„Czekałam na oświadczyny w walentynki, ale zamiast pierścionka dostałam tanie perfumy. Przestałam się łudzić”
„Nie było klęknięcia, nie było drżenia w głosie, nie było niczego, co mogłabym nazwać przełomem. Siedziałam naprzeciwko niego, z perfumami w dłoni, czując narastające upokorzenie. Najbardziej bolało nie to, co dostałam, ale to, jak bardzo byłam pewna, że dostanę coś więcej”.

Przez długi czas byłam przekonana, że cierpliwość to dowód dojrzałości. Że jeśli czegoś bardzo pragnę, ale potrafię na to czekać, to znaczy, że buduję coś trwałego. Walentynki miały być tylko symbolem, datą w kalendarzu, ale w mojej głowie urosły do rangi granicy między „jeszcze” a „wreszcie”. Nie przypuszczałam, że tego dnia obudzę się nie tylko bez pierścionka, ale też bez złudzeń, które przez lata sama pielęgnowałam.
Chciałam być żoną
Każdy poranek przed walentynkami zaczynał się u mnie tak samo. Zanim jeszcze wstałam z łóżka, przez kilka sekund leżałam nieruchomo, wpatrując się w sufit i układając w głowie przyszłość. Naszą przyszłość. Widziałam ją wyraźnie: wspólne mieszkanie, zdjęcia na półkach, rozmowy o planach, które miały sens tylko dlatego, że były „nasze”. Michał w tych wizjach był spokojny, pewny, gotowy. Zupełnie inny niż ten, który siedział obok mnie przy śniadaniu, przeglądając telefon i odpowiadając półsłówkami.
Złapałam się na tym, że zaczęłam liczyć znaki. Każdy drobiazg urastał do rangi obietnicy. Gdy wspomniał coś o „ważnym dniu”, przez resztę dnia chodziłam z uśmiechem, którego nie potrafiłam ukryć. Rozsądek szeptał, żebym przystopowała, ale nadzieja była głośniejsza. Zawsze była.
Patrycja nie miała dla mnie litości. Spotkałyśmy się na kawie kilka dni przed walentynkami, a ja od progu zaczęłam opowiadać, jak to „czuję, że coś się wydarzy”. Słuchała uważnie, ale jej spojrzenie było zbyt spokojne, zbyt trzeźwe.
– Karolina, a on kiedykolwiek powiedział wprost, że chce tego samego co ty? – zapytała w końcu.
– Nie wszystko trzeba mówić – odpowiedziałam zbyt szybko. – Przecież jesteśmy razem tyle lat.
– Właśnie dlatego trzeba mówić – odparła cicho. – Czasem ludzie są obok, bo im wygodnie. Nie dlatego, że idą w tym samym kierunku.
Zignorowałam to. Jak zawsze. Wróciłam do domu i spojrzałam na Michała z czułością, której on zdawał się nie zauważać. Pomyślałam, że Patrycja po prostu nie rozumie. Że nie widzi tego, co ja. Albo nie chce widzieć.
Wieczorami przeglądałam zdjęcia innych par, zaręczynowe uśmiechy, drobne gesty, które miały świadczyć o szczęściu. Porównywałam się, choć wiedziałam, że to mnie boli. Wmawiałam sobie, że każdy związek ma swoje tempo. Że Michał po prostu potrzebuje więcej czasu. Że walentynki będą momentem przełomowym.
Nie zauważałam, jak bardzo nauczyłam się usprawiedliwiać jego milczenie. Jak często tłumaczyłam brak decyzji zmęczeniem, pracą, charakterem. Jak bardzo przesuwałam granice tego, na co sama się godziłam. Nadzieja była wygodna. Pozwalała mi nie zadawać pytań, na które bałam się odpowiedzi.
Walentynki miały zmienić wszystko
Od rana byłam napięta jak struna. Każdy dźwięk telefonu sprawiał, że serce podchodziło mi do gardła, choć Michał nie napisał nic szczególnego. Krótkie „do zobaczenia wieczorem” wystarczyło, żebym uznała to za zapowiedź czegoś ważnego. W pracy myliłam się przy najprostszych rzeczach, a koleżanki uśmiechały się porozumiewawczo, gdy zerkałam na zegarek częściej niż zwykle. Czułam się, jakbym stała na progu nowego życia.
Przygotowywałam się długo, uważniej niż kiedykolwiek. Chciałam wyglądać naturalnie, ale wyjątkowo. Każdy szczegół miał znaczenie. W powietrzu unosił się zapach perfum, tych samych, które kupiłam kiedyś na szybko, bo Michał powiedział, że ładnie pachną. Pomyślałam wtedy, że to zabawne, jak bardzo pragniemy aprobaty drugiej osoby.
Michał odebrał mnie punktualnie. Był spokojny, może nawet zbyt spokojny. Uśmiechnął się, pocałował mnie w policzek, jak zawsze. Przez chwilę szliśmy w milczeniu, a ja interpretowałam każdy jego gest. Gdy wsunął rękę do kieszeni, oddech mi się zatrzymał. Gdy spojrzał na mnie uważniej, serce zabiło szybciej.
Kolacja była poprawna. Rozmawialiśmy o rzeczach codziennych, jakby to był zwykły wieczór. Starałam się nie przyspieszać wydarzeń, choć w środku aż mnie skręcało. W pewnym momencie Michał odsunął krzesło i sięgnął po niewielką torbę.
– To dla ciebie – powiedział lekko, jakby wręczał mi coś zupełnie oczywistego.
Uśmiechnęłam się szeroko, zanim jeszcze zajrzałam do środka. Przez sekundę byłam pewna, że zaraz wszystko się wydarzy. Że zaraz padną słowa, które zmienią wszystko. Zamiast tego zobaczyłam niewielkie pudełko z perfumami. Tani zapach, przypadkowy, jakby kupiony po drodze.
– Pomyślałem, że się ucieszysz – dodał, obserwując mnie uważnie.
Poczułam, jak coś we mnie opada. Jakby powietrze nagle stało się ciężkie. Uśmiech zamarł mi na twarzy, ale utrzymałam go z wysiłkiem.
– Dziękuję – odpowiedziałam cicho. – To… miłe.
Nie zapytał, czy naprawdę mi się podobają. Nie było klęknięcia, nie było drżenia w głosie, nie było niczego, co mogłabym nazwać przełomem. Siedziałam naprzeciwko niego, z perfumami w dłoni, czując narastające upokorzenie. Najbardziej bolało nie to, co dostałam, ale to, jak bardzo byłam pewna, że dostanę coś więcej.
Resztę wieczoru pamiętam jak przez mgłę. Śmiałam się w odpowiednich momentach, kiwałam głową, odpowiadałam zdawkowo. W środku jednak coś pękło. Wracając do domu, czułam zapach tych perfum na nadgarstkach i miałam wrażenie, że pachnie nimi cała moja naiwność.
Czułam się oszukana
Po walentynkach wszystko zaczęło brzmieć ciszej. Nie było kłótni, dramatycznych scen ani trzaskania drzwiami. Była za to niezręczna ostrożność, jakbyśmy oboje bali się dotknąć tematu, który wisiał między nami cięższy niż powietrze. Michał zachowywał się tak, jakby nic się nie stało. Ja natomiast miałam wrażenie, że każdy kolejny dzień odsłania coś, czego wcześniej nie chciałam widzieć.
Rano piliśmy kawę w milczeniu. On czytał wiadomości, ja wpatrywałam się w blat stołu, licząc rysy w drewnie. Kiedyś to milczenie wydawało mi się spokojne, teraz było puste. Zauważyłam, że coraz częściej wychodził wcześniej, wracał później, a jeśli pytałam, odpowiadał krótko, bez szczegółów. Jakby oszczędzał słowa. Jakby już nie widział potrzeby, by mnie w coś wtajemniczać.
Wieczorami analizowałam wszystko w głowie, odtwarzając sceny z ostatnich lat. Przypominałam sobie rozmowy, które ucinał żartem, tematy odkładane „na potem”, obietnice bez daty. Coraz wyraźniej widziałam, że problemem nie były walentynki ani prezent. Problemem było to, że ja planowałam przyszłość, a on nie.
Patrycja zadzwoniła kilka dni później. Nie musiałam nic tłumaczyć, wystarczyło jedno „chyba coś się we mnie zmieniło”.
– Wiesz, że to nie o perfumy chodzi, prawda? – powiedziała spokojnie.
– Wiem – odpowiedziałam po chwili. – Chodzi o to, że ja cały czas czekam. A on… on po prostu jest.
– I jak długo jeszcze chcesz czekać? – zapytała, a ja nie potrafiłam odpowiedzieć.
Bałam się samotności bardziej, niż chciałam przyznać. Bałam się, że jeśli odejdę, stracę wszystko, co znałam. Ale jeszcze bardziej przerażała mnie myśl, że zostanę i za kilka lat obudzę się z tą samą pustką.
Pewnego wieczoru Michał rzucił mimochodem, że jego kuzyn Tomasz planuje duże zmiany w życiu. Uśmiechnął się przy tym lekko, jakby to była ciekawostka.
– On zawsze wszystko robi impulsywnie – dodał. – Ja wolę nie podejmować decyzji, których nie jestem pewien.
To zdanie uderzyło mnie mocniej, niż bym się spodziewała. Zrozumiałam wtedy, że ja jestem właśnie taką decyzją. Odkładaną. Niewygodną. Niepewną.
Chciałam konkretów
Odwlekałam ją kilka dni, choć myśl o niej nie dawała mi spać. Każdego wieczoru układałam w głowie zdania, które miały zabrzmieć spokojnie i dojrzale, a rano budziłam się z uczuciem ciężaru w klatce piersiowej. Wiedziałam, że jeśli tej rozmowy nie odbędę, utkniemy w zawieszeniu na dobre. A ja nie miałam już w sobie siły, by udawać, że wszystko jest w porządku.
Usiedliśmy w salonie, naprzeciwko siebie. Telewizor był wyłączony, światło przytłumione. Michał wyglądał na zaskoczonego moją powagą, ale nie zaprotestował. Przez chwilę panowała cisza, w której słychać było tylko tykanie zegara.
– Musimy porozmawiać – zaczęłam cicho. – O nas.
Westchnął i odchylił się na oparcie.
– Co się dzieje? – zapytał, choć ton jego głosu sugerował, że wolałby tego nie wiedzieć.
Powiedziałam mu, jak się czuję. Że od dawna mam wrażenie, że stoimy w miejscu. Że potrzebuję wiedzieć, dokąd zmierzamy. Słowa wypływały ze mnie ostrożnie, jakbym bała się, że jedno zbyt mocne zdanie rozsypie wszystko na dobre.
– Ja nie naciskam – dodałam szybko. – Chcę tylko wiedzieć, czy myślisz o przyszłości tak samo jak ja.
Michał milczał dłuższą chwilę. Patrzył gdzieś obok mnie, jakby szukał odpowiedzi na ścianie.
– Karolina… – zaczął w końcu. – Ja po prostu nie lubię presji. Dobrze nam jest tak, jak jest.
– Mnie nie – odpowiedziałam, czując, jak głos lekko mi drży. – Ja potrzebuję pewności.
Zmarszczył brwi, jakby to było coś zupełnie niezrozumiałego.
– Nie wiem, czy kiedykolwiek będę gotowy na takie deklaracje – powiedział ostrożnie. – Małżeństwo, planowanie wszystkiego z góry… To mnie przeraża.
To jedno zdanie zawisło między nami ciężkie i ostateczne. Poczułam, jak wszystkie moje wcześniejsze nadzieje nagle tracą sens. Zrozumiałam, że on nie potrzebował czasu. On po prostu nie chciał tego samego.
Nie mogę już z nim być
Nie rozstaliśmy się tego wieczoru w dramatyczny sposób. Nie było walizek ani pożegnań wypowiedzianych ze łzami w oczach. Zostałam jeszcze kilka dni, jakby ciało potrzebowało czasu, by dogonić to, co głowa już wiedziała. Michał zachowywał się poprawnie, uprzejmie, niemal czule. Tylko że ta czułość była pusta. Jak gest wykonywany z przyzwyczajenia, nie z potrzeby.
Kiedy w końcu wyszłam z mieszkania z torbą w ręku, poczułam ulgę pomieszaną z bólem. Najtrudniejsze było nie to, że go zostawiam, ale to, że musiałam pożegnać się z wizją siebie samej. Z kobietą, która wierzyła, że wystarczy wytrwać, żeby zostać wybraną. Z przyszłością, którą planowałam w pojedynkę, udając, że to plan wspólny.
Przez długi czas pachniałam tamtymi perfumami. Używałam ich odruchowo, jakby były częścią mnie. Aż pewnego dnia odłożyłam flakonik na dno szuflady i zrozumiałam, że nie chcę już nosić na sobie symbolu czekania. Że zasługuję na coś więcej niż „może kiedyś” z kimś innym.
Karolina, 30 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Chciałem dać żonie praktyczny prezent na walentynki, więc wybrałem suszarkę do prania. W ogóle nie doceniła mojego gestu”
- „Liczyłam, że mama weźmie dzieciaki na ferie, ale ona miała inne plany. Nigdy się tak na niej nie zawiodłam”
- „Obiad na rocznicę ślubu skończył się skandalem. Przypadkiem odkryłam, co mąż planował zrobić w lutym”

