„Dałam mojej córce 1000 złotych w gotówce na sukienkę na studniówkę. Gdy zobaczyłam, co kupiła młoda, ręce mi opadły”
„– Ola… przecież… – zaczęłam, szukając odpowiednich słów. – To jest… to naprawdę ta sukienka na studniówkę? – Tak! Jest świetna! – uśmiechnęła się szeroko. Poczułam, jak coś mnie w środku ściska. Chciałam coś powiedzieć, ale zabrakło mi słów”.

Byłam pewna, że wychowuję moją córkę na rozsądną, samodzielną dziewczynę. Ola zawsze umiała postawić na swoim, ale nigdy nie zrobiła nic, co by mnie naprawdę zszokowało czy zmartwiło. Może dlatego, gdy zbliżała się jej studniówka, postanowiłam zrobić coś, czego moja własna matka nigdy by się nie odważyła: dać córce wolną rękę – i tysiąc złotych w gotówce na sukienkę oraz dodatki. Bez kontrolowania, bez krytykowania wyborów, bez podpytywania, na co wyda każdą złotówkę. Chciałam, żeby poczuła się dorosła i obdarzona zaufaniem.
– Masz tu pieniądze, Olka. Sama zdecyduj, co ci się podoba, a jeśli będziesz chciała – możemy pójść razem, ale to twoje święto – powiedziałam, podając jej gruby plik banknotów. Widok jej rozpromienionej twarzy był dla mnie najlepszą nagrodą.
W duchu wyobrażałam sobie, jak wybierze coś eleganckiego, klasycznego, może w stonowanych kolorach, jak ja kiedyś na swoim balu maturalnym. Wiedziałam, że moda się zmienia, ale przecież są jakieś granice, prawda? Byłam przekonana, że Ola kupi coś ładnego, co zachwyci i mnie, i jej koleżanki. W końcu zawsze miała niezły gust, chociaż czasem próbowała mnie przekonać do różnych nowości. Nie spodziewałam się, że to zaufanie, które jej okazałam, obróci się przeciwko mnie. Przez myśl mi nie przeszło, że mogę zobaczyć coś, co sprawi, że opadną mi ręce z bezradności.
Sama byłam ciekawa
Przez kilka dni po wręczeniu pieniędzy Ola chodziła jak na skrzydłach. Nagle jej telefon co chwilę pikał powiadomieniami, a ona z wypiekami na twarzy przeglądała zdjęcia sukienek, konsultowała się z koleżankami i pytała w internecie o opinie. Nie wtrącałam się, tylko obserwowałam ją z daleka, choć w środku aż mnie ściskało z ciekawości. Próbowałam dyskretnie podpytać:
– Kochanie, już coś sobie upatrzyłaś?
– Mamo, spokojnie, zobaczysz, będzie super. Będziesz mieć niespodziankę!
Nie pozostawało mi nic innego, jak czekać. W piątek po południu Ola wróciła do domu z tajemniczym uśmiechem, trzymając w ręku torbę z popularnej sieciówki.
– I jak? – nie wytrzymałam, choć obiecałam sobie, że nie będę naciskać.
– Zaraz zobaczysz – rzuciła i pobiegła do swojego pokoju, po czym zatrzasnęła drzwi.
Stałam pod nimi dłuższą chwilę, nasłuchując szelestu foliowej torby, szurania wieszaków. Wyobrażałam sobie, jak zaraz wyjdzie ubrana w coś zwiewnego i eleganckiego, może delikatny pudrowy róż, może granat – klasyka. Drzwi otworzyły się z impetem. Przez chwilę nie mogłam złapać tchu.
– No i jak? – Ola stanęła przede mną, rozkładając ramiona.
Zamarłam. Moja córka miała na sobie coś, co bardziej przypominało długą bluzkę niż sukienkę. Materiał błyszczał jak folia, sukienka była ledwie do połowy uda, a dekolt – aż nazbyt śmiały. Ręce mi opadły, dosłownie.
– Ola… przecież… – zaczęłam, szukając odpowiednich słów. – To jest… to naprawdę ta sukienka na studniówkę?
– Tak! Jest świetna, wszyscy takie noszą! – uśmiechnęła się szeroko.
Poczułam, jak coś mnie w środku ściska. W tej jednej chwili dotarło do mnie, jak bardzo się różnimy. Chciałam coś powiedzieć, ale zabrakło mi słów.
Nie tak to sobie wyobrażałam
Stałam jak wryta, wpatrując się w Olę, która z dumą obracała się przed lustrem. Czułam, jak w gardle rośnie mi gula. Próbowałam sobie przypomnieć, jak wyglądałam na swojej studniówce – długi, granatowy welur, grzeczne rękawki, kolana dokładnie zakryte. A teraz? Moja własna córka stała przede mną w czymś, co w moich oczach przypominało bardziej strój na dyskotekę niż na bal. Próbowałam złapać dystans, uśmiechnąć się, może nawet powiedzieć coś pozytywnego. Przecież to jej święto, prawda? Tylko czemu czułam się, jakbym wyrzuciła tysiąc złotych do studni bez dna?
– Olka, czy ta sukienka nie jest… no wiesz… zbyt odważna? – spytałam w końcu, udając spokój.
– Mamo, o to właśnie chodzi! Zobacz, jak świetnie leży! – zakręciła się przed lustrem, a błyszczący materiał odbił światło lampy.
– Ale… może chociaż jakiś żakiet do tego? Albo ciemne rajstopy? – bąknęłam, szukając ratunku.
– Mamo! Przestań. Teraz tak się nosi, serio! – Ola spojrzała na mnie z lekką irytacją. – Dziewczyny już mi pisały, że wyglądam szałowo.
Patrzyłam na nią bezradnie. Przypomniałam sobie własną mamę, jak kłóciłyśmy się o każdą głupotę. Obiecałam sobie, że nie będę taka sama. Tylko co mam zrobić, gdy serce mi pęka, a z portfela właśnie ubyło tysiąc złotych na coś, czego nawet nie jestem w stanie nazwać sukienką?
Ola tymczasem zaczęła przymierzać dodatki – buty na wysokim obcasie, srebrną torebkę, cekinowe kolczyki. Usiadłam na łóżku, próbując ukryć rozczarowanie.
– Podoba ci się, prawda? – Ola spojrzała na mnie, czekając na aprobatę.
Czułam się, jakbym nagle stała się dla niej obca.
Poczułam się bardzo staro
Wieczorem, kiedy Ola zamknęła się w swoim pokoju, długo siedziałam w kuchni i gapiłam się w pusty kubek po herbacie. W głowie tłukło mi się jedno pytanie: czy naprawdę aż tak bardzo nie rozumiem własnego dziecka? Zawsze starałam się być blisko Oli, rozmawiać, wspierać, nie oceniać zbyt surowo. A teraz? Poczułam się, jakby między nami wyrosła gruba, przezroczysta ściana, której nie potrafiłam przebić żadnym słowem.
Telefon zadzwonił tuż po dwudziestej. To była moja siostra, Anka.
– No i co, jak tam wybory zakupowe twojej panny? – zapytała z przekąsem.
Westchnęłam głęboko.
– Anka… Ty nawet nie wiesz. Kupiła coś, co ledwo zakrywa jej pupę. Widziałam, jak się cieszyła, a ja miałam ochotę płakać. Wiesz, ile jej dałam? Tysiąc złotych. Myślałam, że wróci w czymś eleganckim, a tu taka… – zabrakło mi słów.
– Oj, Iza, nie przesadzaj. Czasy się zmieniają. Młode dziewczyny chcą wyglądać modnie, a nie jak my dwadzieścia lat temu – śmiała się Anka. – Daj jej się wyszaleć, lepiej teraz niż później.
– No tak, tylko… Ja nie poznaję własnej córki. Boję się, że zrobiłam z siebie frajerkę. Może nie powinnam była dawać jej aż tylu pieniędzy.
– Iza, przecież jej nie ubierzesz za siebie. Studniówkę ma raz w życiu – uspokajała mnie Anka.
Zakończyłam rozmowę, ale nie poczułam się lepiej. Wciąż nie mogłam sobie wybaczyć, że pozwoliłam na coś, co mnie tak bardzo uwiera. W głowie kłębiły mi się pytania: czy Ola naprawdę jest już dorosła? A może po prostu zgubiłyśmy gdzieś po drodze nić porozumienia?
Gdy Ola wyszła po wodę, zerknęłam na nią kątem oka. Zobaczyła moje spojrzenie, skrzywiła się i westchnęła.
– Mamo, nie przesadzaj, to tylko sukienka. To nie koniec świata.
Próbowałam to zaakceptować
Od rana w domu panowała napięta cisza. Próbowałam wrócić do codziennych obowiązków, ale myśli nieustannie krążyły wokół sukienki Oli. Z jednej strony byłam zła – na nią, na siebie, na cały świat, w którym wszystko musi być na pokaz. Z drugiej czułam smutek, bo przecież to miało być dla niej piękne przeżycie, a dla mnie powód do dumy. Zamiast tego czułam tylko żal i rozczarowanie.
Ola nie odzywała się do mnie cały ranek. Krzątała się po swoim pokoju, głośno puszczała muzykę, ignorowała moje pytania o śniadanie. W końcu usłyszałam dźwięk domofonu – przyszła Magda, jej najlepsza przyjaciółka. Obie wpadły do pokoju i po chwili rozległy się śmiechy, piski i rozmowy o dodatkach.
Przystanęłam pod drzwiami, nie chcąc podsłuchiwać, ale słyszałam fragmenty rozmowy.
– Ola, serio, wyglądasz jak gwiazda! Zazdroszczę ci tej sukienki. Moja mama w życiu by mi nie pozwoliła kupić takiej… – zachwycała się Magda.
– No, moja też nie była zachwycona. Widziałam jej minę. Ale trudno, to moja studniówka, nie jej – odpowiedziała Ola, a w jej głosie usłyszałam pewność siebie, której wcześniej nie znałam.
Poczułam ukłucie w sercu. Wiedziałam, że Ola rośnie, dojrzewa, że nie zawsze będzie potrzebować mojego przyzwolenia. Chciałam ją chronić, a tymczasem czułam się niepotrzebna. Gdy dziewczyny wybiegły do sklepu po ostatnie drobiazgi, usiadłam przy kuchennym stole i długo gapiłam się przez okno.
Zrozumiałam, że nie chodzi już o samą sukienkę. Problem tkwił głębiej – w moim lęku przed utratą kontroli, przed tym, że moja córka wybiera własną drogę, nawet jeśli popełnia po swojemu błędy.
Nic z tym nie zrobiłam
Studniówka zbliżała się wielkimi krokami, a napięcie między mną a Olą nie malało. Próbowałam udawać, że wszystko jest w porządku, uśmiechać się do niej, zapytać o fryzjera czy makijaż, ale każda rozmowa kończyła się krótkim „poradzę sobie, mamo”. Czułam, jak bardzo się od siebie oddalamy, a każda próba zbliżenia kończyła się moją frustracją.
W dzień balu Ola chodziła po domu z podniesioną głową, skupiona na swoich przygotowaniach. Słyszałam suszarkę do włosów, ciche przekleństwa pod nosem, trzaskanie szufladą. W końcu weszła do salonu już cała gotowa, z makijażem i zrobioną fryzurą. Sukienka błyszczała, a ona wyglądała… dorośle. I pięknie, choć nie tak, jak to sobie wyobrażałam.
– Mogę ci zrobić zdjęcie? – zapytałam niepewnie, trzymając w dłoni telefon.
– Jasne, tylko szybko – odpowiedziała chłodno, ale stanęła pod ścianą i uśmiechnęła się lekko.
Zrobiłam jej kilka zdjęć, patrząc, jak bardzo wyrosła. Przez moment zobaczyłam w niej siebie sprzed lat – upartą, przekorną, walczącą o własną przestrzeń.
Kiedy po nią przyszła grupa znajomych, Ola odwróciła się jeszcze w progu.
– Mamo, dziękuję za wszystko. Wiem, że ci się nie podoba, ale dla mnie to ważne.
Zaniemówiłam. Przez gardło nie przeszło mi żadne mądre słowo, tylko ciche:
– Baw się dobrze, córeczko.
Zostałam sama w domu. Mąż miał wkrótce wrócić z pracy. Usiadłam na kanapie i długo oglądałam zdjęcia Oli, próbując zrozumieć, kiedy dorosła tak bardzo, że już nie potrzebuje mojego prowadzenia za rękę.
Nauczyłam się czegoś
Noc studniówki upłynęła mi niespokojnie. Chodziłam po domu, nasłuchując, czy Ola już wraca, zaglądałam co chwilę do telefonu, czy przypadkiem nie zadzwoni, nie poprosi o radę, o podwiezienie, choćby o dobre słowo. Gdy w końcu usłyszałam dźwięk klucza w drzwiach, poczułam ulgę pomieszaną z niepokojem. Ola weszła cicho, zdjęła buty i tylko mruknęła pod nosem:
– Już jestem, mamo.
Nie odważyłam się pytać, jak było. Widziałam, że jest zmęczona, ale w jej oczach błyszczała satysfakcja. Dopiero rano, przy wspólnym śniadaniu, usiadła naprzeciwko mnie i uśmiechnęła się delikatnie.
– Wiesz, mamo… To był naprawdę fajny wieczór. Wszyscy mówili, że mam najodważniejszą sukienkę, ale czułam się świetnie. Dziękuję ci, że mi zaufałaś, nawet jeśli nie było ci łatwo.
Nie odpowiedziałam od razu. Przez chwilę musiałam poszukać w sobie zgody na to, co się wydarzyło. Prawda była taka, że choć czułam żal i rozczarowanie, jeszcze bardziej poczułam dumę – z tego, że Ola umie walczyć o siebie, że nie boi się być sobą, nawet jeśli to nie mieści się w moich ramach.
Zrozumiałam, że czasem trzeba pozwolić dzieciom popełniać błędy i uczyć się na własnych wyborach. Nawet jeśli dla nas, rodziców, to kosztuje więcej niż tysiąc złotych.
Izabela, 47 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż nie chciał dać córce na studniówkę, bo dla niego to zbytek. Poświęciłam coś cennego, by mogła zatańczyć poloneza”
- „Pożyczyłam kuzynowi kasę, a on nawet nie zaprosił mnie na swój ślub. Jak przyjdzie znów, to zamknę mu drzwi przed nosem”
- „Mąż zostawił mnie dla młodszej, która lubi luksus. Gdy laleczka zaczęła brykać, wrócił na kolanach”

