Piętnaście lat. Tyle czasu Piotr jeździł na mecze z kumplami, a ja siedziałam w domu z dzieciakami. Wyjazdy do Chorzowa, do Warszawy, raz nawet do Londynu na jakiś towarzyski. Zawsze to samo — on pakuje torbę, ja pakuję lunchboxy dla Zosi i Kuby na następny dzień, bo przecież ktoś musi być w domu.
WIDEO…
Robił zdjęcia całej grupie
Nigdy się nie skarżyłam. Może powinnam była, ale nie miałam siły na kłótnie. A potem, jesienią, kiedy Kuba poszedł do liceum i miał już własne życie, a Zosia zaczęła nocować u koleżanek, pomyślałam sobie — dobra, teraz ja. Zapisałam się do klubu trekkingowego. Zwyczajnie, przez ogłoszenie na Facebooku. Spotkania w czwartki, wyjazdy w góry raz na miesiąc. Piotr, kiedy mu powiedziałam, tylko wzruszył ramionami.
— Fajnie, chodź sobie — powiedział, nie odrywając wzroku od telefonu.
Wtedy jeszcze nie wiedział, co to za sobą przyniesie. Pierwszy wyjazd był do Bieszczad. Trzy dni, dwie noce w schronisku, plecak, który obcierał mi ramiona, i przewodnik, który się nazywał Marek. Marek miał jakieś trzydzieści pięć lat, opaloną twarz i taki spokojny głos, że nawet jak mówił o mgle nad Połoniną, to brzmiało jak poezja. Robił zdjęcia całej grupie, ale zawsze wychodziło, że ja stoję na pierwszym planie, bo – jak mówił — mam dobre światło na twarzy.
Wróciłam z tego wyjazdu inna. Nie w sensie, że się zakochałam, bo nie, ale poczułam, że jeszcze coś we mnie żyje. Że mogę być kimś więcej niż mamą i żoną, która czeka przy oknie. Wrzuciłam zdjęcia na Facebooka. Ja na szczycie, ja przy ognisku, ja i Marek, śmiejący się nad mapą. Nic złego, po prostu wspomnienia. Piotr polubił dwa zdjęcia. Potem napisał wiadomość:
— Kto to ten typ?
— Przewodnik — odpisałam. — Marek. Bardzo fajny, dużo wie o górach.
Nie odpisał. Ale zauważyłam, że wszedł na mój profil jeszcze trzy razy tego wieczoru. Widziałam to w statusach – "aktywny przed chwilą".
Szło mu o Marka
Dwa tygodnie później Piotr wrócił z pracy z wielką torbą z Decathlonu.
— Co to? — spytałam.
— Buty trekkingowe — powiedział, jakby to było najnormalniejsze na świecie. — Pomyślałem, że w końcu spróbuję tego, co ty robisz.
Patrzyłam na niego jak na kosmitę. Piotr, który przez piętnaście lat nie ruszył się dalej niż na balkon, teraz kupował sobie buty za czterysta złotych na jakieś góry.
— Nigdy cię to nie interesowało — powiedziałam.
— No to teraz mnie interesuje. Mogę się zapisać do tego klubu, prawda? Jest miejsce?
Coś w jego głosie brzmiało nie tak. Zbyt entuzjastycznie. Zbyt szybko.
— Piotrek, to nie jest impreza dla par — powiedziałam. — To grupa ludzi, którzy chodzą po górach.
– Właśnie. Ja też chcę chodzić po górach.
Nie powiedziałam wtedy tego, co myślałam, ale było mi jasne jak słońce — nie szło mu o góry. Szło mu o Marka.
Zaśmiał się nerwowo
Na następny wyjazd, do Tatr, Piotr zapisał się bez pytania mnie o zgodę. Kupił kijki, kurtkę goreteksową, nawet jakąś apteczkę górską, której nikt nigdy nie użył. W autokarze siadł koło mnie, chociaż zwykle w takich sytuacjach wybierałby miejsce z dala od tłumu. Cały wyjazd chodził za mną jak cień. Kiedy Marek prowadził grupę i objaśniał trasę, Piotr stał za mną z rękami skrzyżowanymi na klatce, jakby pilnował terytorium.
— Możesz się trochę odsunąć? — szepnęłam mu w pewnym momencie. — Wszyscy na nas patrzą.
– A co, nie mogę być koło własnej żony?
— Możesz, ale nie musisz stać jak strażnik.
Zaśmiał się nerwowo, ale nie odsunął się.
Wieczorem, przy ognisku, kiedy Marek zaczął opowiadać jakiś żart o zbłąkanych turystach, Piotr wtrącił się z własną historią, dużo głośniej niż trzeba, jakby chciał zdominować rozmowę. Ludzie patrzyli na niego trochę zdziwieni. Ja czułam się, jakby mi ktoś wylał kubeł zimnej wody na głowę — bo widziałam, jak bardzo się starał, i jak bardzo to było niezgrabne.
Nie wiedziałam, co powiedzieć
Tej nocy, kiedy leżeliśmy w namiocie – bo tak, spał ze mną w namiocie, chociaż normalnie mówił, że nienawidzi kempingu – powiedziałam mu wprost.
— Piotrek, o co ci chodzi z tymi górami?
— O co ma chodzić? Chcę spędzać z tobą czas.
– Piętnaście lat nie chciałeś. A teraz, kiedy jest tu Marek, nagle chcesz.
Zamilkł na chwilę. Słyszałam, jak oddycha ciężko, jakbym trafiła w coś, czego nie chciał usłyszeć.
— Nie podoba mi się, jak on na ciebie patrzy — powiedział wreszcie.
— Jak on na mnie patrzy? On jest przewodnikiem, Piotrek. Uczy ludzi, jak nie spadać ze skały.
— Widziałem zdjęcia. Widziałem, jak się śmiejesz przy nim. Nie śmiałaś się tak przy mnie od lat.
To mnie zabolało, bo miał trochę racji, i chyba dlatego się na niego wściekłam.
— A czyja to wina? — powiedziałam. — Ja siedziałam w domu piętnaście lat, żebyś ty mógł jeździć na mecze. Nikt cię nie pytał, czy się dobrze bawisz beze mnie. A teraz, kiedy raz w miesiącu wyjeżdżam w góry, to od razu robisz z tego dramat.
— Bo się boję, że mnie zostawisz — powiedział cicho, tak cicho, że musiałam się nachylić, żeby usłyszeć.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Nigdy w życiu nie powiedział mi czegoś takiego.
Czułam ten cień zazdrości
Wróciliśmy z Tatr w niedzielę wieczorem. Piotr od razu wypakował plecak, powiesił nowe kijki na wieszaku w przedpokoju, jakby chciał, żeby były na widoku, dowód, że się stara. Coś się między nami zmieniło, ale nie wiedziałam, czy w dobrą stronę. Przez tydzień był inny — dzwonił w ciągu dnia, pytał, jak minął dzień, raz nawet ugotował kolację, co się nie zdarzyło od czasów, kiedy Zosia miała dwa lata. Ale wciąż czułam ten cień zazdrości. Kiedy w czwartek miałam kolejne spotkanie klubu, spytał, czy Marek też będzie.
— Piotrek, to jest przewodnik klubu. Jasne, że będzie.
— Może pojedziemy razem na następny wyjazd?
— A może po prostu zaufasz mi trochę? — powiedziałam, może zbyt szorstko. — Nie zrobiłam nic złego. Nie zamierzam.
Spojrzał na mnie tak, jakby chciał uwierzyć, ale nie do końca mógł.
— Wiem — powiedział. — Po prostu nie chcę cię stracić.
On boi się mnie stracić
Minęło kilka miesięcy. Piotr chodzi ze mną na część wyjazdów, ale już nie na wszystkie – zrozumiał chyba, że nie musi być moim cieniem, żeby mnie utrzymać. Czasem nawet zostaje w domu, kiedy jadę sama, i to jest chyba prawdziwy postęp, choć wciąż widzę w jego oczach coś, kiedy wspominam imię Marka. Marek, tak na marginesie, w końcu przedstawił nam swoją narzeczoną, która przyjechała na jeden z wyjazdów. Piotr odetchnął z tak wyraźną ulgą, że musiałam się śmiać przez cały wieczór.
— Widzisz? — powiedziałam mu w namiocie tamtej noc. — Nie musiałeś kupować butów za czterysta złotych.
— Ale są wygodne — odpowiedział, i to było jego wersja przyznania się do winy.
Nie wiem, czy nasza sytuacja jest w pełni naprawiona. Czasem myślę, że gdyby nie te piętnaście lat siedzenia w domu, nigdy nie doszłoby do tego, że musiałam mu przypominać, że jestem osobą, nie tylko żoną i matką. A czasem myślę, że dobrze, że w ogóle to się stało — bo inaczej może nigdy bym się nie dowiedziała, że on się boi mnie stracić. Buty trekkingowe wciąż stoją w przedpokoju. Trochę zniszczone już, ale używane. To coś znaczy, chyba.
Katarzyna, 42 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Nasza kuchnia przypomina ruinę, a mąż żałuje pieniędzy na remont. Za to na swój nowy samochód nie szczędził grosza”
- „Pożyczyłam sąsiadowi kilo cukru, a mąż zrobił z tego aferę. Zauważył, że do niego się tak nie uśmiecham”
- „Po całym etacie w pracy byłam w domu i gosposią, i złotą rączką. Skoro wszystko robię sama, to po co mi mój mąż?”



























