Reklama

Z zewnątrz wszystko wyglądało jak z bajki: drewniana willa z przeszklonym salonem i widokiem na ośnieżone Tatry, śniadania w wiklinowym koszyczku dostarczane pod drzwi, nastrojowe spa w piwnicach pachnących sosną. Każda rzecz dopięta na ostatni guzik.

Lubiłam ten luksus

Stałam przy wielkim oknie i patrzyłam na ludzi zjeżdżających na nartach, a w tle leciała cicha muzyka z głośników – coś w stylu smooth jazz, który miał pewnie poprawiać nastrój. Mnie nie poprawiał. Od miesięcy nie umiałam się uśmiechać przy Andrzeju tak, jak kiedyś. Nawet nie pamiętam, kiedy ostatni raz śmialiśmy się wspólnie.

Jeszcze kilka lat temu marzyłam o takim wyjeździe. Wyobrażałam sobie, że będziemy pić wino przy kominku, kąpać się w gorącym jacuzzi z widokiem na góry, rozmawiać do późna w nocy. A teraz pisałam do przyjaciółki, żeby nie zwariować w tej ciszy.

– Idziesz dziś wieczorem do spa? – zapytałam mojego męża mimo wszystko, próbując zaczepić go rozmową. Siedział przy laptopie, udając, że ma coś ważnego do zrobienia.

– Zobaczymy, ale raczej wybiorę się na siłownię – mruknął, nawet nie podnosząc wzroku znad ekranu.

Nie chodziło o siłownię. On po prostu chciał być jak najdalej ode mnie.

Unikał mnie

Wieczorem otworzyłam butelkę czerwonego wina, chociaż tak naprawdę nie miałam na nie ochoty. Było gorzkie, jak wszystko, co ostatnio nas otaczało. Podałam kieliszek Andrzejowi. Wziął go ode mnie bez słowa, nawet na mnie nie spojrzał. Usiadł na kanapie z obojętnym wyrazem twarzy. Telewizor mrugał bezdusznie w tle, a ja nie mogłam już dłużej udawać.

– Czy ty mnie jeszcze w ogóle widzisz? – zapytałam stanowczo. Chciałam go zmusić, żeby w końcu zareagował, żeby spojrzał na mnie.

– Nie wiem, o co ci chodzi. Przecież tu jesteśmy – odpowiedział bez emocji.

Zacisnęłam usta. Wzięłam łyk wina, chociaż miałam ochotę rzucić tym kieliszkiem o ścianę.

– Ale czy jesteśmy razem? – zapytałam. – Jako para. Czy tylko odgrywamy coś, co dawno się skończyło?

– Nie wiem – odpowiedział z tym samym głuchym tonem.

Nie widział problemu

Poczułam, jak coś mnie w środku ścina. Wiedziałam, że ta odpowiedź padnie, ale i tak bolała. Przecież nie pytałam z ciekawości. Wiedziałam, co usłyszę. Po prostu nie umiałam już milczeć. Wstałam z kanapy i podeszłam do okna. W myślach powtarzałam sobie: „Bałam się tej odpowiedzi. Może właśnie dlatego wciąż zadawałam pytania, których wcale nie chciałam usłyszeć?”. Bo wolałam mieć złudzenie niż pustkę, ale tej nocy pustka usiadła między nami i już nie chciała odejść.

Potem zapaliłam świece, chociaż nie było żadnej okazji. Zrobiłam herbatę z pomarańczą i goździkami, chociaż Andrzej nie znosił takich smaków. Usiadłam w fotelu naprzeciwko niego i patrzyłam, jak klika coś w telefonie. Spokojnie, bez pośpiechu, jakby czas go nie dotyczył. Czułam się, jakbym siedziała w obcym domu z człowiekiem, którego nie znałam.

– Po co tu przyjechaliśmy? – zapytałam nagle.

Miałam dość gry w dom. Chciałam usłyszeć coś prawdziwego, nawet jeśli miałoby boleć.

– Dla pozoru – odpowiedział natychmiast, nie podnosząc wzroku.

Powiedział prawdę

Te dwa słowa wcisnęły mnie w fotel. Wiedziałam, że nic się już nie da z tego wyrzeźbić. Nawet nie drgnął, kiedy to powiedział, jakby było to coś oczywistego, co nie powinno mnie dziwić. Oparłam się głową o dłoń i przez chwilę wpatrywałam się w świeczkę, która zaczęła się dopalać do końca.

– To już wszystko, prawda? – zapytałam.

Chciałam, żeby to on zamknął temat, bo ja nie potrafiłam.

– Prawdopodobnie – odpowiedział.

Tylko tyle. Nawet nie próbował tego złagodzić. Siedzieliśmy w ciszy jeszcze chwilę, potem wstałam i poszłam do sypialni. Po drodze zgasiłam światło w salonie. Nie chciałam patrzeć na jego twarz.

Nie spałam tej nocy. Leżałam z otwartymi oczami i słuchałam, jak w drugim pokoju chrapie ktoś, kto kiedyś był moim mężem. Myślałam o tym, co będzie, kiedy wrócimy do Warszawy, ile czasu zajęło mi dojście do momentu, w którym nie czułam już ani żalu, ani złości. Wiedziałam to od dawna, ale coś we mnie wciąż wierzyło, że może góry, cisza, wspólny czas, że to coś zmieni. I zmieniło – już nie miałam złudzeń.

Podjęłam decyzję

Obudziłam się przed świtem. W sypialni było zimno, chociaż kaloryfer działał. Wstałam cicho, by nie słyszeć jego oddechu. Spakowałam rzeczy powoli, jakbym w tym układaniu swetra, skarpetek i kosmetyków mogła znaleźć sens. Nie zajrzałam do jego pokoju, nie powiedziałam „wstawaj”. Może on czekał, aż wyjdę pierwsza.

Zeszłam na dół i zostawiłam klucz w recepcji. Uśmiechnęłam się do dziewczyny z obsługi, jakby ten wyjazd miał być jednym z tych, które wspomina się z czułością. Nie było żadnych zdjęć, żadnych pamiątek, tylko cicha świadomość, że coś się właśnie definitywnie skończyło. W samochodzie, zanim przekręciłam kluczyk w stacyjce, wyjęłam telefon i zadzwoniłam. Odezwał się męski, opanowany głos.

– Dzień dobry, chciałabym umówić się na konsultację rozwodową – powiedziałam bez zbędnych emocji.

– Rozumiem. Kiedy miałaby pani czas? – zapytał rzeczowo.

– Najlepiej jutro. Im szybciej, tym lepiej.

Włączyłam silnik. Droga była długa, biała od śniegu. Jechałam w ciszy, tylko radio szumiało gdzieś w tle.

Odeszłam od niego

To nie był koniec świata, to był koniec nas – a może i lepiej? Może zbyt długo ciągnęliśmy coś, co umarło już dawno? Wróciłam do mieszkania wczesnym popołudniem. Trochę kurzu na komodzie, zimne kaloryfery, nierozpakowana paczka z książkami.

Usiadłam na kanapie, rozpięłam kurtkę i przez chwilę siedziałam bez ruchu. Patrzyłam na zdjęcia w ramkach – ślubne, wakacyjne, uśmiechnięte twarze sprzed lat. Wstałam, zdjęłam jedno po drugim i schowałam do szuflady. Nie potrafiłam ich jeszcze wyrzucić, ale nie chciałam już na nie patrzeć. Zdjęłam obrączkę. Leżała przez chwilę na mojej dłoni, jakby ważyła więcej niż wcześniej. Potem położyłam ją na półce, obok książek.

Weekend, który miał być terapią, stał się końcem złudzeń. Nie wiedziałam, co będzie dalej, ale wiedziałam jedno – nie chcę już żyć dla pozorów, nawet jeśli przede mną niepewność, samotność, niewygoda – wolę to niż codzienne udawanie. Może właśnie teraz, w tej ciszy, która po nim została, zacznie się coś, co będzie prawdziwe.

Katarzyna, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama