„Czułam, że nie stać nas na te ferie, ale rodzice byli beztroscy jak dzieci. Swoją chwilę słabości przypłacą długami”
„Znalazłam pismo przypadkiem. Leżało na półce z butami, wsunięte między stare gazety i ulotki z pizzerii. Koperta była gruba, oficjalna. Nazwisko właścicielki mieszkania krzyczało czarnym drukiem. Wezwanie do zapłaty. Serce zaczęło mi walić. Otworzyłam list jeszcze w kurtce, z plecakiem zsuniętym z jednego ramienia”.

Mam dziewiętnaście lat i czasem odnoszę wrażenie, że w naszym domu tylko ja jestem dorosła. Studiuję zaocznie, bo „tak taniej”, a w tygodniu dorabiam w kawiarni przy dworcu. Wracam zmęczona, ale i tak sprawdzam skrzynkę, bo rodzice nie lubią listów. Zwłaszcza tych w podłużnych kopertach. Mieszkamy w bloku. Są tam trzy pokoje, cienkie ściany, sąsiedzi, których znam tylko z odgłosów. Tata od kilku miesięcy jest bez pracy. Niby szuka, niby coś wysyła, ale głównie milczy. Mama za to mówi, że trzeba myśleć pozytywnie, bo inaczej „przyciąga się nieszczęścia”. Tomek jeszcze wierzy, że dorośli zawsze wiedzą, co robią.
Dlatego kiedy mama oznajmiła, że jedziemy na ferie do Zakopanego, poczułam ścisk w żołądku. Pakowałyśmy się w pośpiechu. Swetry, rękawiczki, czapki. Tomek skakał z radości, a mama nuciła pod nosem.
— A na pewno nas na to stać? — zapytałam, niby mimochodem.
Uśmiechnęła się, jakby mówiła do dziecka.
— Czasem trzeba po prostu żyć, kochanie.
Zakopane było piękne. Śnieg, kuligi, zdjęcia. Tylko ja cały czas czułam, że coś tu nie gra. Jakby ta radość była pożyczona. I że ktoś wkrótce upomni się o zapłatę.
Patrzył na mnie długo
Znalazłam pismo przypadkiem. Leżało na półce z butami, wsunięte między stare gazety i ulotki z pizzerii. Koperta była gruba, oficjalna. Nazwisko właścicielki mieszkania krzyczało czarnym drukiem. „Wezwanie do zapłaty”. Serce zaczęło mi walić. Otworzyłam list jeszcze w kurtce, z plecakiem zsuniętym z jednego ramienia. Czytałam powoli, ale sens dotarł od razu: zaległość, termin, konsekwencje.
— Tato! — zawołałam, wchodząc do kuchni. — Co to jest?
Siedział przy stole, patrzył w telefon. Nawet nie podniósł głowy.
— Odłóż to — mruknął.
— Trzy miesiące zaległego czynszu. Trzy.
Wstał gwałtownie, krzesło zapiszczało o kafelki.
— To nie twoja sprawa — syknął. — Nie wtrącaj się.
— Nie moja?! — Głos mi się załamał. — Myślałam, że choć raz pomyślicie o czymś więcej niż o kuligach!
Zamarł.
— Uważaj, co mówisz.
— A ty uważaj na to, czy za chwilę będziemy mieli gdzie mieszkać!
Patrzył na mnie długo. W jego oczach nie było złości, tylko pustka. Odwrócił się, włożył kurtkę i bez słowa wyszedł z mieszkania. Usiadłam na podłodze, trzymając list jak dowód zbrodni. Pomyślałam o nim sprzed roku. O ojcu, który wracał zmęczony, ale pewny siebie. Teraz widziałam tylko człowieka, który się chowa. Przede mną. Przed życiem. I nagle dotarło do mnie, że jeśli nikt nic nie zrobi, to naprawdę wylądujemy na ulicy.
Oczy miała czerwone
Mama stała w łazience i suszyła włosy, kiedy weszłam bez pukania. Gorące powietrze dmuchało jej w twarz, lustro było zaparowane. Wyłączyła suszarkę dopiero wtedy, gdy zobaczyła moją minę.
— Co się stało? — zapytała spokojnie. Za spokojnie.
Położyłam list na pralce.
— To się stało. Trzy miesiące zaległego czynszu.
Zamarła. Przez sekundę. Potem wzruszyła ramionami.
— Daria, nie panikuj. Tata to ogarnie.
— Kiedy?! — Podniosłam głos. — Jak nas wyrzucą na bruk?
— Przesadzasz — prychnęła. — Zawsze jakoś dawaliśmy radę.
— Zawsze?! — Poczułam, jak coś we mnie pęka. — Po co pojechaliśmy, mamo?
Odwróciła się do mnie plecami, zaczęła składać ręczniki. Nerwowo. Za szybko.
— Bo Tomek nigdy nie był w górach! Bo miałam dość tego pieprzonego życia! — wyrzuciła nagle. — Tego liczenia groszy, tej ciągłej biedy!
— A teraz wszyscy będziemy mieli „dość”, jak nas wywalą!
Odwróciła się. Oczy miała czerwone.
— Ty nic nie rozumiesz — powiedziała drżącym głosem. — Myślisz, że mnie to nie boli? Myślisz, że ja nie wiem?
— To czemu mnie okłamujecie?!
Usiadła na brzegu wanny i rozpłakała się jak dziecko. A ja stałam naprzeciwko niej i pierwszy raz w życiu nie wiedziałam, czy bardziej chcę ją przytulić, czy nią potrząsnąć.
— Chciałam, żeby chociaż przez tydzień było normalnie — wyszeptała. — Żebyśmy byli rodziną, a nie problemem.
Wyszłam z łazienki bez słowa. W pokoju Tomek grał na konsoli, śmiał się do ekranu. Pomyślałam, że on jeszcze nie wie. I że ktoś będzie musiał mu to powiedzieć.
Zapadła cisza
Obudziły mnie głosy. Nie krzyki, raczej ten szept, który zawsze zwiastuje coś gorszego. Leżałam nieruchomo, wpatrzona w sufit, i słuchałam.
— Nie możemy im mówić — mówiła mama cicho. — Zwłaszcza Tomkowi.
— A Daria? — odpowiedział tata. — Ona i tak już wie za dużo.
Serce zaczęło mi walić. Wstałam i stanęłam pod drzwiami kuchni.
— Mówię ci, to się jeszcze jakoś rozwiąże — ciągnęła mama. — Weźmiemy chwilówkę…
— Jaką chwilówkę?! — prychnął tata. — Jedną już mamy. I drugą. Myślisz, że ja nie liczę?
Zapadła cisza. Potem usłyszałam słowa, które mnie zmroziły:
— Trzy miesiące. Jak nie zapłacimy do końca miesiąca, wypowie umowę.
Pchnęłam drzwi.
— Co wypowie? — zapytałam ostro.
Oboje podskoczyli, jakby ich złapano na gorącym uczynku.
— Ile? — Podeszłam bliżej. — Ile jesteśmy w plecy?
Mama zaczęła płakać. Tata opadł na krzesło.
— Trzy miesiące czynszu. Długi. Kredyty — mówił wolno, jakby czytał cudze życie. — Grozi nam eksmisja.
— To ja przez was będę teraz spać pod mostem?! — krzyknęłam. — Bo chcieliście „jakoś to ogarnąć”?!
— Myśleliśmy, że to się rozwiąże… — wyszeptała mama.
— I co?! Rozwiązało się?!
Patrzyłam na nich i widziałam dwoje zmęczonych ludzi, którzy nie dali rady. I nagle poczułam, że coś we mnie przeskakuje. Że nie mogę już być tylko córką.
— Od dziś mówicie mi wszystko — powiedziałam twardo. — O każdym liście. Każdej złotówce. Bo jak nie, to naprawdę skończymy na ulicy.
Nie zaprzeczyli. A to było najstraszniejsze.
Wróciłam do domu późno
Nie pamiętam, kiedy wyszłam z domu. Wiem tylko, że było zimno i że nie wzięłam czapki. Szłam przed siebie, szybko, jakbym uciekała przed czymś, co mogło mnie dogonić. Blok za blokiem. Te same okna, te same balkony, za którymi toczyło się cudze, normalne życie. U cioci Ewy zapaliło się światło, zanim zdążyłam zapukać. Jakby na mnie czekała.
— Daria? — zdziwiła się, patrząc na mnie od stóp do głów. — Co się stało?
Usiadłam przy stole i dopiero wtedy zaczęłam płakać. Nie jak dziecko, tylko cicho, bez dźwięku. Opowiedziałam wszystko. O czynszu. O długach. O kłamstwach.
— Oni mnie okłamali, Ewa — powiedziałam w końcu. — Wszystko zrobili za moimi plecami.
Ciocia zacisnęła usta.
— Bo myśleli, że cię chronią. Ale chyba nie rozumieją, że czasem prawda boli mniej niż kłamstwo.
— A co ja mam teraz zrobić? — zapytałam. — Mam dziewiętnaście lat. Ja nie powinnam tego dźwigać.
— Nie powinnaś — przyznała. — Ale dźwigasz.
Zaproponowała herbatę, nocleg, pomoc. A potem, ostrożnie, jakby bała się mnie zranić, rzuciła:
— Musisz też pomyśleć o sobie. Może o wyprowadzce. O usamodzielnieniu się.
Te słowa bolały najbardziej. Bo wiedziałam, że ma rację. I że nie jestem gotowa. Wróciłam do domu późno. W kuchni paliło się światło. Tata siedział przy stole, w tej samej kurtce, w której wyszedł wcześniej. Spojrzał na mnie zmęczonymi oczami. I wtedy zrozumiałam, że nie uciekłam wystarczająco daleko.
Między nami zapadła cisza
Stałam w progu kuchni, a on nawet nie drgnął. Siedział pochylony nad stołem, z dłońmi splecionymi tak mocno, że aż zbielały mu knykcie. Wyglądał, jakby był mniejszy. Jakby coś z niego wyciekło.
— Ciocia zadzwoniła — powiedział cicho, nie patrząc na mnie. — Wiem, gdzie byłaś.
— To dobrze — odpowiedziałam. — Bo nie mam już siły udawać, że wszystko jest okej.
Podniósł wzrok. Zobaczyłam w nim coś, czego wcześniej u niego nie widziałam. Wstyd.
— Zawaliłem — powiedział. — I nie chodzi tylko o pieniądze. O wszystko.
Usiadłam naprzeciwko niego. Pierwszy raz od dawna byliśmy sami.
— Czuję się nikim — ciągnął. – Facetem bez pracy, bez kontroli. Bałem się przyznać. Tobie najbardziej.
Zacisnęłam zęby.
— Przestałeś być ojcem, a ja musiałam nim zostać — powiedziałam spokojnie, choć w środku trzęsły mi się ręce.
Kiwnął głową.
— Przepraszam, że nie potrafiłem być ojcem.
Zawahałam się.
— A ja przepraszam, że nie potrafię już ci ufać.
Między nami zapadła cisza. Ciężka, ale prawdziwa.
— Musimy coś zrobić — dodałam po chwili. — Razem. Ty nie będziesz się chował, a ja nie będę wszystkiego ciągnąć sama. Szukasz pracy. Idziemy do właścicielki. Wszystko na stół.
— Dobrze — powiedział. — Obiecuję.
Nie wiedziałam, czy dotrzyma słowa. Ale pierwszy raz od dawna ktoś mi coś obiecał wprost.
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Chciałam, żeby dzieci choć raz miały lepsze ferie. Z naszym budżetem mogę zapomnieć o weekendzie w Tatrach”
- „Teściowa robi najlepsze faworki w rodzinie. Od 10 lat proszę o przepis, a ona zawsze zmienia temat”
- „Nie wpuściłam księdza po kolędzie, bo nie miałam, co włożyć do koperty. Udawałam, że mnie nie ma”

