„Dla moich córek jestem darmową jadłodajnią. Wpadają się najeść, zabrać słoiki i zostawić światło w lodówce”
„W każdą sobotę moja kuchnia zamieniała się w małą manufakturę. Obierałam kilogramy warzyw, lepiłam dziesiątki pierogów i piekłam ciasta, od których zapachu kręciło się w głowie. Niedziela była kulminacją – pucowałam dom, wystawiałam najlepszą zastawę i czekałam na dźwięk dzwonka”.

Przez lata wierzyłam, że niedzielne obiady to fundament naszej rodzinnej więzi. Nie chciałam dopuścić do siebie myśli, że dla moich dorosłych dzieci jestem jedynie darmową kucharką i dostawcą słoików na cały tydzień, dopóki w moim życiu nie pojawiła się dawna przyjaciółka.
To było już męczące
To był specyficzny rodzaj zmęczenia, który kładł się cieniem na każdy mój piątkowy wieczór, ale ja nazywałam go „słodkim ciężarem”. Stałam w kolejce u rzeźnika, przeliczając w pamięci, czy starczy mi na porządną pieczeń i jeszcze na kawałek schabu, który przecież zawsze musiał „wyjechać” w torbie termicznej najmłodszej córki.
– Pani Tereso, znowu szykuje się królewska uczta? – zagadnęła pani Halinka zza lady, pakując mi do siatki najlepsze kawałki mięsa.
– No wie pani, młodzi mają tyle na głowie, praca, kredyty... Chociaż u mnie zjedzą coś domowego, bez tej całej chemii – odpowiedziałam z dumnym uśmiechem, choć w głębi duszy czułam ukłucie niepokoju na widok paragonu.
W każdą sobotę moja kuchnia zamieniała się w małą manufakturę. Obierałam kilogramy warzyw, lepiłam dziesiątki pierogów i piekłam ciasta, od których zapachu kręciło się w głowie. Niedziela była kulminacją – pucowałam dom, wystawiałam najlepszą zastawę i czekałam na dźwięk dzwonka. Przychodzili wszyscy: starsza Justyna z mężem i małym Antosiem oraz młodsza Edyta z narzeczonym. Byli głośni, roszczeniowi i zawsze głodni.
– Mamo, ten sos to ci wyszedł genialny! Odlej mi trochę do słoika, będzie do makaronu na wtorek – rzucała Edyta między jednym kęsem a drugim.
– A ja wezmę te resztki rosołu, Antoś go uwielbia – dodawała Justyna, już buszując w moich szafkach w poszukiwaniu plastikowych pojemników.
I tak to wyglądało. Oni wychodzili najedzeni i obładowani prowiantem na pół tygodnia, a ja zostawałam z górą brudnych naczyń i pustą lodówką. Przez resztę tygodnia moja dieta składała się z taniego chleba, bo emerytura po pracy w bibliotece nie była z gumy. Ale wmawiałam sobie, że to moja misja.
Zaprosiłam koleżankę na obiad
Wszystko zaczęło się zmieniać, gdy do kraju wróciła Grażyna. Moja koleżanka z czasów studiów, która dekadę spędziła w Luksemburgu, pracując jako luksusowa opiekunka. Gdy zobaczyłam ją na peronie, przecierałam oczy ze zdumienia. To nie była ta sama szara myszka w niemodnym płaszczu. Przede mną stała elegancka kobieta w kaszmirowym szalu, z nienaganną fryzurą i paznokciami, które wyglądały jak małe dzieła sztuki.
– Tereska! – wykrzyknęła, tuląc mnie do siebie. Pachniała perfumami, o których ja mogłam tylko pomarzyć w katalogach. – Odzyskałam wolność i zamierzam z niej korzystać. Teraz czas na nas, na kino, wystawy i długie spacery!
Zaprosiłam ją na najbliższy niedzielny obiad, chcąc pochwalić się moją rodziną. Grażyna przyszła z dobrą kawą i bukietem kwiatów – czymś, czego od moich dzieci nie widziałam od lat. Siedziała przy stole, obserwując z boku ten spektakl. Widziała, jak Justyna pakuje pół blachy ciasta do torby, jak mężowie córek wyciągają nogi pod stołem, czekając na deser, i jak nikt, absolutnie nikt, nie ruszył się, by pomóc mi zanieść półmiski do kuchni.
– Masz wspaniałą restaurację, Teresa – powiedziała wieczorem, gdy zostałyśmy same, a ja akurat ładowałam trzecią turę zmywarki. – Tylko szkoda, że goście wychodzą bez płacenia i bez „dziękuję”.
– Przesadzasz, to przecież moje dzieci – broniłam się słabo.
– To są dorośli ludzie, którzy traktują cię jak darmową knajpę. Czy oni kiedykolwiek zapytali, co u ciebie? Czy zaproponowali, że to oni ugotują i zaproszą ciebie?
Zmieniłam plany
Słowa Grażyny kiełkowały we mnie jak ziarno rzucone na podatny grunt. Okazja do testu nadarzyła się szybciej, niż myślałam. Grażyna zaproponowała wspólny wyjazd do opery w sąsiednim mieście – akurat w niedzielę.
– Dziewczyny, w najbliższy weekend mnie nie ma. Idę z Grażyną na „Traviatę” – oznajmiłam przez telefon, starając się, by mój głos nie drżał.
– Ale jak to? – w słuchawce zapadła cisza, którą przerwał pełen pretensji głos Edyty. – Mamo, a nie mogłabyś chociaż upiec tych udek z kurczaka rano? Wpadlibyśmy tylko je odebrać...
Zabolało. Nie zapytały, czy się cieszę, w co się ubiorę, czy mam transport. Liczyły się tylko udka. Justyna poszła jeszcze dalej, sugerując, że ta „nowa koleżanka” ma na mnie zły wpływ i mąci mi w głowie. Zrozumiałam wtedy, że moje córki nie kochają mnie za to, kim jestem, ale za to, co kładę im na talerz.
Niedzielny wieczór w operze był magiczny, ale prawdziwa rewolucja wydarzyła się później. Podczas kolacji w restauracji, gdzie pierwszy raz od lat to mnie ktoś obsługiwał, Grażyna rzuciła pomysł, który wydawał się szalony.
– Szukam mieszkania, a ty masz te trzy wielkie pokoje, w których tylko kurz osiada. Może zamieszkamy razem? Będziemy dzielić koszty, a zamiast stać przy garach, zaczniemy w końcu żyć.
To była spontaniczna decyzja
Zgodziłam się. Kiedy córki dowiedziały się, że w „ich” dawnym pokoju zamieszka lokatorka, wybuchła prawdziwa awantura. Padały oskarżenia o egoizm, o niszczenie rodzinnej tradycji. Ale ja byłam nieugięta. Przestałam gotować obiady dla sześciu osób. Zaczęłam za to regularnie wychodzić z Grażyną na miasto.
Co się stało z naszą relacją? O dziwo, nie rozpadła się, choć przeszła bolesną metamorfozę. Justyna, widząc, że słoiki zniknęły na dobre, musiała nauczyć się planować zakupy. Edyta z kolei, chcąc się ze mną zobaczyć, musiała w końcu zaprosić mnie do siebie na herbatę, choć ciastka musiałam przynieść sama, bo ona nie ma ręki do wypieków.
Dziś, mając 61 lat, wreszcie czuję, że moje życie należy do mnie. Cieszę się każdą chwilą spędzoną z Grażyną, naszymi wspólnymi śniadaniami i brakiem góry naczyń w zlewie w niedzielny wieczór. Moje córki w końcu zrozumiały, że mama to nie instytucja charytatywna, ale człowiek, który ma prawo do własnych przyjemności. Bo miłość nie powinna smakować jak darmowy obiad – powinna opierać się na szacunku i pamięci, która nie kończy się wraz z opróżnieniem ostatniego słoika z zupą.
Teresa, 61 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zamieszkaliśmy z teściową, żeby zaoszczędzić na kredycie. Miałam więcej pieniędzy, ale mniej szacunku do siebie”
- „Mam dziecko, bo matka ciągle mnie o nie męczyła, a ja chciałam tylko spokoju. Teraz wszyscy są szczęśliwi, tylko nie ja”
- „Każda wizyta u teściowej była stąpaniem po cienkim lodzie. Aż w końcu przy niedzielnym obiedzie wygarnęłam jej wszystko”

