„Dla moich dzieci liczą się tylko telefony, laptopy i Internet. Gdy chciałam, by poznały uroki natury, zalały się łzami”
„Nowe telefony? Co dwa lata. Konsola? Oczywiście, żeby się nie czuli gorsi od kolegów. A słuchawki, zegarki, drony, subskrypcje? Wszystko mieli. I zawsze chcieli więcej. Z Pawłem siedzieliśmy wieczorami przy stole i przeliczaliśmy budżet. Cięliśmy wydatki na wakacje, odpuszczaliśmy sobie kino, ciuchy z sieciówek zastępowały te z promocji. Wszystko po to, żeby dzieci miały”.

Nie wiem, kiedy dokładnie to się zaczęło, ale któregoś dnia uświadomiłam sobie, że moje dzieci nie potrafią rozmawiać o niczym innym niż o nowinkach technologicznych. Gdy tylko zasiadaliśmy do kolacji, słyszałam nazwy modeli telefonów, zegarków, słuchawek czy gier. Nawet prezenty na urodziny czy święta ograniczały się do „dajcie nam kasę, sami sobie wybierzemy”. Starałam się być wyrozumiała — rozumiałam, że świat się zmienia, ale coraz częściej czułam, że coś nam ucieka. Mój mąż wzruszał ramionami, a ja czułam, że muszę coś zrobić. Pokazać im, że nie wszystko da się kupić.
Przestajemy być rodziną
— Patrz, mamo, ten nowy telefon robi zdjęcia jak lustrzanka! — Filip dosłownie wsadził mi ekran pod nos, aż omal nie wpadłam z talerzem do zlewu.
— No i co z tego? — odparłam, wycierając ręce. — A ty, Zuza, znowu gadasz z tą sztuczną inteligencją?
— To nie jest „sztuczna inteligencja”! To mój asystent. Pomaga mi w zadaniach, przypomina o sprawdzianach, a w ogóle to fajnie się z nim gada — broniła się córka, nie podnosząc nawet wzroku znad tabletu.
Siedzieli oboje przy kuchennym stole, ale tak naprawdę ich tu nie było. Każde pozostawało w swoim świecie, podłączone do wi-fi, ładowarki i najnowszych gadżetów. I tylko ja stałam na ziemi, z drewnianą łyżką w ręce i świadomością, że przestajemy być rodziną, a zaczynamy przypominać stację ładowania.
— A może byście tak, nie wiem… poszli razem na spacer? — zaproponowałam z nadzieją w głosie.
— Eee, mamo, na dworze zimno — mruknął Filip.
— A ja mam aktualizację oprogramowania — dodała Zuza, nawet się nie tłumacząc.
Westchnęłam tylko. W głowie zaczęłam układać plan, który miał ich wytrącić z tej cyfrowej bańki. Może drastyczny. Może nie do końca przemyślany, ale potrzebny.
Musiałam coś zmienić
Od lat wszystko, co kupowaliśmy dzieciom, było „na czasie”. Nowe telefony? Co dwa lata. Konsola? Oczywiście, żeby się nie czuli gorsi od kolegów. A słuchawki, zegarki, drony, subskrypcje? Wszystko mieli. I zawsze chcieli więcej. Z Pawłem siedzieliśmy wieczorami przy stole i przeliczaliśmy budżet. Cięliśmy wydatki na wakacje, odpuszczaliśmy sobie kino, ciuchy z sieciówek zastępowały te z promocji. Wszystko po to, żeby dzieci miały. Żeby „nie odstawały”. A one? Nawet nie dziękowały. To po prostu było. Jak prąd. Jak woda.
— Wiesz, że Filip ostatnio zapytał mnie, czemu jeździmy starym autem, skoro jego kolega ma Teslę — rzucił Paweł, masując skronie.
— Serio? A pamiętasz, jak w zeszłym miesiącu Zuza marudziła, że nie chcemy jej kupić nowego iPada, bo ten „się zacina”? — odpowiedziałam sarkastycznie.
— Może to nasza wina — dodał cicho.
Nie odpowiedziałam. Bo może rzeczywiście była. Może przez lata uczyliśmy ich, że mają wszystko. A teraz trudno im zrozumieć, że rzeczy kosztują. I że nie wszystko da się kupić.
Musiałam coś zmienić. I to szybko. Zanim całkiem stracimy kontakt.
Dzieci milczały
W piątek po południu ogłosiłam decyzję, która wywołała konsternację.
— Jedziemy na weekend na działkę. Bez telefonów, bez tabletów, bez laptopów.
— Co?! — Filip aż się zakrztusił sokiem.
— Żartujesz, prawda? — zapytała Zuza z miną, jakbym właśnie oznajmiła, że przeprowadzamy się do jaskini.
— Nie. Serio mówię. Zabieramy tylko ubrania, coś do jedzenia i… planszówki. I żadnej elektroniki. Chcę, żebyśmy spędzili czas razem.
— Mamo, to jakaś kara? — Filip był szczerze oburzony.
— Raczej szansa — odpowiedziałam spokojnie.
W sobotę rano wsiedliśmy do naszego starego, wysłużonego auta. Dzieci milczały. Paweł rzucał mi porozumiewawcze spojrzenia, trochę z uznaniem, trochę z obawą. Wiedziałam, że to będzie trudne. Po dwóch godzinach jazdy byliśmy na miejscu. Działka odziedziczona po moich rodzicach — bez zasięgu, bez internetu, z zapachem lasu i skrzypiącymi podłogami.
— Tu się ludzie nie nudzą na śmierć? — rzuciła Zuza z pogardą.
— Zobaczymy — odpowiedziałam tylko, otwierając drzwi i wdychając zapach drewna.
Jeszcze nie wiedzieli, że najlepsze dopiero przed nimi. I że największym luksusem będzie coś, czego dawno nie doświadczyli.
To był dopiero początek
Pierwsze godziny były jak detoks. Filip co chwilę sprawdzał kieszenie, jakby zgubił telefon. Zuza chodziła po pokoju jak zwierzę w klatce, narzekając na nudę i brak kontaktu ze światem. Paweł próbował rozładować napięcie dowcipami, ale dzieci nie miały humoru. A ja... siedziałam w fotelu i czekałam. Wiedziałam, że to musi boleć. Tak działa odstawienie.
Po obiedzie, czyli po spaghetti zrobionym wspólnie, co już samo w sobie było cudem, wyciągnęłam planszówkę. Po długich namowach zasiedliśmy razem. Początkowo z niechęcią, ale po kilku rundach pojawiły się pierwsze uśmiechy. Potem śmiech. Nawet przekomarzanki.
Wieczorem Paweł rozpalił ognisko. Siedzieliśmy razem, owinięci w koce. Zuza opowiadała historie z klasy, Filip wspominał wycieczkę szkolną. Po raz pierwszy od dawna patrzyliśmy sobie w oczy.
— Fajnie tu — mruknął w końcu Filip, podając mi patyk z pieczonym chlebem.
— Wiem — odpowiedziałam i poczułam ciepło, które nie miało nic wspólnego z ogniem.
To był dopiero początek, ale już wtedy wiedziałam, że coś się zmienia. Powoli, naturalnie, prawdziwie.
Było nam z tym dobrze
Niedzielny poranek przywitał nas mgłą i ciszą. W kuchni parzyłam herbatę, gdy dołączył do mnie Paweł. Oparł się o framugę i patrzył na mnie długo, zanim powiedział:
— Wiesz, miałem wczoraj wrażenie, że mamy znowu dzieci, nie użytkowników internetu.
Uśmiechnęłam się tylko. Bo miał rację.
Po śniadaniu wyszliśmy razem na spacer. Bez żadnego celu. Przez las, przez łąkę, aż do starego mostku, gdzie jako nastolatka siadywałam z ojcem. Filip pytał o zwierzęta, Zuza szukała kamyków o ciekawych kształtach. W drodze powrotnej śpiewaliśmy jakąś głupią piosenkę z radia, której nikt nie znał dobrze, ale wszyscy udawaliśmy, że znamy. I było nam z tym dobrze.
Kiedy wracaliśmy do domu, w samochodzie było inaczej niż w piątek. Cisza nie była już pełna napięcia, tylko spokoju. Zuza oparła głowę o ramię Pawła, Filip drzemał z otwartymi ustami. Ja patrzyłam przez okno, czując coś, czego nie czułam od dawna — dumę. Nie ze sprzętu, nie z ocen, ale z tego, że byliśmy razem. Bez powiadomień, bez rozpraszaczy. Po prostu razem.
Ten weekend dał mi więcej niż wszystkie prezenty świata. Podobnie jak dzieciom.
Nie walczyłam już z technologią
W poniedziałek rano, jeszcze zanim weszliśmy do kuchni, Filip zapytał:
— Mamo, a kiedy znowu pojedziemy na działkę?
Zuza tylko uśmiechnęła się pod nosem, nalewając sobie mleko do płatków. Nie potrzebowałam więcej dowodów, że coś się w nich przesunęło. To nie stało się od razu. Wciąż korzystali z elektroniki, wiadomo. Szkoła, znajomi, rozrywka — wszystko tam było. Ale wieczorami częściej siadali do stołu. Pytali, co u nas. A czasem nawet sami proponowali wspólny film, grę, spacer.
Nie walczyłam już z technologią. Przestałam też się obwiniać. Zrozumiałam, że nie chodzi o całkowite odcięcie, ale o równowagę. O świadomość. O to, by dzieci wiedziały, że za każdym „mam, chcę, potrzebuję” stoi ktoś, kto daje, rezygnuje, troszczy się. Najcenniejsze rzeczy to nie te, które błyszczą na ekranie, tylko te, które tworzymy razem. Czas, rozmowy, wspomnienia, śmiech — one nie mają ceny. I nie mają wersji do zaktualizowania. Patrzę teraz na moją rodzinę inaczej. Z mniej zmęczonymi oczami i większą czułością. A kiedy ktoś mnie pyta, co dałam dzieciom w tym roku, odpowiadam krótko: czas i siebie.
Aldona, 42 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W Dzień Babci dałam się nabrać na czułe słówka. Wnuczce chodziło tylko o to, żebym otworzyła portfel”
- „Myślałam, że po powrocie z ferii mąż będzie czekał na mnie z ciepłą herbatą. Drań przygotował jednak inną niespodziankę”
- „W Dzień Babci moja wnuczka pocałowała klamkę. To kara, za to, że traktuje mnie tylko jak bankomat”

