Reklama

Dorastałam w domu, w którym nic się nie wyrzucało i niczego nie brakowało — przynajmniej w teorii. Rodzice byli dumni, oszczędni i zawsze powtarzali, że „jakoś sobie radzą”. Z Piotrem szybko dorośliśmy, wyjechaliśmy, poukładaliśmy własne życia. Kontakty z rodzicami stały się krótkie i konkretne. Telefony, święta, szybkie wizyty. My dawaliśmy pieniądze. Oni mówili, że nie trzeba.

Nie chcieli pieniędzy

– Mamo, naprawdę, to żaden problem – mówiłam, ściskając telefon tak mocno, że aż zbielały mi knykcie. – Przelew mogę zrobić dziś. Na leki, na opał, na cokolwiek.

Po drugiej stronie zapadła cisza, ta charakterystyczna, w której wiedziałam już, że powiedziałam za dużo.

– Aniu… – zaczęła spokojnie, ale chłodno. – My nie jesteśmy żebrakami. Ojciec całe życie pracował. Ja też. Nie będziemy brać pieniędzy od własnych dzieci.

– To nie jest „branie”. To pomoc – odpowiedziałam szybciej, niż powinnam. – Przecież i tak wysyłamy wam paczki, kupujemy…

– Paczki to co innego – ucięła. – One są od serca. Pieniądze psują relacje.

Zacisnęłam usta. Pomyślałam, że relacje psuje raczej to, że bywam u nich trzy razy w roku. Że zamiast przyjechać na weekend, wolę wysłać przelew i mieć czyste sumienie. Ale tego nie powiedziałam.

– Ktoś wam pomaga z ojcem? – rzuciłam nagle. – Skoro tata gorzej chodzi…

– Są ludzie, sąsiedzi – odparła wymijająco. – Dobrzy ludzie. Nie martw się.

Rozłączyła się szybko, jakby bała się, że jeszcze raz zaproponuję to, czego tak bardzo nie chciała przyjąć. Odłożyłam telefon z irytacją i poczuciem winy, które znałam aż za dobrze. Wtedy jeszcze wierzyłam, że pieniądze mogą zastąpić obecność. Że skoro płacę kilka razy w roku, to jestem w porządku. I kolejny raz wysłałam pieniądze. Kilka miesięcy później rodzice zmarli jedno pod drugim i wszystko się skończyło.

Zrobiło mi się nieswojo

Spotkaliśmy się z moim bratem Piotrem pod kościołem, jakbyśmy byli dalekimi krewnymi, a nie rodzeństwem. Uścisnął mnie krótko, bez słów. Jego czarna marynarka pachniała nowością, moja sukienka była zbyt cienka jak na taki chłód. W środku było cicho, aż nienaturalnie. Mama zawsze mówiła, że nie lubi zbędnych ceremonii. Ojciec kiwał tylko głową.

– Trzeba będzie ogarnąć dom – powiedział Piotr już po wszystkim, stojąc przy bramie cmentarza. – Dokumenty, rachunki, formalności.

Skinęłam głową. Żadne z nas nie zapytało, jak się czujemy. Dom przywitał nas zapachem stęchlizny i zimnem. Piec był wygaszony. W kuchni stały dwa kubki, niepasujące do kompletu. Jeden z nich miał pęknięte ucho, ale był dokładnie umyty i odstawiony na suszarkę.

– Nie kupili nowych? – mruknął Piotr.

Na lodówce wisiała kartka z drobnym, pochyłym pismem: „Chleb – środa. Leki – rano.” Nie rozpoznałam charakteru pisma. W łazience leki były poukładane równo, z opisami dni. Mama nigdy tak nie robiła. Zrobiło mi się nieswojo. Jakbyśmy weszli do cudzego życia, które toczyło się obok nas, cicho i konsekwentnie. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to uczucie dopiero się zaczyna.

Pominęli nas w testamencie

Prawnik miał spokojny głos i pewnie słyszał już w życiu wiele różnych historii. Siedzieliśmy naprzeciwko niego z Piotrem, sztywno, jak na źle dobranych krzesłach. Na chwilę pomyślałam, że mama za chwilę wejdzie i zapyta, czy ktoś chce herbaty.

Testament został sporządzony wspólnie przez Państwa rodziców – zaczął.

Piotr skrzyżował ręce.

– Dom przechodzi na nas, rozumiem – rzucił, bardziej jak stwierdzenie niż pytanie.

Prawnik uniósł wzrok znad kartki.

– Dom, oszczędności oraz przedmioty osobiste zostały zapisane pani Zofii, panu Leonowi oraz… – zawahał się na moment – innym osobom wskazanym w załączniku.

– Słucham? – Piotr nachylił się do przodu. – Jakim osobom?

Zrobiło mi się gorąco. Słowa zaczęły dźwięczeć w głowie jak obce.

– W uzasadnieniu zapisano: „Tym, którzy mieli dla nas czas”.

Piotr parsknął krótko.

– To jakiś żart.

Nie odezwałam się. Poczułam się słabo, jakby nagle zabrakło powietrza. Prawnik czytał dalej, spokojnie, bez emocji. Każde zdanie brzmiało jak wyważone, ciche oskarżenie, choć nie padło ani jedno gorzkie słowo. Zrozumiałam wtedy, że to była kara.

Sąsiedzi byli dla nich jak rodzina

Pani Zofia otworzyła drzwi ostrożnie, jakby spodziewała się kogoś innego. Miała na sobie sweter z wyciągniętymi rękawami i spojrzenie pełne zakłopotania, gdy przedstawiłam się jako córka Marii.

– Ach… Ania – powiedziała cicho. – Mama często o pani wspominała.

Usiadłyśmy w jej kuchni. Herbata była słaba, ale gorąca. Mówiła bez pośpiechu, jakby opowiadała o czymś zupełnie zwyczajnym.

– Ja tylko zaglądałam. Czy chleb jest, czy ojciec wziął leki. Pan Leon nosił węgiel. Ktoś inny przychodził posiedzieć, jak było gorzej.

– Codziennie? – zapytałam, choć znałam odpowiedź.

– A jakże. Przecież sami nie dali rady.

Nie było w jej głosie dumy ani pretensji. Tylko fakt. Zrozumiałam, że nie wzięli niczego, co nie było im dane wcześniej. Dali czas. Cierpliwy, zwyczajny, niewidoczny. Wyszłam z uczuciem, którego nie umiałam nazwać. Wstyd mieszał się z żalem. Wiedziałam już, że nie przegraliśmy z obcymi ludźmi. Zasłużyliśmy na to.

Zawiodłam rodziców

Wróciliśmy z Piotrem do domu rodziców jeszcze raz. Stał otwarty, jakby wciąż na kogoś czekał. Zostawiliśmy płaszcze na krzesłach i chodziliśmy po pokojach bez słów. Piotr zatrzymał się przy kredensie w salonie. Otworzył jedną z szuflad, potem drugą.

– Wiesz, że oni mieli tu swoje porządki? – powiedział nagle. – Ktoś to wszystko poukładał. Nie mama.

Nie odpowiedziałam. W sypialni znalazłam zeszyt. Na okładce był wyblakły kwiatek. W środku krótkie zapiski: godziny, nazwiska, drobne uwagi. „Leon był. Zupa zjedzona.” „Zosia przyszła wieczorem.” Naszych imion nie było ani razu.

Usiadłam na łóżku i poczułam, że to miejsce mnie nie zna. Że nie jestem tu gospodynią ani córką. Jestem kimś z zewnątrz, kto spóźnił się na własne życie.

Myślisz, że byli na nas źli? – zapytałam cicho.

Piotr wzruszył ramionami.

– Nie. Myślę, że po prostu przestali czekać na nas.

To zdanie bolało bardziej niż testament. Zrozumiałam, że rodzice nie liczyli już na nasze weekendy, telefony, obietnice. Ktoś inny był pod ręką. Ktoś inny pomagał im codziennie. Mieli prawo mieć do nas żal.

Miałam wyrzuty sumienia

Nie czułam złości na rodziców. Raczej wstyd, że nie zauważyłam, jak bardzo nauczyli się żyć bez nas. Testament nie był policzkiem. Był spokojnym podsumowaniem wyborów, których dokonywaliśmy wszyscy, tylko że my nigdy nie nazwaliśmy ich po imieniu.

Piotr zamknął furtkę powoli, jakby chciał zapamiętać dźwięk. Spojrzał na dom jeszcze raz.

– Myślisz, że mamy prawo czuć się skrzywdzeni? – zapytał.

Nie odpowiedziałam od razu. Wiedziałam już, że pytanie jest źle postawione. Rodzice nikogo nie odrzucili. Po prostu przyjęli tych, którzy byli obok, gdy ich dni składały się z drobnych potrzeb i długich wieczorów.

Odchodząc, pomyślałam, że pieniądze zawsze można wysłać przelewem. Czasu nie da się odłożyć na później. A „później” przychodzi zawsze szybciej, niż jesteśmy gotowi to przyznać.

Anna, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama