„Delegacja we włoskich Alpach była bardzo owocna. Mąż na pamiątkę z wyjazdu musi poczekać 9 miesięcy”
„W pracy coraz trudniej było mi się skoncentrować, w domu drażniły mnie nawet drobnostki – skarpetki rzucone pod łóżko, niedopita herbata na stole, pytania zadawane jakby od niechcenia. Sama nie rozumiałam, dlaczego jestem tak rozkojarzona i zmęczona”.

Nigdy nie lubiłam służbowych wyjazdów za granicę. Zawsze zostawiałam za sobą coś więcej niż dom – zostawiałam codzienność, zapach ulubionej kawy parzonej przez męża, poranne sprzeczki o pilota do telewizora, a nawet stertę prania, której nikt poza mną nie ogarniał. Każda delegacja wywoływała u mnie lekką nerwowość. Niby dorosła kobieta, a jednak za każdym razem miałam wrażenie, że zostawiam na kilka dni całe swoje życie i wracam do świata, w którym nie obowiązują żadne znane mi zasady. Ten wyjazd miał być krótki, rutynowy, a jednak... wróciłam inna. I z czymś, czego się nie spodziewałam.
Pożegnanie na lotnisku
Staliśmy razem przy bramce, próbując żartować, żeby nie myśleć o rozłące. Mój mąż udawał twardziela, ale znałam go zbyt dobrze. Przygryzał wargę, patrząc w podłogę, jakby szukał na niej zgubionej od lat odrobiny cierpliwości.
– Dasz sobie radę beze mnie przez tydzień? – zapytałam, próbując się uśmiechnąć.
– Nie wiem, chyba będę musiał nauczyć się gotować albo umrzeć z głodu – odpowiedział z udawaną powagą.
Śmialiśmy się chwilę, ale potem objął mnie mocno, jakby chciał zapamiętać kształt moich ramion.
– Uważaj na siebie, dobrze? I dzwoń, jak tylko wylądujesz – mruknął mi do ucha.
– No przecież zawsze dzwonię.
– Nie zostaw telefonu w taksówce, jak ostatnio.
– Ojej, ileż można raz zapomnieć!
Zadzwonił dzwonek, zapraszając pasażerów do wejścia. Pocałowałam go szybko i przeszłam przez bramkę. Odwróciłam się jeszcze na chwilę. Stał w miejscu, wciąż patrząc za mną, z miną chłopca, któremu zabrano ulubioną zabawkę. W samolocie nie mogłam przestać o nim myśleć. Zawsze, kiedy gdzieś jechałam, bałam się, że przez moją nieobecność coś przegapimy – coś drobnego, co zmienia się w życie. Tym razem jednak nie miałam pojęcia, jak bardzo rzeczywiście się zmieni.
Telefon od losu
W Bergamo wszystko wyglądało inaczej niż w Polsce. Kiedy tylko wyszłam z hotelu, uderzył mnie zapach kawy i cytrusów, a gwar ulic pełnych ludzi sprawiał, że czułam się jednocześnie obca i podekscytowana. Przez cały dzień biegałam z sali konferencyjnej na spotkania, uśmiechałam się, kiwałam głową, podpisywałam papiery, udając, że czuję się tu jak ryba w wodzie. W rzeczywistości myśli nieustannie wracały do domu – czy mąż zjadł obiad, czy nie zostawił po sobie bałaganu, czy pamiętał o moich kwiatach.
Wieczorem koleżanka z pracy namówiła mnie na szybkie wyjście na kolację.
– Idziemy na prawdziwą pizzę, nie będziesz się wiecznie zamartwiać! – powiedziała stanowczo.
W restauracji rozmawiałyśmy o wszystkim, tylko nie o pracy. Wino sprawiło, że poczułam się trochę lżejsza, a gwar rozmów w tle rozpraszał moją samotność. Po kolacji, kiedy wracałam uliczkami do hotelu, zaczęło padać. Schowałam się pod daszkiem kiosku i wyjęłam telefon.
Zadzwonił mąż, jakby wyczuł, że tego właśnie potrzebuję.
– I jak tam? Zadowolona ze świata?
– Trochę się gubię, wszystko tu jest takie inne...
– Tylko nie zakochaj się w jakimś Włochu – rzucił żartem.
– Nie przesadzaj. Poza tobą nikt mnie nie rozśmiesza do łez.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak wiele się zmieni przez jeden drobny zbieg okoliczności.
Trudny powrót do domu
Ostatni dzień delegacji dłużył się niemiłosiernie. Chociaż powinno być mi lżej, z każdą godziną czułam się coraz bardziej rozbita. Na lotnisku patrzyłam, jak ludzie witają się z bliskimi, a ja nerwowo obracałam w palcach małe pudełko z włoskim breloczkiem – prezentem dla męża, takim symbolicznym, do kluczy. Lot minął w milczeniu, a ja ściskałam pas bezpieczeństwa, czując, że coś się zmieniło. Sama jeszcze nie umiałam tego nazwać.
W domu mąż przywitał mnie szerokim uśmiechem, jakby chciał przykryć tęsknotę żartem.
– No to co, przywiozłaś mi coś fajnego? – zagaił z przekąsem.
– Coś tam się znajdzie – odpowiedziałam, wyciągając breloczek z kieszeni.
– O, klucz do serca Włoch?
Przez chwilę staliśmy naprzeciw siebie, nie bardzo wiedząc, co dalej. Wzięłam szybki prysznic i próbowałam wrócić do normalności, ale wewnętrznie byłam rozedrgana. Coś nie dawało mi spokoju – ani żart męża o zakochiwaniu się, ani ta niepokojąca lekkość, która nagle zamieniła się w ciężar. Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Mąż odwrócił się plecami, udając, że śpi, a ja wpatrywałam się w sufit, czując, jak obco mi w tym własnym domu. Przecież wszystko miało wrócić do normy.
Zmiany w ciele i w sercu
Minęło kilka tygodni, a ja nie potrafiłam odzyskać równowagi. Mąż pytał, czy coś się stało, ale tylko kręciłam głową. W pracy coraz trudniej było mi się skoncentrować, w domu drażniły mnie nawet drobnostki – skarpetki rzucone pod łóżko, niedopita herbata na stole, pytania zadawane jakby od niechcenia. Sama nie rozumiałam, dlaczego jestem tak rozkojarzona i zmęczona.
Pewnego ranka, kiedy ledwo otworzyłam oczy, poczułam silne mdłości.
– Może się czymś strułaś – rzucił mąż, kiedy zobaczył, jak blednę przy stole.
Próbowałam to zbagatelizować, ale kolejne dni przyniosły tylko nasilenie objawów. Po kilku tygodniach sama przed sobą nie mogłam już udawać – wiedziałam, co to oznacza. Kupiłam test i patrzyłam na dwie kreski, jakby nie wierząc własnym oczom.
Wtedy dotarło do mnie, że przywiozłam z tej podróży znacznie więcej niż breloczek. Długo stałam w łazience, próbując ułożyć w głowie to wszystko, co miało się wydarzyć. Wieczorem, kiedy mąż wrócił z pracy, patrzył na mnie uważnie.
– Coś się dzieje, prawda? – zapytał cicho.
Usiadłam naprzeciw niego i ściszonym głosem wyszeptałam:
– Będziesz musiał odebrać prezent sam, za jakieś dziewięć miesięcy...
Mąż zbladł, a ja nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać.
Prezent, który zmienia życie
Od chwili, kiedy wyznałam prawdę, w naszym domu zapanowała cisza innego rodzaju. Przez kilka dni mąż chodził jak cień, unikając rozmów, jakby bał się, że jedno nieostrożne słowo przewróci wszystko do góry nogami. Wieczorem przyszedł do mnie do kuchni, usiadł ciężko na krześle i przez chwilę tylko patrzył w blat.
– To dziecko… To na pewno…? – zadał pytanie, które musiało paść, chociaż bolało.
– Tak – odpowiedziałam bez zawahania, nie chcąc już kluczyć. – Tylko ty.
Przyjął to ze zdziwieniem, ale i ulgą. Wyciągnął rękę przez stół, dotknął mojej dłoni.
– Przepraszam, po prostu się przestraszyłem. Nie spodziewałem się takiego prezentu… Tak nagle, po tylu latach, kiedy już prawie przestaliśmy wierzyć, że nam się uda.
Zapanowało napięte milczenie. W końcu mąż zaśmiał się nerwowo.
– No to się postarali Włosi z tym breloczkiem – mruknął. – Trzeba będzie kupić większy samochód.
Pierwszy raz od dawna poczułam się spokojniejsza. Obawy i wątpliwości nie zniknęły, ale powoli wracaliśmy do siebie, krok po kroku. Każdego dnia oswajaliśmy się z myślą, że nasza codzienność już nigdy nie będzie taka jak dawniej. Wiedziałam, że najtrudniejsze jeszcze przed nami.
Dziewięć miesięcy później
Poranek, w którym pojechaliśmy do szpitala, był pochmurny i zimny, zupełnie inny niż ten, z którego zaczęła się cała historia. Patrzyłam na męża, jak gorączkowo sprawdzał, czy spakował dokumenty i pampersy, jakby właśnie miał zdawać najważniejszy egzamin w życiu. Nawet w drodze do szpitala próbował żartować, ale słyszałam w jego głosie niepokój.
– Pamiętasz, jak żartowałem, że umrę z głodu, jak cię nie będzie? – mruknął. – Teraz to już chyba nigdy nie będę się nudził.
Poród trwał długo. Było trochę łez, sporo strachu, a potem… wszystko ucichło. Kiedy położna podała mi nasze dziecko, popatrzyłam na malutkie paluszki i nagle cały świat skurczył się do tej jednej chwili. Mąż był blady, oszołomiony, przytulał się do mnie nieporadnie, a w oczach miał łzy.
– To twój prezent z Włoch – wyszeptałam, choć oboje wiedzieliśmy, że ten prezent był darem życia, nie kaprysem losu.
Teraz, kiedy patrzę, jak mąż samodzielnie przewija córeczkę, śmieję się cicho, bo wiem, że dokładnie na taki prezent czekał – choć nigdy by się do tego nie przyznał. Może nie wszystko jest proste. Może czasem życie zmienia plan bez ostrzeżenia. Ale czasem zaskakuje nas w najpiękniejszy sposób.
Kinga, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wzięliśmy kredyt, by wybrać się na ferie w Alpy. Gdy wróciliśmy do domu, musiałam zmierzyć się z rzeczywistością”
- „Mój zięć nie ma dla mnie za grosz szacunku. Kto by pomyślał, że będę mieć takiego cwaniaka w rodzinie”
- „Dałam mojej córce 1000 złotych w gotówce na sukienkę na studniówkę. Gdy zobaczyłam, co kupiła młoda, ręce mi opadły”

