Reklama

Mój mąż porzucił rodzinę, gdy nasi bliźniacy ledwo przekroczyli próg przedszkola. Zostałam z nimi zupełniesama na placu boju z poczuciem, że od teraz muszę im zastąpić cały świat. Dziś, patrząc w lustro na swoją poszarzałą i zmęczoną twarz, rozumiem, że ta próba wynagrodzenia dzieciom brak ojca pieniędzmi, prezentami i wyręczaniem we wszystkim, była jak budowanie zamku na piasku, który właśnie zaczyna mi się sypać na głowę.

Naprawdę było ciężko

Samotne macierzyństwo to nie jest po prostu życie bez partnera. To syzyfowa praca, w której kamień codziennie staczać się do podnóża góry i codziennie staje się cięższy o nowe roszczenia, niezapłacone rachunki i narastające poczucie winy. Kiedy Wiesiek spakował swoje życie w dwie walizki i zniknął, zostawił po sobie jedynie pustkę w portfelu i długi na koncie. Obiecałam sobie jedno: moi chłopcy nigdy nie odczują, że czegoś im brakuje.

Chciałam im przychylić nieba, nie rozumiejąc, że to niebo nie ma ceny, a ja próbuję je kupić na raty. Płaciłam za to własnym zdrowiem i godnością. Dziś widzę, że wychowanie dwóch młodych mężczyzn w pojedynkę to walka z wiatrakami, zwłaszcza gdy druga strona ma nas w głębokim poważaniu. Ich ojciec żyje, ale dla mnie jest martwy – nie ma go w ich życiu, nigdy nie płacił alimentów, nigdy się nimi nie interesował. Ze wszystkim zostałam sama, mając do wyboru: albo się załamać, albo stać się maszyną do zarabiania i obsługi.

Może gdybym częściej siedziała z nimi nad zeszytami, zamiast biegać między zmianami w sklepie mięsnym a nocnym szorowaniem cudzych korytarzy, nasze relacje wyglądałyby inaczej. Ale w mojej głowie pulsowała tylko jedna myśl: muszą mieć to, co rówieśnicy, by nie czuli się gorsi przez to, że tatuś ich olał. Chciałam im osłodzić życie, więc brałam każdą nadgodzinę, każde dodatkowe zlecenie.

Kolejne markowe buty? Jasne, mamusia weźmie dodatkowy dyżur w weekendy, kiedy inni ludzie idą na spacer do parku. Wycieczka zagraniczna z klasą? Oczywiście, pożyczę od znajomych i jakoś to spłacę, jedząc przez miesiąc sam chleb z margaryną. Nowoczesny komputer gamingowy ze sprzętem audio? Nie ma sprawy, będę sprzątać biurowce do północy przez całą zimę.

Jakbym nie istniała

Stałam się cieniem człowieka, niewidzialną siłą, która dostarcza zabawki, sprzęty, ubrania, buty i rozrywki, tracąć jednocześnie kontakt z własnymi dziećmi. Nasze rozmowy ograniczyły się do krótkich komunikatów: co na obiad?, daj na bilet, potrzebuję nowej bluzy, bo ta jest obciachowa. Kiedy próbowałam zapytać, co u nich słychać, odpowiadało mi wzruszenie ramion i wzrok wlepiony w ekran smartfona – tego samego, na który harowałam przez pół roku.

Czułam, jak między nami rośnie mur. Ja byłam po jednej stronie, zgarbiona od dźwigania ciężkich siatek z zakupami, oni po drugiej – modnie ubrani, pewni siebie, całkowicie obojętni na to, skąd biorą się pieniądze w mojej zniszczonej portmonetce. Wierzyłam, że w ten sposób kupuję ich szczęście. Że jeśli zapełnię lukę po ojcu nowym modelem konsoli, to zapomną, że ten nieodpowiedzialny facet ich porzucił. Jakże się myliłam.

Zamiast wdzięczności, wyhodowałam w nich przekonanie, że komfort jest im należny z urzędu. Nie nauczyli się czekać, nie nauczyli się szanować wysiłku. Dla nich nowa gra była po prostu kolejnym plikiem do pobrania, a nie godzinami mojego klęczenia przy szorowaniu fug w łazienkach obcych ludzi. To ich odrealnienie stało się moją największą porażką, choć wtedy nazywałam to poświęceniem.

Gorzka pigułka od matki

Dopiero niedawna wizyta mojej mamy podziałała na mnie jak kubeł lodowatej wody. Spojrzała na moje sine podkówki pod oczami i na stertę prania, którą właśnie usiłowałam ogarnąć po czternastu godzinach na nogach. Siedziałam na podłodze w kuchni, segregując czarne skarpetki, a w moich stawach pulsował tępy ból. Mama usiadła naprzeciwko, odsunęła nogą pusty karton po pizzy i westchnęła głęboko.

– Dziecko, ty już ledwo na oczy widzisz. Zostaw to pranie, niech ci twoi królewicze ruszą tyłki, poskładają i odłożą ciuchy do szafy – powiedziała ostro.

– Mamo, daj spokój, oni nawet nie wiedzą, gdzie mają własne majtki. Nie będę im głowy zawracać, mają teraz naukę, zbliżają się egzaminy – próbowałam ich bronić, jak zwykle.

– Naukę? Przecież oni od trzech godzin grają w te swoje strzelanki! – prychnęła. – Czy ty w ogóle słyszysz, co mówisz? Latasz wokół nich jak darmowa pokojówka, a oni nawet szklanki po sobie nie wyniosą. Masz czterdzieści pięć lat, a wyglądasz na sześćdziesiąt. Reumatyzm cię wykańcza, a ty jeszcze im dogadzasz. Wychowujesz dwóch leniów, którzy w przyszłości będą tak samo traktować swoje żony. Chcesz, żeby byli jak ich ojciec? No to gratuluję, jesteś na najlepszej drodze.

Słowa mamy cięły powietrze. Stałam tam w milczeniu, trzymając w ręku podkoszulkę Adriana, i nagle poczułam się niesamowicie zmęczona. Nie tym fizycznym trudem, do którego przywykłam, ale ciężarem prawdy, którą powinnam usłyszeć już dawno temu. Moje dzieci, moje ukochane bliźniaki, miały już siedemnaście lat, a ich jedyną wybitną umiejętnością było perfekcyjne wymigiwanie się od jakiejkolwiek odpowiedzialności. Zrozumiałam, że wykształciłam w nich nieporadność życiową.

Przestali mnie szanować

Najgorsze jest to, że czuję, jak tracę jakąkolwiek kontrolę. Każda próba postawienia granic kończy się pyskówką. „O jezu, ty znowu marudzisz”, „Nie teraz, mam ważny mecz online”, „Przecież to twoja sprawa, żeby w domu było czysto” – te zdania bolą bardziej niż najbardziej wyczerpująca zmiana w pracy. Boję się ich agresji słownej, która wylewa się przy każdej odmowie. To nie jest fizyczna przemoc, to coś gorszego – całkowite ignorowanie moich potrzeb.

Gdyby Wiesiek nas nie zostawił, może potrafiłby zdusić to cwaniactwo w zarodku. Może męski głos w domu wymusiłby na nich szacunek. Ale jestem tylko ja – zmęczona kobieta, która schodzi im z drogi, by uniknąć konfrontacji. To tchórzostwo pod płaszczykiem dbania o spokój. Moja mama ma rację: zamiast mnie doceniać, powinna mnie potępić za to, jak bardzo pozwoliłam im wejść sobie na głowę. Stałam się dla nich przeźroczysta. Ważne, żeby lodówka jest pełna, a internet działa bez zakłóceń.

Kiedyś marzyłam, że gdy dorosną, będziemy przyjaciółmi. Że będą moją opoką. Tymczasem patrzę na dwóch obcych, silnych facetów, którzy potrafią tylko brać. Gdy próbuję wprowadzić grafik obowiązków, spotykam się z ich śmiechem. Śmieci stoją w kuchni, aż zaczną śmierdzieć, bo oni zapomnieli. Wiedzą doskonale, że w końcu się przemogę i sama to zrobię. To gra psychologiczna, którą opanowali do perfekcji.

Dłużej nie dam rady

Kiedy przyjaciółka zaproponowała weekendowy wypad do Sopotu, poczułam, że to moja ostatnia deska ratunku. Chciałam choć raz poczuć zapach morza, zamiast zapachu chloru i brudnych ciuchów nastolatków. Jednak pakowanie uświadomiło mi skalę mojej nędzy – moje ubrania to stare łachy, sprane koszulki sprzed dekady. Przez lata nie kupiłam sobie nic, bo zawsze było coś ważniejszego: nowa bluza dla Adama, buty do biegania dla Adriana, karnety na siłownię. Wyglądałam jak kocmołuch.

Za uciułane grosze, które chowałam przed synami w szufladzie z bielizną, kupiłam jedną sukienkę. Sto złotych na wyprzedaży, a poczułam się w niej jak królowa. I wtedy przyszedł Adrian. Nie pytał o mój wyjazd, nie pytał o to, co chce robić. Chciał pieniędzy na osiemnastkę kolegi i nową bluzę, bo „wstyd się pokazać w tych starych szmatach”. Gdy odmówiłam, mówiąc, że naprawdę nie mam już ani grosza, zajrzał bezczelnie do mojej szuflady.

Widziałem tam trzy stówy. Daj dwie i będzie git, przecież i tak jedziesz do ciotki, to po co ci tyle kasy? – zapytał z lodowatą obojętnością.

– Jak śmiesz grzebać w moich rzeczach?! – krzyknęłam, ale mój głos drżał. – To są moje pieniądze na wyjazd! Pierwszy raz od lat!

– Jasne, ty zawsze jesteś najważniejsza. Mogliśmy z Adamem od razu wiedzieć, że nas olejesz. Żenada – fuknął, spojrzał na mnie z pogardą i wyszedł, trzaskając drzwiami.

Stałam tam z ręcznikiem w dłoni, czując, jak łzy pieką mnie pod powiekami. Zamiast wyrzucić go z pokoju i kazać iść do pracy na roznoszenie ulotek, znów poczułam to obezwładniające poczucie winy. Przecież to nie ich wina, że ojciec ich olał. Wyjęłam portfel i odliczyłam dwa banknoty. Znów nakarmiłam demona, którego sama stworzyłam. Przecież nie mogłam inaczej, prawda?

Tak sobie powtarzałam, pakując gar gołąbków, by mieli co jeść, gdy mnie nie będzie. Ale w głębi duszy wiedziałam, że to nie jest miłość. To ostateczne poddanie się. Moja matka miała rację – niszczę siebie i niszczę ich. Jeśli nie przerwę tego błędnego koła, za dziesięć lat będę sprzątać mieszkania ich żon, a oni będą patrzeć na mnie z taką samą litością i pogardą. Sopot czeka, ale ja już nie czuję radości.

Małgorzata, 45 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama