Reklama

Nie miałam zamiaru jechać na ferie. Miałam dość pakowania, planowania, znoszenia cudzych zachcianek. Dzieci były zachwycone – wiadomo, ferie, śnieg, jezioro. Mój mąż nie mógł jechać. Zrobiłam listę zakupów, wyprałam zimowe kombinezony, spakowałam termosy i nadzieję, że może tym razem będzie inaczej.

Byłam wykończona

Nie było. Już pierwszego dnia wiedziałam, że ten wyjazd nie przyniesie mi nic poza zmęczeniem. Domek był zimny, dzieci się darły, ja obierałam ziemniaki i planowałam, ile wytrzymam, zanim po prostu się spakuję i wrócę do miasta. Drugiego dnia, dokładnie o dziewiątej rano, pod dom podjechało auto. Nie musiałam wychodzić, by wiedzieć, kto przyjechał. To była moja teściowa. Wpadła bez zapowiedzi, z torbami pełnymi domowego jedzenia i nieproszonych rad. Nawet nie zapytała, czy może zostać.

– Dobrze, że przyjechałam, bo tu nikt nic nie ogarnia – rzuciła na wejściu, zdejmując płaszcz i rozglądając się z miną inspektora sanitarnego.

Z kuchni unosił się zapach zupy pomidorowej, którą właśnie gotowałam. Spojrzała na garnek i skrzywiła się.

– Ty to w ogóle robisz na wywarze, czy tak tylko, żeby było gorące?

Przywitała się z dziećmi i od razu zapytała, kiedy ostatni raz jadły coś zdrowego. Śniadanie tego dnia było pierwszą próbą sił. Ona z miną świętej, ja z myślą, że mam ochotę rozszarpać ją na strzępy.

Wtrącała się

Drugiego dnia miałam ochotę wyjść z siebie i wrócić dopiero w marcu. Teściowa urządziła poranek jak na wojskowym obozie. Dzieci jeszcze nie zdążyły dobrze otworzyć oczu, a ona już pouczała, że za długo śpią, że śniadanie trzeba jeść punkt siódma trzydzieści, bo inaczej cały dzień się rozłazi. Patrzyłam, jak mój syn wciąga skarpetki i kiwa głową jak służący na komendę. Kiedy usiedliśmy do stołu, przez chwilę było cicho. Nawet dzieci wyczuły, że lepiej się nie odzywać. Teściowa rozejrzała się po kuchni i powiedziała:

– No, Marta, nieźle się tu urządziłaś. Trochę prowizorka, ale przynajmniej czysto.

Podałam jej talerz z jajkami i chlebem, ale nie skomentowałam. Miałam dość. Usiadłam z herbatą, słuchałam, jak mlaska i poprawia obrus. Dzieci kopały się pod stołem.

– Wiesz, Martusiu – zaczęła, odkładając nóż – może bym ci trochę pomogła, bo coś mizernie wyglądasz. Podkrążone oczy, włosy jak siano. Ja w twoim wieku miałam już wszystko ogarnięte, a nie siedziałam przy zupkach.

Byłam wściekła

– Twoja matka traktuje mnie jak służącą – powiedziałam mężowi przez telefon, kiedy teściowa poszła z dziećmi na spacer żeby przewietrzyć głowę.

– Daj spokój, ona po prostu tak mówi. Nie przejmuj się – mruknął.

– Ale ja się przejmuję! – podniosłam głos. – Od lat się przejmuję. I ty też powinieneś. To nasz dom, a ja nie mam już siły udawać, że wszystko gra.

Nie odpowiedział, tylko się rozłączył. Wyszłam z pokoju i trzasnęłam drzwiami. Miałam ochotę zmywać podłogę szczotką drucianą, żeby tylko coś robić, żeby nie myśleć. Teściowa wróciła po godzinie, zadowolona, z naręczem gałęzi.

– Zrobię dzieciom laleczki z siana – oznajmiła radośnie. – Trochę radości w tym smętnym domku nie zaszkodzi.

Milczałam. Była jak wirus, który wchodzi wszędzie i zostawia ślad. Ja tylko sprzątałam po niej bałagan. Czwartego dnia wszystko się zawaliło. Byłam już tak zmęczona udawaniem, że nie dociera do mnie każda jej uwaga, że wszystko we mnie się gotowało. Przez całą noc nie spałam – słyszałam, jak chrapała za ścianą, jak przewracała się w łóżku, jak wzdychała teatralnie, pewnie licząc na to, że usłyszymy.

Nie słuchała mnie

Od rana teściowa krzątała się po kuchni, jakby była u siebie. Zaglądała do szafek, przekładała przyprawy, przerzucała moje rzeczy jak niepotrzebne śmieci. Próbowałam ją ignorować. Dzieci oglądały bajkę, a ja lepiłam pierogi dla wszystkich, dla niej też. Stała nad stołem z ramionami skrzyżowanymi na piersi i patrzyła, jak sklejam ciasto.

– Oj, Marta, Marta… – westchnęła. – Ty to chyba nigdy nie umiałaś gotować, co?

– Robię, co mogę – odpowiedziałam cicho, nie podnosząc wzroku.

– Ale to nie wystarcza. Te twoje pierogi… – sięgnęła po jednego z brzegu – to się przecież wszystko rozwali w garnku. Zobacz, jakie cienkie ciasto. W środku pewnie więcej powietrza niż farszu. Jak można to podawać dzieciom?

– Może po prostu daj mi je dokończyć – powiedziałam spokojnie, ale w środku czułam, że to się zaraz nie skończy.

– Ja w twoim wieku karmiłam całą rodzinę i nikt nie narzekał. A teraz? Gotowce, mrożonki, wszystko na skróty. Taka nowoczesna matka, a potem pretensje, że dzieci chorują…

Dawała do wiwatu

Wtedy puściło wszystko, co trzymałam w sobie od lat. Wyrwało się ze mnie jak ogień.

– Bo ja nie jestem tobą! I nie chcę być tobą! – krzyknęłam. – Całe życie mnie krytykujesz, traktujesz jak idiotkę, mówisz, że mnie lubisz, ale nawet raz nie powiedziałaś nic dobrego. Mam dość!

– No proszę – prychnęła. – Dramaty na ferie. Przed dziećmi, przy pierogach. Brawo, Marta.

– Dzieci to i tak wszystko widzą! – krzyczałam. – Widzą, jak się zachowujesz, jak mnie poniżasz! I wiesz co? One nie chcą być takie jak ty!

Spojrzała na mnie, jakbym była nienormalna. W oczach miała pogardę.

– Taka jesteś silna? Taka odważna? No to zobaczymy, co Andrzej na to powie – rzuciła, ocierając dłonie o fartuch.

– Nie obchodzi mnie to – odpowiedziałam zimno. – Nie jestem już tą Martą, którą można uciszyć jednym spojrzeniem.

Dzieci patrzyły na mnie przestraszone. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Podeszłam, przytuliłam je mocno i wyszłam na zewnątrz, nie zakładając nawet kurtki. Potrzebowałam powietrza. Potrzebowałam ciszy.

Zostawiłam ją

Kiedy wróciłam, dzieci siedziały skulone przy oknie. Teściowa już nie udawała łagodnej. Patrzyła na mnie z tą swoją pogardą, jakby wreszcie mogła powiedzieć, co myśli.

– Wystarczy, Marta. Wiem, że sobie nie radzisz, ale dzieci nie muszą tego oglądać. Nie umiesz zapanować nad sobą? To może trzeba było zostać w mieście i dać komuś innemu zorganizować ten wyjazd.

– Milcz – powiedziałam cicho, ale stanowczo. – Milcz i wyjdź stąd.

– No proszę – parsknęła. – Młoda, nowoczesna, wyemancypowana, a zachowujesz się jak histeryczka. Co ty myślisz, że jak się wydrzesz, to ci życie odda to, co zmarnowałaś?

Spojrzałam na dzieci. Jedno miało łzy w oczach, drugie wbiło wzrok w dywan. Podeszłam do nich i uklękłam.

– Ubierzcie się. Idziemy na spacer.

Teściowa coś jeszcze mówiła, ale już jej nie słyszałam. Wzięłam kurtki, szaliki, rękawiczki. Wyszliśmy w śnieg bez słowa. Nie chciałam im tłumaczyć, nie było czego. Cisza za drzwiami była lepsza niż jakiekolwiek przeprosiny.

Marta, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama