Reklama

Nigdy nie sądziłam, że wstyd może mieć oczy mojego jedynego dziecka. Patrzyłam na moją córkę, siedzącą naprzeciwko mnie w tej eleganckiej, przeszklonej restauracji, i czułam, jak każde jej spojrzenie wypala mi dziurę w sercu. Była piękna, wykształcona, pewna siebie — dokładnie taka, jaką sobie wymarzyłam. Ale kiedy poprawiła mnie przy kelnerze, z tym charakterystycznym, pobłażliwym uśmieszkiem, zrozumiałam okrutną prawdę. Dla niej byłam tylko prostą kobietą, reliktem przeszłości, którego należy się wstydzić. Nie miała pojęcia, że te szorstkie dłonie, które teraz nerwowo chowałam pod obrusem, zbudowały każdy stopień drabiny, po której ona wspięła się na szczyt.

To nie był pierwszy raz

To miało być święto. Dominika dostała awans w tej swojej wielkiej korporacji z angielską nazwą, której do dziś nie potrafię zapamiętać. Zaprosiła mnie na obiad. Myślałam, że zjem schabowego, może jakiś dobry rosół, ale ona wybrała miejsce, gdzie w menu nie było ani jednego polskiego słowa, a porcje wyglądały jak wycięte z żurnala dla lalek. Siedziałam sztywno na krześle, bojąc się, że coś potrącę. Wokół nas ludzie w garniturach, cicha muzyka, brzęk drogiej porcelany. Czułam się tam obco, jakbym weszła do muzeum w brudnych butach, choć przecież ubrałam moją najlepszą garsonkę — tę granatową z bierzmowania wnuczki siostry.

— Wybiorę to. — Wskazałam palcem w karcie, bo bałam się przeczytać nazwę na głos.

Dominika westchnęła głośno, ostentacyjnie przewracając oczami.

— Mamo, to się czyta „gnokki”, a nie „gnoczi”. Proszę cię, nie rób wiochy przy ludziach — syknęła, a potem uśmiechnęła się przymilnie do kelnera. — Dla mamy kluseczki, a dla mnie sałatkę z krewetkami. I wodę, ale niegazowaną, błagam.

Zamilkłam. To nie był pierwszy raz. Od kiedy skończyła studia i wyjechała do Warszawy, ten ton pojawiał się coraz częściej. Z początku myślałam, że to stres, praca, zmęczenie. Ale teraz, patrząc na jej idealnie pomalowane paznokcie stukające w ekran najnowszego telefonu, widziałam w niej coś innego. Pogardę.

Kelner odszedł, a ja próbowałam ukryć drżenie rąk.

— Cieszę się, córeczko, że cię docenili — zaczęłam cicho, chcąc zmienić temat. — Zawsze wiedziałam, że zajdziesz daleko. Pamiętasz, jak w podstawówce wygrałaś ten konkurs recytatorski? Już wtedy…

Przerwała mi gestem dłoni, nawet nie podnosząc wzroku znad telefonu.

— Mamo, błagam. Nie wracajmy do epoki kamienia łupanego. To, co robię teraz, to poważny biznes, fuzje, przejęcia. To nie jest recytowanie wierszyków na akademii w sali gimnastycznej, gdzie śmierdziało pastą do podłogi. Ty tego nie zrozumiesz, to inny świat.

Poczułam, jak w gardle rośnie mi gula. Nie rozumiałam fuzji, to prawda. Ale doskonale pamiętałam ten smród pasty do podłogi. Pamiętałam go, bo czułam go każdej nocy przez dwanaście lat, kiedy Dominika spała w swoim ciepłym łóżku.

Tej nocy nie spałam

Cofnęłam się myślami do dnia, kiedy wszystko się zawaliło. Dominika miała siedem lat, kiedy jej ojciec, a mój mąż, zginął w wypadku na budowie. Zostałyśmy same. Bez oszczędności, za to z kredytem na mieszkanie, którego raty nagle stały się gigantyczne. Byłam wtedy po technikum odzieżowym, pracowałam w szwalni, ale pensja ledwo starczała na opłaty. Kiedy ZUS przysłał pismo o jakichś problemach z rentą, myślałam, że oszaleję ze strachu.

Pamiętam ten wieczór, kiedy Dominika przyszła do kuchni z zeszytem.

— Mamo, pani powiedziała, że będą dodatkowe zajęcia z angielskiego. Wszyscy idą. Kosztują pięćdziesiąt złotych miesięcznie. Mogę?

Patrzyła na mnie tymi wielkimi, ufnymi oczami. Wiedziała, że jest biednie, ale nie rozumiała, co to znaczy „pusty portfel”. Dla niej pięćdziesiąt złotych to był papierek. Dla mnie — tydzień jedzenia dla nas obu.

— Oczywiście, kochanie — powiedziałam wtedy, głaszcząc ją po głowie. — Będziesz się uczyć języków. Zobaczysz kawał świata. Nie będziesz musiała garbić się nad maszyną jak matka.

Tej nocy nie spałam. Następnego dnia poszłam do kierowniczki szwalni i poprosiłam o nadgodziny. Było mało. Zatrudniłam się więc dodatkowo jako sprzątaczka w szkole, do której chodziła Dominika, ale w innym budynku, żeby dzieciaki jej nie dokuczały, że matka myje kible. Wstawałam o czwartej rano, żeby zdążyć posprzątać biura przed otwarciem, potem biegłam do szwalni na osiem godzin, a wieczorami szorowałam korytarze w szkole. Wracałam do domu, kiedy Dominika już spała. Całowałam ją w czoło, a moje ręce śmierdziały chlorem tak bardzo, że nawet cytrynowe mydło nie pomagało.

Wszystko dla Dominiki

Pani Basia, moja sąsiadka z parteru, często kręciła głową, widząc mnie wbiegającą po schodach z siatkami.

— Halinka, ty się wykończysz — mówiła, podając mi czasem kawałek ciasta przez próg. — Dziewczyna jest duża, niech też coś pomoże. Niech rozniesie ulotki, niech zobaczy, jak smakuje praca.

— Nie, Basiu — odpowiadałam stanowczo, choć kręgosłup bolał mnie tak, że ledwo stałam. — Ona ma się uczyć. Ma mieć same piątki. Ma mieć czas na książki, na kino, na te swoje kółka zainteresowań. Ja nie miałam takiej szansy. Ona musi ją mieć.

I miała. Dominika była zdolna, to trzeba jej przyznać. Ale jej edukacja kosztowała fortunę. Korepetycje z matematyki, bo chciała iść na profil ścisły. Wyjazdy na zielone szkoły, żeby nie czuła się gorsza od rówieśników. Markowe buty, bo w liceum wyśmiewali te z bazaru. Żeby kupić jej te buty, przez trzy miesiące jadłam w pracy same kanapki z pasztetem, a w domu udawałam, że już jadłam, żeby ona mogła zjeść porządny obiad z mięsem.

— Nie jestem głodna, jadłam w stołówce — kłamałam, patrząc, jak pałaszuje kotleta. Mój żołądek skręcał się z głodu, ale serce rosło, widząc ją sytą i zadowoloną.

Sprzedałam wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Złoty łańcuszek po babci poszedł do lombardu, gdy potrzebowała nowego komputera na studia. Obrączkę męża sprzedałam, gdy dostała się na wymarzone prawo w Warszawie i trzeba było zapłacić kaucję za mieszkanie. Płakałam, oddając ten krążek jubilerowi. Czułam się, jakbym zdradzała pamięć męża. Ale wiedziałam, że on by to zrozumiał. Wszystko dla Dominiki.

Spojrzała na mnie zaskoczona

Siedząc teraz w tej restauracji, patrzyłam na jej dłonie. Zadbane, gładkie, z drogim zegarkiem na nadgarstku. Moje dłonie były zniszczone, skóra szorstka od detergentów, stawy powykręcane od lat pracy fizycznej.

— Mamo, słuchasz mnie w ogóle? — Głos Dominiki wyrwał mnie z zamyślenia. — Mówię, że planujemy z Marcinem wesele. Będzie skromne, ale z klasą. Tylko wiesz… — Zawiesiła głos i upiła łyk wody.

— Co wiem?

— No, chodzi o listę gości. I o oprawę. Marcin ma rodzinę z wyższych sfer, jego ojciec jest profesorem, matka lekarką. Nie chcę, żebyś czuła się nieswojo, więc pomyślałam, że może przed ślubem pójdziemy razem na zakupy? Kupimy ci coś stonowanego, może beżowy kostium? I zapiszę cię do fryzjera, żeby coś zrobić z tymi siwymi odrostami. Bo wiesz, to twoje domowe farbowanie to trochę widać.

Zabolało. Bardziej niż to „gnokki”. Moja własna córka wstydziła się mnie pokazać przyszłym teściom. Chciała mnie przebrać, ucharakteryzować, żebym pasowała do obrazka.

— I jeszcze jedno — dodała, nie patrząc mi w oczy. — Jak będą pytać, czym się zajmujesz… to powiedz może, że jesteś na wcześniejszej emeryturze, dobrze? Nie musisz wspominać o tym sprzątaniu biurowców. Po co mają znać szczegóły.

Wstydzisz się mnie, Dominiko? — zapytałam wprost. Mój głos był spokojny, ale w środku wszystko we mnie drżało.

Spojrzała na mnie zaskoczona, jakby nie spodziewała się, że w ogóle się odezwę.

— Nie przesadzaj, mamo. Nie o to chodzi. Po prostu… mamy inne życie. Ty nie masz wykształcenia, nie znasz świata. Czasem palniesz coś takiego, że uszy więdną. Chcę cię tylko uchronić przed kompromitacją.

— Przed kompromitacją? — powtórzyłam. — Czy przed prawdą?

Były tam papiery

Obiad dobiegł końca w ponurej atmosferze. Dominika zapłaciła kartą, rzucając na stół hojny napiwek, a potem odwiozła mnie do domu swoim nowym, lśniącym samochodem.

— Wejdę na chwilę, muszę skorzystać z łazienki — rzuciła pod klatką.

Weszłyśmy do mojego małego mieszkania. Było czyste, zadbane, ale meblościanka pamiętała jeszcze czasy Gierka, a dywan był wytarty. Dominika rozejrzała się z niesmakiem.

— Mamo, tutaj tak dziwnie pachnie. Starością. Powinnaś wietrzyć częściej. I wyrzucić te graty.

Kiedy była w łazience, podeszłam do szafy. Wyciągnęłam z dolnej szuflady stare, zniszczone pudełko po butach. Było przewiązane sznurkiem. Położyłam je na stole w kuchni i usiadłam, czekając. Dominika wyszła, poprawiając włosy w lustrze w przedpokoju.

Dobra, będę lecieć. Marcin czeka. To co, umówimy się na te zakupy w przyszłym tygodniu?

— Usiądź, Dominiko — powiedziałam tonem, którego nie używałam od lat. Tonem matki, która nie prosi, lecz wymaga.

Zdziwiła się, ale usiadła naprzeciwko, zerkając na zegarek.

— O co chodzi? To pudełko? Masz tam jakieś stare zdjęcia?

Rozwiązałam sznurek. W środku nie było zdjęć. Były tam papiery. Dziesiątki, setki papierów. Kwity z lombardu. Odcinki wypłat z nadgodzin. Zeszyty z moimi zapiskami domowego budżetu, prowadzone skrupulatnie przez dwadzieścia lat.

— Co to jest? — zapytała, sięgając po pierwszy z brzegu kwit. To był ten za obrączkę.

— Przeczytaj datę — powiedziałam.

— Listopad… dwa tysiące dwunasty. Kwota: czterysta złotych. Obrączka złota, grawerowana. Mamo, sprzedałaś obrączkę taty? Dlaczego? Przecież zawsze mówiłaś, że zgubiłaś ją podczas mycia okien!

Patrzyłam na nią twardo.

— Listopad dwa tysiące dwunastego. Dostałaś się wtedy na studia. Musiałam zapłacić kaucję za twoje mieszkanie i kupić ci bilet miesięczny. Brakowało mi trzystu złotych do wypłaty.

Dominika zamilkła. Przerzucała kolejne kartki.

— A to? Lombard… łańcuszek z medalikiem. Rok dwa tysiące ósmy.

— Twój obóz językowy w Londynie. Mówiłaś, że wszyscy jadą. Że to twoja szansa. Nie miałam tych pieniędzy. Kierowniczka nie dała mi zaliczki.

Dominika bladła z każdą chwilą. Jej idealny makijaż nagle przestał mieć znaczenie. Wzięła do ręki stary zeszyt w kratkę. Otworzyła na losowej stronie.

„Wrzesień 2005. Dochód: 1200 zł. Wydatki: Czynsz — 400. Prąd — 80. Jedzenie — 200. Podręczniki dla Dominiki — 350. Buty dla Dominiki — 120. Zostaje: 50 zł. Uwaga: nie kupować maści na stawy, wytrzymam jeszcze miesiąc. Kupić Dominice lepszą kurtkę na zimę”.

Cisza w kuchni była tak gęsta, że można by ją kroić nożem. Słychać było tylko tykanie starego zegara ściennego.

— Nie kupiłaś maści? — szepnęła, a jej głos zadrżał. — Pamiętam, że wtedy bardzo bolały cię nogi. Mówiłaś, że to na zmianę pogody.

— Bolały, bo stałam po dwanaście godzin na zmianie, a potem myłam podłogi na kolanach. Ale ty potrzebowałaś podręczników. I kurtki, żebyś nie marzła na przystanku.

Wstałam i podeszłam do okna. Patrzyłam na szare podwórko, to samo, na którym ona bawiła się jako dziecko.

— Kpisz ze mnie, że nie mam wykształcenia — zaczęłam cicho, nie odwracając się. — Że nie umiem zamawiać dań w restauracji. Że mówię prostym językiem. Masz rację, Dominiko. Jestem prostą kobietą. Nie skończyłam studiów, bo kiedy był na to czas, musiałam pracować na dom. A potem… potem moim uniwersytetem byłaś ty.

Odwróciłam się. Dominika siedziała nieruchomo, trzymając w dłoni pożółkłą kartkę. Po jej policzku spływała czarna smuga tuszu.

— Każda twoja lekcja angielskiego, każda książka, każdy wyjazd, każdy twój sukces… to są moje nieprzespane noce. To są moje zniszczone dłonie. To jest mój brak wykształcenia. Zainwestowałam wszystko w ciebie. Jesteś moim najlepszym dyplomem, Dominiko. Ale dzisiaj, w tej restauracji, poczułam, że ten dyplom się mnie wstydzi.

Rozmawiałyśmy do rana

Dominika schowała twarz w dłoniach. Ramiona zaczęły jej drżeć. Płakała nie jak ta twarda kobieta biznesu, którą udawała na co dzień, ale jak mała dziewczynka, która zdarła kolano. Podeszłam do niej i położyłam rękę na jej ramieniu. Zesztywniała na moment, a potem gwałtownie objęła mnie w pasie, wtulając twarz w mój brzuch.

— Przepraszam — wyłkała, mocząc moją bluzkę. — Boże, mamo, przepraszam. Byłam taka głupia. Taka ślepa. Myślałam, że to wszystko… że to po prostu było. Że jakoś sobie radziłaś. Nigdy nie pytałam skąd. Nigdy nie zapytałam, dlaczego nie kupujesz sobie nowych ubrań.

Głaskałam ją po włosach, tak jak wtedy, gdy była mała.

— Nie pytałaś, bo cię chroniłam. Chciałam, żebyś szła przez życie z podniesioną głową, a nie z garbem biedy. Ale nie chciałam, żebyś z tej wysokości patrzyła na mnie z góry.

Dominika podniosła głowę. Jej oczy były czerwone, nos spuchnięty. Wyglądała okropnie i pięknie zarazem — bo wreszcie prawdziwie.

— Nie będziesz udawać emerytki na moim ślubie — powiedziała stanowczo, pociągając nosem. — Powiesz wszystkim prawdę. Że ciężko pracowałaś, żebym ja mogła być tu, gdzie jestem. Jeśli ktoś z rodziny Marcina będzie miał z tym problem, to znaczy, że nie są warci zaproszenia. A Marcin… on cię uwielbia, wiesz? To on mi mówił, że jestem dla ciebie za ostra. Nie słuchałam go. — Uśmiechnęła się krzywo, patrząc na zeszyt z moimi zapiskami. — I wiesz co? Nauczysz mnie robić te twoje gołąbki. Bo te krewetki w restauracji były paskudne.

Zaśmiałam się, czując ulgę, jakiej nie doznałam od lat.

Tego wieczoru Dominika została u mnie na noc. Spałyśmy w jednym łóżku, jak kiedyś, gdy bała się burzy. Rozmawiałyśmy do rana — nie o biznesie, nie o polityce, ale o wspomnieniach. O tacie, o tym, co naprawdę ważne. Zrozumiałam, że wykształcenie daje wiedzę, ale to miłość i poświęcenie dają mądrość. A moja córka, choć z opóźnieniem, w końcu zdała ten najważniejszy egzamin — egzamin z człowieczeństwa.

Nadal nie potrafię wymówić „gnokki”, ale teraz, gdy idziemy razem do restauracji, Dominika z dumą zamawia za nas obie i głośno mówi kelnerowi: „Moja mama woli tradycyjną kuchnię, bo sama gotuje najlepiej na świecie”. I to jest dla mnie ważniejsze niż jakikolwiek dyplom na ścianie.

Halina, 62 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama