatwo się tu połapać, co? — rzuciłem z udawaną neutralnością, chociaż w środku aż mnie korciło, żeby dodać coś błyskotliwego.

To przez te naklejki — odpowiedziała, nie patrząc na mnie. — Plastik tu, karton tam, a potem i tak przyjeżdża jedna śmieciarka.

— I wszystko ląduje razem — dokończyłem.

Pierwszy raz ktoś nowy z sąsiedztwa nie popatrzył na mnie jak na emeryta, człowieka i mebel w jednym. Nie zapytała, czy „potrzebuję pomocy z wniesieniem zakupów”, nie zaczęła mówić powoli, jakby sprawdzała, czy rozumiem.

— Niedawno się pani wprowadziła? — zapytałem, udając, że nie zauważyłem jej już wcześniej na balkonie dwa razy.

— Półtora tygodnia temu. Z tamtego bloku przeprowadziłam się tu, bliżej lasu. Ciszej. No i… mniej psów szczeka.

Też liczyłem na ciszę. Ale teraz, jak pani tu jest, to może być ciekawiej.

Spojrzała na mnie z ukosa. Był w tym uśmiech. Nie kokieteria, nie grymas, a raczej coś w stylu: „Nie jestem naiwna, ale nie jestem też z kamienia”.

Mam na imię Ela — powiedziała.

— A ja Radosław. Ale wystarczy Radek.

Podała mi rękę. Miała chłodne palce. I spojrzenie, które nie potrzebowało okularów, żeby dotrzeć głęboko.

Miałem tylko dwa porządne kubki

Następnego dnia spotkałem ją na ławce pod blokiem. Miała w ręku książkę, taką z tych, co to ludzie udają, że czytają je dla fabuły, a tak naprawdę gapią się na ludzi dookoła. Podszedłem, choć zwykle omijałem te miejsca szerokim łukiem — zazwyczaj siedziały tam panie, które pytały mnie, czy już jestem po obiedzie, jakbym był pensjonariuszem sanatorium.

— Dzień dobry, Radek — powiedziała pierwsza. Zaskoczyło mnie, że pamiętała imię.

— No dzień dobry, pani Elu. Książka czy pretekst?

— A jaka to różnica? — Uniosła brew. — Ważne, żeby człowiek nie zgłupiał od siedzenia w czterech ścianach.

— A ja właśnie szedłem zgłupieć w kuchni. Kawa może być pretekstem?

— Jeśli nie jest rozpuszczalna.

Zanim zdążyłem się przestraszyć własnej odwagi, już staliśmy w mojej kuchni. Miałem tylko dwa porządne kubki — reszta miała jakieś pęknięcia albo logo jakiejś firmy z lat dziewięćdziesiątych.

— Elegancko tu masz — rzuciła, rozglądając się. — Czysto, ale nie jak w muzeum.

— Staram się nie potykać o wspomnienia.

Usiadła przy stole. Obserwowała mnie z takim skupieniem, że nawet nie zorientowałem się, że przestałem dosypywać cukier do jej kawy, a zacząłem do swojej.

— Ty zawsze taki uprzejmy?

Tylko dla wyjątkowych gości. I listonoszki, bo przynosi emeryturę.

— Szkoda, że nie poznałam cię wcześniej — powiedziała nagle cicho.

— Nigdy nie jest za późno. Nawet na kawę bez cukru.

Roześmiała się. I wtedy pomyślałem, że dawno tak nie chciałem, by ktoś się jeszcze raz uśmiechnął tylko do mnie.

Siedzieliśmy blisko, ale nie za blisko

Któregoś popołudnia Ela zapukała do mnie z płytą DVD w ręku. I to nie byle jaką — stary film z lat 70., który pamiętałem z czasów, gdy telewizor miał gałkę, a nie pilota. Spojrzałem na nią pytająco.

Mam ochotę na coś sentymentalnego. Ty masz telewizor większy niż mój balkon.

— No to zapraszam. Tylko ostrzegam, nie mam popcornu, ale mogę posypać kukurydzę solą i udawać, że chrupie.

Usiadła na mojej kanapie jakby to była jej własna. Rzuciła swój sweter na fotel i wsunęła kapcie, które zostawiła po ostatniej wizycie. Najwyraźniej przestała pytać o pozwolenie.

— Zawsze oglądasz filmy sam? — zapytała, gdy film się zaczął.

– Zawsze. Ewentualnie z kotem sąsiadki, jak się włamie przez balkon.

— No to dziś masz lepsze towarzystwo.

Siedzieliśmy blisko, ale nie za blisko. Po prostu tak, jak ludzie, którzy nie muszą już niczego udawać. W pewnym momencie ekran zgasł.

— Co się stało? — zapytała, marszcząc brwi.

— Płyta oryginalna, ale czytnik emeryt. Czasem potrzebuje kopniaka.

— To może zróbmy coś bardziej nowoczesnego? — Uśmiechnęła się przekornie. — Zaparz mi herbatę i powiedz coś miłego.

— No dobrze... Herbata z maliną czy bez?

— Z maliną. A komplement?

Ładnie dziś wyglądasz, Elu. I pachniesz lepiej niż moja pierwsza żona.

— Mam tylko nadzieję, że nie pachniała śledziem.

— Kapustą. Zawsze gotowała kapustę w niedzielę.

Roześmiała się. I to był ten rodzaj śmiechu, który zostaje w mieszkaniu dłużej niż zapach kawy.

Złapała mnie za ręce

Pogoda zaskoczyła ciepłem. Takim, co wyciąga ludzi z domów i przypomina im, że życie nie kończy się w aptece ani przy okienku na poczcie. Ela zaproponowała spacer. Nie powiem, udawałem, że nie mam nic lepszego do roboty, choć w rzeczywistości nawet pilot zaginął mi między poduszkami i nie miałem siły go szukać.

— Wiesz, że masz zabawną minę, kiedy nie chcesz pokazać, że się cieszysz? — powiedziała, kiedy wyszliśmy na chodnik.

— To nie mina, to twarz w stanie spoczynku. Po sześćdziesiątce nie wszystko się kontroluje.

— Mówią, że starość to stan umysłu. A ty jesteś góra po pięćdziesiątce... w środku.

— Komplement czy współczucie?

— Komplement. Masz tę... iskrę. Taką, jakiej już dawno u nikogo nie widziałam.

Zatrzymała się przy ławce w parku. Ludzie przechodzili obok, dzieci biegały z piłką, psy plątały się pod nogami. A my staliśmy jak dwa dziwolągi wycięci z innej epoki.

— A gdyby tak zatańczyć? — zapytała nagle.

— Teraz? Tu? Bez muzyki?

— W twoim wieku to już chyba nie wypada się wstydzić.

— Ja się nie wstydzę. Ja po prostu... dawno nie tańczyłem.

— To najwyższy czas sobie przypomnieć.

Złapała mnie za ręce i zanim zdążyłem zaprotestować, już się poruszaliśmy w jakimś powolnym, niezgrabnym rytmie, który nijak nie pasował do „właściwego zachowania”. Kilka osób patrzyło. Może się uśmiechało, może kręciło głowami.

— Patrzą — szepnąłem.

I zazdroszczą. Uwierz mi, Radku.

Wtedy po raz pierwszy od lat poczułem się... nie młodszy, ale żywy. I to było o wiele cenniejsze.

Trzymała tort z jedną świeczką

Nie lubię urodzin, a już szczególnie własnych. Zawsze kończyło się tym samym: nieudane ciasto z cukierni, skarpetki w prezencie i wnuki pytające, czy mogę im dać coś „retro” do szkoły, najlepiej zdjęcia z czasów, gdy telefony miały kabel. W tym roku postanowiłem przeczekać. Wyłączyłem komórkę, zamknąłem drzwi na dwa zamki i zrobiłem sobie jajecznicę z sześciu jaj. Żadnych tortów, gości, uścisków.

— Radek, otwórz, bo sąsiedzi zaraz pomyślą, że nie żyjesz! — krzyknęła Ela zza drzwi.

— A co, jeśli właśnie na to liczyłem?

— Nie bądź uparty. Mam tort. I świeczki. I, o dziwo, zapałki.

Otworzyłem. Stała tam z uśmiechem, który odgonił moje plany. W rękach trzymała tort z jedną świeczką. Jedną. Widać uznała, że nie będzie się wygłupiać z sześćdziesięcioma trzema.

— Nie zapraszałem nikogo.

— Wiem. Dlatego przyszłam sama.

Usiedliśmy przy kuchennym stole. Tort był z bitą śmietaną, taką prawdziwą, nie tą z wiadra. Kroiła go precyzyjnie, a ja przyglądałem się jej z niedowierzaniem, jakby naprawdę była czarownicą, która odejmowała mi lat z pomocą jakiegoś zaklęcia.

— Wiesz, że wnuki miały mnie już za staruszka, co tylko ziewa? — powiedziałem, wsuwając kawałek ciasta.

— A teraz?

— Teraz się dziwią, że ciągle gdzieś wychodzę. Że nie siedzę w kapciach. Że się... uśmiecham.

— Może po prostu przypomniałeś sobie, jak to jest komuś zawrócić w głowie.

— Komuś... czy sobie?

Spojrzała na mnie uważnie, bez śmiechu.

Jedno nie wyklucza drugiego.

I wtedy pomyślałem, że ten tort był jednak całkiem dobrym pomysłem.

Zatrzymaliśmy się

Od tamtego tortu minęły trzy tygodnie. Niby nic wielkiego, ale codzienność zaczęła wyglądać inaczej. Wnuki patrzyły na mnie podejrzliwie, gdy mówiłem, że nie mogę odebrać, bo „mam spotkanie”. Sąsiedzi nagle zaczęli zagadywać, jakby chcieli się upewnić, że to naprawdę ja — ten sam Radek, co jeszcze niedawno nie rozróżniał poniedziałku od środy.

Ela wpadła jak zwykle bez zapowiedzi.

— Mam dwa bilety do teatru. Na dziś. Chcesz czy masz randkę z sudoku?

— A jak powiem, że wolę sudoku?

— To powiem, że i tak się nie dam zbyć.

Założyłem marynarkę, tę, co zawsze wisiała „na wszelki wypadek”. Nawet nie bolały mnie kolana — może to była adrenalina, a może czysta przekora. Po spektaklu poszliśmy do parku. Wieczór był ciepły, miasto szumiało gdzieś w tle, a my szliśmy powoli, jakbyśmy nie musieli nigdzie dojść.

— Ela?

— Tak?

— Wiesz, myślałem, że po sześćdziesiątce człowiek już nikomu nie zawróci w głowie. Że to wszystko jest tylko w filmach i reklamach proszku do prania.

— A ja myślałam, że już nikt nie spojrzy na mnie tak, jak ty ostatnio na tej ławce.

— Jak?

Jakby chciał mnie zapamiętać.

Zatrzymaliśmy się. Spojrzała na mnie uważnie, trochę z uśmiechem, trochę z czymś, czego się nie dało nazwać.

— A ty, Radek... chciałbyś mnie zapamiętać?

— Ja to bym najchętniej nie musiał zapamiętywać. Wolałbym... codziennie przypominać sobie na nowo.

Nie odpowiedziała, ale chwyciła mnie za rękę. I szliśmy dalej bez słów. Po prostu razem.

Radosław, 63 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama