Reklama

Miałem trzydzieści osiem lat i wszystko, co według innych powinno wystarczyć do szczęścia: mieszkanie w centrum, stałą pracę, dziesięć lat małżeństwa z kobietą, którą kiedyś podziwiałem bez zastrzeżeń. A jednak coraz częściej łapałem się na tym, że przy kolacji słyszę tylko brzęk sztućców, a nie jej głos. Karolina mówiła o projektach i terminach, ja o rachunkach. O nas nie mówił nikt. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że największy brak zauważę w oczach kogoś zupełnie innego.

Granica przesunęła się za daleko

Wszystko zaczęło się powoli, przynajmniej tak sobie to tłumaczyłem. Po wspólnych kolacjach we czwórkę pisaliśmy do siebie w tej samej grupie, potem Lidia zaczęła reagować na moje żarty prywatnie.

– „Z tobą zawsze można się pośmiać” – napisała któregoś wieczoru. – „Szkoda, że u mnie w domu ostatnio tak cicho”.

To „cicho” wybrzmiało we mnie mocniej, niż powinno. Odpisałem, że u mnie też bywa podobnie. Nagle rozmowy o filmach czy pracy zamieniły się w wyznania. O tym, że Tomasz coraz częściej zostaje po godzinach. O tym, że Karolina zasypia z laptopem na kolanach. O samotności, którą oboje próbowaliśmy zagłuszyć.

Któregoś wieczoru po kolacji Tomek musiał wrócić do pracy, więc zaproponowałem, że odwiozę Lidię. W samochodzie było duszno, choć na zewnątrz panował chłód. Milczeliśmy dłuższą chwilę.

– Czarek… – zaczęła. – Czy ty też masz wrażenie, że jesteśmy tylko dodatkiem do czyjegoś życia?

Ścisnęło mnie w gardle.

– Często – odpowiedziałem. – Jakbym był tłem.

Spojrzała na mnie tak, jak nikt nie patrzył od dawna. Bez pośpiechu, bez oceniania.

Przy tobie czuję się zauważona – powiedziała. – I to mnie przeraża.

Zatrzymałem samochód pod jej domem. Powinienem był wtedy powiedzieć coś rozsądnego. Przypomnieć o Tomku, o Karolinie, o granicach. Zamiast tego przyznałem:

– Mnie też to przeraża. Bo czuję dokładnie to samo.

Nasze dłonie spotkały się niby przypadkiem na dźwigni zmiany biegów. Mogłem cofnąć rękę. Nie zrobiłem tego. Ten krótki dotyk trwał może kilka sekund, a jednak miał ciężar decyzji.

Przez kolejne dni pisaliśmy coraz częściej. Wiadomości pojawiały się o świcie i tuż przed snem. Znałem już rytm jej dnia, wiedziałem, kiedy czuje się najbardziej samotna. Ona wiedziała, kiedy wracam z pracy i siadam na kanapie obok Karoliny, która bez słowa przeglądała dokumenty.

– „Czasem myślę, że gdybyśmy poznali się wcześniej…” – napisała Lidia.

Wpatrywałem się w ekran, czując, jak serce bije szybciej.

„Nie kończ tego zdania” – odpisałem. – „Bo zaczniemy wierzyć w coś, co nie istnieje”.

A jednak wierzyliśmy. Spotkaliśmy się „przypadkiem” w kawiarni niedaleko jej biura. Rozmowa płynęła swobodnie, śmialiśmy się za głośno. W pewnym momencie Lidia spoważniała.

– To już chyba nie jest tylko przyjaźń, prawda?

Nie zaprzeczyłem. Milczenie było jak przyznanie się do winy. Tego dnia po raz pierwszy wróciłem do domu z poczuciem, że przekroczyłem granicę. Jeszcze niczego nie zrobiłem, co można by nazwać zdradą wprost. A jednak wiedziałem, że emocjonalnie stoję po drugiej stronie.

Karolina spojrzała na mnie znad laptopa.

Długo cię nie było.

– Spotkanie się przeciągnęło – skłamałem bez zawahania.

To było najgorsze. Kłamstwo przyszło łatwo. Zbyt łatwo. Leżąc w łóżku obok żony, pisałem wiadomość do Lidii: „Dobranoc”. I czułem ekscytację, która mieszała się z lękiem. Wiedziałem, że zdradzam nie tylko Karolinę. Zdradzałem Tomka, człowieka, który znał mnie od studiów, który był przy mnie, gdy zaczynałem pierwszą pracę, gdy brałem ślub. A jednak pierwszy raz od lat czułem się komuś potrzebny. To uczucie było silniejsze niż rozsądek. Granica przesunęła się tak cicho, że niemal tego nie zauważyłem. A kiedy zorientowałem się, że stoję po niewłaściwej stronie, było już za późno, by udawać, że nic się nie stało.

Zacząłem prowadzić podwójne życie

Z czasem przestałem się łudzić, że to tylko rozmowy. Nasze spotkania przestały być przypadkowe. Ustalaliśmy je z precyzją, jakby chodziło o ważne zebrania. Kawiarnia na obrzeżach miasta, spacer w parku, w którym nikt ze znajomych raczej by nas nie spotkał. Zawsze z zegarkiem w ręku, zawsze z historią przygotowaną na wypadek pytań.

– Czuję się, jakbym grała w jakimś przedstawieniu – powiedziała Lidia, gdy siedzieliśmy na ławce, udając, że rozmawiamy o pracy. – W domu jestem żoną Tomka. Przy tobie… nie wiem, kim jestem.

Jesteś sobą – odpowiedziałem zbyt szybko.

Uśmiechnęła się smutno.

– A ty? Kim jesteś?

Nie potrafiłem odpowiedzieć. Byłem mężem Karoliny, przyjacielem Tomka, a jednocześnie kimś, kto codziennie wymyślał kolejne wersje wydarzeń. Kłamstwa stały się rutyną. „Zostaję dłużej w biurze”. „Mam spotkanie z klientem”. „Pomagam koledze z projektem”. Wypowiadałem te zdania spokojnie, niemal mechanicznie.

Najgorsze było to, że przestałem czuć wyrzuty sumienia wobec Karoliny. Nasze rozmowy ograniczały się do logistyki.

Zapłaciłeś czynsz? – zapytała któregoś wieczoru.

– Tak.

– W przyszłym tygodniu mam konferencję, wrócę późno.

– Rozumiem.

Patrzyłem na nią i nie czułem już złości ani żalu. Tylko obojętność. To mnie przeraziło bardziej niż sam romans. Obojętność była jak cichy sygnał, że coś we mnie umiera.

Z Tomkiem było inaczej. On wciąż traktował mnie jak najbliższego człowieka. Zadzwonił pewnego wieczoru, gdy akurat siedziałem z Lidią w samochodzie zaparkowanym kilka ulic od jej domu. Telefon zawibrował, a ja poczułem, jak serce podchodzi mi do gardła.

Odbierz – szepnęła Lidia.

Wysiadłem z auta.

– Stary, masz chwilę? – głos Tomasza brzmiał na zmęczony. – Nie wiem, co się dzieje z Lidią. Jest jakaś nieobecna. Mam wrażenie, że oddalamy się od siebie.

Zamknąłem oczy.

Może za dużo pracujesz – powiedziałem ostrożnie. – Może potrzebuje więcej twojej uwagi.

– Myślisz? – zawahał się. – Boję się, że ją tracę.

Te słowa uderzyły mnie mocniej, niż chciałem przyznać. Stałem kilka metrów od kobiety, o której mówił, i udzielałem mu rad, jak ją odzyskać. Czułem się jak ktoś rozdarty na pół.

Kiedy wróciłem do samochodu, Lidia patrzyła na mnie w milczeniu.

To było o mnie, prawda?

Skinąłem głową.

– Czarek… – jej głos zadrżał. – My robimy coś strasznego.

– Wiem.

A jednak następnego dnia znów do siebie pisaliśmy. Znów szukaliśmy pretekstu, by się zobaczyć. Każde spotkanie niosło ze sobą napięcie, które mieszało się z ulgą. Przy niej czułem się widziany, słuchany. Przy niej byłem kimś więcej niż tylko dodatkiem do czyjegoś planu dnia.

Jednocześnie coraz częściej budziłem się nad ranem z niepokojem. Leżałem obok Karoliny, która spała spokojnie, i zastanawiałem się, jak długo jeszcze utrzymam tę równowagę. Podwójne życie wymagało czujności. Wystarczyłby jeden błąd – nieusunięta wiadomość, nieostrożne spojrzenie przy wspólnym spotkaniu.

Podczas kolejnej kolacji we czwórkę Tomasz śmiał się z jakiejś anegdoty, a ja czułem, że pot spływa mi po plecach. Lidia unikała mojego wzroku. Karolina przyglądała mi się uważniej niż zwykle.

– Wszystko w porządku? – zapytała nagle.

– Jasne – odpowiedziałem może zbyt szybko.

W tamtej chwili dotarło do mnie, że balansuję nad przepaścią. Byłem powiernikiem Tomasza i jego największym zdrajcą. Mężem Karoliny i kimś, kto coraz rzadziej czuł się jej partnerem. Każdego dnia powtarzałem sobie, że mam to pod kontrolą. Ale prawda była taka, że kontrola dawno wymknęła mi się z rąk.

Zacząłem się w tym gubić

Pierwsza poważna rozmowa z Karoliną zaczęła się od drobiazgu. Zostawiłem telefon na stole, a ekran rozświetlił się krótką wiadomością. Zdążyłem go odwrócić, zanim zobaczyła treść, ale zauważyła moje nerwowe ruchy.

Od kiedy jesteś taki czujny? – zapytała spokojnie.

– Zawsze byłem – odpowiedziałem.

– Nieprawda – odsunęła talerz. – Kiedyś byłeś po prostu obecny.

To słowo zawisło między nami. Obecny. Uświadomiłem sobie, że od miesięcy byłem gdzie indziej.

Może to ty jesteś nieobecna – rzuciłem, broniąc się atakiem. – Ciągle praca, wyjazdy, telefony.

Spojrzała na mnie długo.

– Pracuję dla nas, Czarek. A ty? Dla kogo robisz wszystko?

Nie potrafiłem odpowiedzieć. W jej głosie nie było krzyku, tylko zmęczenie i coś jeszcze – podejrzenie, którego nie chciałem nazywać.

Tego samego tygodnia spotkaliśmy się we czwórkę u nas. Atmosfera była gęsta. Tomasz był dziwnie cichy. Lidia spięta. Karolina obserwowała nas wszystkich jakby z boku. W pewnym momencie Tomasz zwrócił się do mnie:

– Pamiętasz, jak na studiach mówiliśmy, że najważniejsze to nie zawieść siebie nawzajem?

Uśmiechnąłem się blado.

– Jasne, że pamiętam.

– Czasem mam wrażenie, że ludzie zmieniają się szybciej, niż myślimy – dodał, patrząc mi prosto w oczy.

Poczułem, jak serce zaczyna mi bić szybciej. Lidia wstała, żeby zebrać filiżanki. Nasze dłonie musnęły się przy zlewie, ale tym razem nie było w tym ekscytacji. Był strach.

Kilka dni później Lidia napisała, że chce o czymś porozmawiać. Spotkaliśmy się w parku. Stała odwrócona plecami.

Nie mogę tak dłużej – powiedziała bez wstępu. – Każde spojrzenie Tomka boli. Każde twoje kłamstwo też.

– To nie tylko moje kłamstwa – zauważyłem cicho.

Odwróciła się gwałtownie.

– Wiem. I właśnie dlatego chcę, żebyś podjął decyzję. Albo kończysz to i próbujesz ratować swoje małżeństwo, albo mówisz prawdę. Nie chcę być sekretem.

– To nie jest takie proste – odpowiedziałem.

Jest prostsze, niż myślisz – w jej oczach pojawiły się łzy. – Ja już nie wytrzymuję życia w zawieszeniu.

Wracałem do domu z poczuciem, że wszystko zaczyna się kruszyć. W nocy Karolina odezwała się pierwsza.

– Jeśli coś się dzieje, wolę wiedzieć – powiedziała, leżąc obok mnie w ciemności. – Najgorsza jest ta cisza.

Zamknąłem oczy. Chciałem powiedzieć prawdę. Naprawdę. Słowa jednak ugrzęzły mi w gardle.

Nic się nie dzieje – skłamałem po raz kolejny.

Następnego dnia Tomasz zadzwonił i zaproponował spotkanie sam na sam. Jego głos był spokojny, ale zbyt spokojny.

Wpadnij do mnie wieczorem. Chcę pogadać.

Odłożyłem telefon i poczułem, że grunt usuwa mi się spod nóg. Rysy, które dotąd ledwie dostrzegałem, zaczęły się poszerzać. Wiedziałem, że zbliża się moment, w którym wszystko wyjdzie na jaw. Nie czułem już ekscytacji. Tylko strach.

Zawiodłem najlepszego przyjaciela

Do mieszkania Tomasza wchodziłem jak ktoś, kto zna drogę na pamięć, a jednak ma wrażenie, że wszystko wygląda inaczej. Drzwi otworzył od razu. Nie uśmiechnął się.

– Wejdź – powiedział krótko.

Usiedliśmy naprzeciwko siebie przy stole, przy którym tyle razy graliśmy w karty i śmialiśmy się do późna. Teraz między nami leżał jego telefon.

Znalazłem to przypadkiem – zaczął spokojnie. – Lidia zostawiła odblokowany ekran. Nie chciałem czytać. Ale przeczytałem.

Nie musiał mówić więcej. Wiedziałem.

Od jak dawna to trwa? – zapytał.

Milczałem przez kilka sekund, które wydawały się wiecznością.

– Kilka miesięcy.

Skinął głową, jakby potwierdzał własne przypuszczenia.

– Wiesz, co jest najgorsze? – spojrzał mi prosto w oczy. – Nie to, że ona się pogubiła. Tylko że to ty. A ja miałem cię za brata.

Te słowa bolały bardziej niż jakikolwiek krzyk.

Mogłeś powiedzieć, że coś jest nie tak. Mogłeś mnie uprzedzić. Byłem twoim przyjacielem.

– Byłeś – powtórzyłem cicho.

– Nie krzyczę, bo to nic nie zmieni – dodał. – Ale od dziś nie mam już przyjaciela.

Wstał i podszedł do okna. Stałem chwilę w miejscu, nie wiedząc, co zrobić z rękami, ze sobą. Chciałem coś naprawić jednym zdaniem, ale nie było już takich słów. Wyszedłem bez pożegnania.

Kiedy wróciłem do domu, Karolina siedziała w salonie. Na stole leżał mój telefon. Zamarłem.

Dzwoniła do ciebie Lidia – powiedziała spokojnie. – Odebrałam.

Usiadłem naprzeciwko niej.

Chcesz mi coś powiedzieć? – zapytała.

Tym razem nie uciekłem wzrokiem. Opowiedziałem wszystko. Bez usprawiedliwień, bez tłumaczeń. Mówiłem o samotności, o potrzebie bycia zauważonym, o tym, jak łatwo przekroczyłem granicę. Karolina słuchała w milczeniu. Kiedy skończyłem, powiedziała tylko:

– Myślałam, że jeśli coś nas rozbije, to moja praca. Nie twoje milczenie.

– Przepraszam – wyszeptałem.

– Nie przepraszaj – wstała. – Powinieneś był ze mną rozmawiać. Zamiast tego wybrałeś kogoś, kto miał wypełnić pustkę.

W jej głosie nie było łez ani gniewu. Była chłodna decyzja.

Wyprowadzę się na jakiś czas – dodała. – Muszę zrozumieć, czy w ogóle chcę ratować coś, co już od dawna było tylko formalnością.

Zostałem sam w salonie, w ciszy, która wcześniej wydawała mi się naturalna. Teraz była ogłuszająca.

Tego samego wieczoru Lidia napisała krótką wiadomość: „Tomasz wie. To koniec”. Zrozumiałem wtedy, że straciłem więcej, niż przewidywałem. Nie tylko małżeństwo. Nie tylko romans. Straciłem człowieka, który znał mnie od lat i ufał mi bezwarunkowo. Wcześniej każdego ranka budziłem się obok Karoliny z lękiem, że prawda wyjdzie na jaw. Teraz budziłem się sam – i to była cena, której wcześniej nie potrafiłem sobie wyobrazić.

Nie było czego naprawiać

Mieszkanie bez Karoliny stało się obce. Jej kubek wciąż stał w szafce, notatki leżały na biurku, a jednak wszystko wyglądało, jakby ktoś wymazał z tego miejsca sens. Przez pierwsze dni łudziłem się, że to tylko przerwa. Że ochłoniemy i spróbujemy jeszcze raz.

Spotkaliśmy się po dwóch tygodniach w kawiarni niedaleko jej biura. Wyglądała spokojnie, jakby podjęła decyzję już wcześniej.

– Przemyślałam to – zaczęła bez wstępów. – I zrozumiałam, że my od dawna nie byliśmy razem. Żyliśmy obok siebie.

– Możemy to odbudować – powiedziałem. – Jeśli tylko dasz mi szansę.

Pokręciła głową.

– Czarek, ja nie chcę odbudowywać czegoś, co funkcjonowało tylko siłą przyzwyczajenia. Twoja zdrada nie była początkiem końca. Ona była skutkiem.

Te słowa bolały, ale wiedziałem, że ma rację. Nasze małżeństwo wygasało długo przed tym, zanim pojawiła się Lidia.

Kilka dni później dowiedziałem się, że Lidia wyprowadziła się od Tomasza. Spotkaliśmy się raz, żeby porozmawiać. Stała naprzeciwko mnie z torbą przewieszoną przez ramię jak ktoś gotowy do drogi.

– Myślałam, że kiedy wszystko wyjdzie na jaw, poczuję ulgę – powiedziała. – Ale czuję tylko zmęczenie.

– Możemy spróbować być razem – zaproponowałem niepewnie. – Teraz już nie musimy się ukrywać.

Spojrzała na mnie długo.

– Czarek, my spotkaliśmy się w pustce. Byliśmy dla siebie ucieczką, nie celem. Gdybyśmy mieli być razem naprawdę, zaczęlibyśmy od prawdy, a nie od kłamstw.

Nie protestowałem. W głębi wiedziałem, że ma rację. Nasza relacja była odpowiedzią na brak, nie na miłość.

Tomek nie odezwał się do mnie ani razu. Widziałem go z daleka kilka tygodni później. Minęliśmy się na ulicy. Spojrzał na mnie krótko, bez wrogości, ale też bez śladu dawnej bliskości. To było najdotkliwsze – obojętność kogoś, kto kiedyś znał mnie najlepiej.

Dziś śpię sam. Łóżko wydaje się większe niż kiedyś. Nie piszę już wiadomości o północy, nie układam w głowie wymówek. Budzę się bez strachu, że ktoś odkryje prawdę. Nie mam już czego ukrywać. Zrozumiałem, że zdrada nie zaczęła się od spojrzeń ani wiadomości. Zaczęła się od milczenia. Od tego, że bałem się powiedzieć: „Jest mi źle. Potrzebuję cię bliżej”. Wybrałem łatwiejszą drogę – potwierdzenie własnej wartości w oczach kogoś, kto też czuł się samotny.

Cena była wysoka. Straciłem małżeństwo i przyjaźń, które budowałem przez lata. Ale pierwszy raz od dawna patrzę w lustro bez wymówek. Uczę się żyć bez udawania, nawet jeśli oznacza to samotność. Śpię teraz sam. Nie kłamię nikomu – nawet sobie.

Cezary, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama