Reklama

Walentynki miały być dla nas czymś więcej niż datą w kalendarzu. Po miesiącach codziennych spraw, niedopowiedzianych napięć i cichego zmęczenia marzyłam o wieczorze, w którym będziemy tylko we dwoje. Bardzo tego potrzebowałam, a Paweł razem ze mną. Wiedziałam jednak, że nad tym wieczorem od początku unosi się cień jego rodziców i jego własnej słabości do stawiania granic. Starałam się o tym nie myśleć, ale gdzieś głęboko czułam, że spokój jest kruchy.

Poczułam się bezsilna

Kuchnia pachniała ciepłem i spokojem. Stałam przy blacie, krojąc warzywa z taką dokładnością, jakby od tego zależało coś więcej niż tylko smak kolacji. Co chwilę zerkałam w stronę Pawła, a on udawał, że nie widzi w moim spojrzeniu pytania, które wisiało między nami od rana.

Naprawdę nikogo nie zaprosiłeś? – zapytałam w końcu, cicho, bez oskarżenia, ale z wyraźnym napięciem.

– Nie – odpowiedział od razu. – To nasz wieczór. Tylko nasz.

Uśmiechnęłam się lekko, lecz ten uśmiech nie dotarł do moich oczu. Podszedł bliżej, objął mnie od tyłu, oparł brodę na moim ramieniu. Był ciepły i delikatny, a jednocześnie jakby bardziej obcy.

– Chciałabym, żeby tak było naprawdę – powiedziałam. – Bez niespodzianek.

– Też bym chciał – przyznał, choć sama nie byłam pewna, czy mówi prawdę, czy raczej to, co powinien powiedzieć.

Zapadła cisza, nie nieprzyjemna, ale pełna ostrożności. Nakryliśmy do stołu, zapaliliśmy świece. Przez chwilę patrzyłam na Pawła i myślałam, że może jednak się uda. Że czasem wystarczy bardzo chcieć. Dzwonek do drzwi przeciął powietrze jak ostry dźwięk. Zamarłam. Spojrzałam na Pawła, a on na mnie. Przez sekundę nikt się nie ruszył.

– Otworzysz? – zapytałam, choć oboje wiedzieliśmy, że nie ma wyboru.

Za drzwiami stali jego rodzice. Uśmiechnięci, w płaszczach, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie.

– Przejeżdżaliśmy obok – oznajmiła teściowa. – Pomyśleliśmy, że wpadniemy na chwilę.

Poczułam się bezsilna. Cofnęłam się o krok, wyprostowałam plecy i przybrałam uprzejmy wyraz twarzy, który znałam aż za dobrze. A już wiedziałam, że ten wieczór właśnie wymyka mi się z rąk.

Nie tak to sobie zaplanowałam

Usiedliśmy razem, choć to „razem” było bardziej z obowiązku niż z wyboru. Stół, który jeszcze godzinę wcześniej wydawał się idealny dla dwojga, nagle zrobił się za mały. Teściowa od razu zajęła miejsce naprzeciwko mnie, jakby podświadomie chciała mieć mnie na oku. Teść przysunął krzesło bliżej Pawła i westchnął z zadowoleniem, jakby właśnie wrócił do znanej, bezpiecznej scenografii.

– Ale tu ładnie – powiedziała teściowa, rozglądając się po mieszkaniu. – Choć pamiętam, że kiedyś lubiłeś jaśniejsze kolory.

Spojrzała na Pawła, nie na mnie. Jakby to on sam urządził wszystko, a ja byłam tylko dodatkiem.

– Teraz jest nam dobrze tak, jak jest – odpowiedział Paweł, trochę zbyt szybko.

Skinęłam głową, ale nic nie powiedziałam. Zajęłam się przekładaniem jedzenia na talerze, zbyt dokładnie, zbyt uważnie. Znałam to. To był mój sposób na to, żeby wtopić się w tło, a najlepiej zniknąć.

– Pamiętasz, jak w walentynki zawsze robiliśmy naleśniki? – teściowa uśmiechnęła się nostalgicznie. – Zawsze mówiłeś, że żadne inne nie smakują tak samo. A wiesz, może zrobię kilka? Przecież tak je lubisz!

– To było dawno temu – mruknął Paweł.

– Ale miło wracać do tradycji – dodała, jakby to była oczywistość.

Teść zaśmiał się cicho.

– Daj spokój, Maria, młodzi mają swoje zwyczaje.

– Oczywiście – odparła szybko. – Ja tylko mówię.

To „tylko” zawisło w powietrzu cięższe, niż powinno. W końcu podniosłam wzrok.

– Cieszę się, że przyszliście – powiedziałam spokojnie. – Choć planowaliśmy ten wieczór trochę inaczej.

Spojrzała na mnie z lekkim zdziwieniem.

– Przecież jesteśmy rodziną. Rodzina nie przeszkadza.

Zacisnęłam dłonie pod stołem. Widziałam napięcie Pawła, znałam je aż za dobrze. I czułam, jak z każdą minutą opadają mi ramiona, jakby traciły siłę. Rozmawialiśmy dalej, o pracy, o pogodzie, o sprawach zupełnie nieważnych. A jednak każdy kolejny komentarz teściowej wbijał się jak szpilka.

Cisza bolała bardziej niż słowa

Wstałam pierwsza, niby odruchowo, zabierając talerze ze stołu. Paweł ruszył za mną do kuchni, zanim zdążyłam się zastanowić, czy to wypada. Za plecami słyszałam głos teściowej, która właśnie opowiadała teściowi jakąś historię sprzed lat, głośniej niż trzeba. W kuchni było ciszej. Zbyt cicho. Ustawiłam talerze w zlewie, jeden obok drugiego, równo, niemal mechanicznie.

– Przepraszam – powiedział Paweł.

Nie odpowiedziałam od razu. Oparłam dłonie o blat i przez moment patrzyłam w okno, choć na zewnątrz było już zupełnie ciemno.

To nie twoja wina – odparłam spokojnie. – Przynajmniej nie tylko.

Spojrzałam na niego. Jego twarz była opanowana, ale oczy zmęczone.

– Po prostu… ja nie mam już siły ciągle udawać, że to nic takiego.

Chciał coś powiedzieć, widziałam to, ale milczał. A to milczenie bolało bardziej niż słowa.

– Wrócę do stołu – dodał po chwili. – Nie chcę robić zamieszania.

Zamieszania. To słowo zawsze brzmiało jak oskarżenie. Kiedy wróciliśmy do salonu, teściowa spojrzała na Pawła uważnie.

– Wszystko w porządku? – zapytała.

– Tak – odpowiedział automatycznie.

Nachyliła się w jego stronę.

– Wiesz, synku, ja się tylko martwię. Mam wrażenie, że Ania za bardzo chce wszystko robić po swojemu. A małżeństwo to kompromisy.

Stałam kilka kroków dalej i czułam, jak coś we mnie pęka. Te słowa, wypowiedziane spokojnie, niemal troskliwie, nagle zebrały w sobie wszystkie lata mojego ustępowania, wszystkie chwile, gdy wybierałam ciszę zamiast prawdy. Zrozumiałam, że jeśli teraz nic nie zrobimy, stracę coś znacznie ważniejszego niż czyjś spokój.

Coś się właśnie skończyło

– Mamo – odezwał się Paweł, zanim zdążył się wycofać.

Jego głos był inny. Spokojniejszy, twardszy.

– To nie jest tak – mówił dalej. – Ania nie robi wszystkiego po swojemu. My próbujemy żyć po swojemu. Razem.

Zapadła cisza. Stałam w drzwiach kuchni, nie mówiąc nic.

Ja tylko chcę dla ciebie dobrze – powiedziała teściowa tym znanym, troskliwym tonem.

– Wiem – odpowiedział. – Ale to „dobrze” bardzo boli Anię. I mnie też.

Czułam ulgę i strach jednocześnie.

To są nasze walentynki – ciągnął. – Nasz dom. I zależy nam, żebyście to uszanowali. Bez przychodzenia bez zapowiedzi. Bez komentarzy, jak powinniśmy żyć.

Teściowa otworzyła usta, jakby chciała zaprotestować, ale po raz pierwszy nie znalazła słów od razu.

– Czy ty mnie właśnie prosisz, żebym się nie wtrącała? – zapytała cicho.

– Tak – odpowiedział. – Proszę. A jeśli trzeba, to stawiam granicę.

To słowo zawisło w powietrzu. Granica. Nigdy wcześniej nie wypowiedziałem go na głos w tym kontekście. Zabrzmiało obco i ostatecznie. Teść wstał powoli.

– Może to rzeczywiście nie był najlepszy moment – powiedział.

Teściowa spojrzała na Pawła. W jej oczach zobaczyłam coś, czego się nie spodziewałam – nie złość, lecz zaskoczenie. Jakby pierwszy raz zobaczyła go nie jako syna, ale jako kogoś obcego.

– Dobrze – rzuciła krótko. – Skoro tak uważasz.

Ubierali się w ciszy. Kiedy drzwi się zamknęły, w mieszkaniu zapadła nienaturalna cisza. Podeszłam do Pawła i położyłam dłoń na jego ręce. Drżała, tak samo jak i moja. Nie wiedziałam, co będzie dalej. Wiedziałam tylko, że coś właśnie się skończyło. I coś się zaczęło.

Walentynki, których nie zapomnę

Usiedliśmy na kanapie obok siebie, nie zapalając światła. Płomienie świec na stole dogasały powoli, jakby też były zmęczone tym wieczorem. Przez chwilę żadne z nas się nie odzywało. Cisza nie była już napięta, raczej ciężka, pełna myśli, których jeszcze nie umieliśmy nazwać.

Bałam się, że znowu nic nie powiesz – odezwałam się w końcu.

– Ja też się bałem – przyznał. – Ale bardziej bałem się tego, że kiedyś spojrzysz na mnie i zobaczysz kogoś, kto nigdy nie stanął po twojej stronie.

Oparłam głowę na jego ramieniu.

– Nie wiem, co teraz będzie z twoimi rodzicami – powiedziałam cicho. – I nie chcę, żebyś musiał wybierać między nami.

Ja już wybrałem – odpowiedział. – Po prostu dopiero dziś umiałem to powiedzieć na głos.

Siedzieliśmy tak jeszcze długo. Wiedziałam, że przed nami trudne rozmowy, niewygodne spotkania, być może chłód, którego wcześniej nie było. Ale pierwszy raz od dawna czułam, że ten dom naprawdę jest nasz. Nie idealny, nie wolny od problemów, ale oparty na decyzjach, które podjęliśmy razem.

Walentynki nie potoczyły się tak, jak planowaliśmy. Kolacja wystygła, a romantyczne gesty przepadły w emocjach. A jednak coś się wydarzyło. Coś, co miało zostać z nami na dłużej niż jeden wieczór. Miłość okazała się nie świecami i starannie dobranym menu, ale gotowością do powiedzenia „dość”, nawet jeśli głos przy tym drży.

Ania, 31 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama